Przejdź do głównej zawartości

Filmy dekady 2010-2019


W latach 2010-2019 ukazało się trochę świetnych filmów, choć zawsze można powiedzieć, że powinno być ich więcej. Ale nie ma co narzekać i trzeba się cieszyć tym, co dostaliśmy. Jeden film z tej listy to nawet rzecz, którą dałbym naprawdę wysoko na mojej liście wszech czasów. A to już coś, na co zawsze czekam każdego roku. Inna sprawa, że 2019 roku był bardzo udany filmowo, więc to wszystko napawa sporym optymizmem do lat dwudziestych XXI wieku. Zatem kino wcale nie umiera. Wręcz przeciwnie - ma się dobrze. 


22. Drive (Nicolas Winding Refn, 2011)



W swoim najlepszym obrazie Nicolas Winding Refn pomysłowo odkurzył stylistykę kina samochodowego, neo noiru i heist movie z lat 70. i 80. Nie dość, że bardzo dobrze wplótł pościgi i przemoc w fabułę, nigdy nie przysłaniając jej tępą akcją, wątek miłosny ograł w wiarygodny sposób i elementy kiczu utrzymał na wodzy, to jeszcze przypomniał wszystkim, jak Los Angeles potrafi być lubieżnie. Ryan Gosling z prawdziwym przekonaniem zagrał tutaj bezimiennego typa w stylu Clinta Eastwooda.

21. Pożegnanie z językiem (Jean-Luc Godard, 2013)


W tym wizualnym majstersztyku, niepozbawionym przy tym momentów dowcipnych w całości, która jest trudna w odbiorze i nieprzenikniona niczym ostatnie powieści Jamesa Joyce’a, Jean-Luc Godard zaprasza nas na, jak to ujął krytyk Michał Oleszczyk, „celowo nonsensowny poemat urywków, klisz, cytatów i aforyzmów”, który ma być testem cierpliwości. Nie ma tu żadnej narracji – ten filmowy poemat, który pokazywano w kinach w 3D jest czystą awangardą. Jego głównym bohaterem jest… pies reżysera, co dobrze oddaje poczucie humoru autora. To fascynujące dzieło, ale nie dla każdego. To obok "Historii kina" najlepsza rzecz, jaką Godard zrobił w ostatnich kilku dekadach. A jego zeszłoroczne "Imaginacje" są niemal tak samo dobre. 


20. Dziwny przypadek Angeliki (Manoel de Oliveira, 2010)


Młody fotograf zostaje wezwany przez bogatą miejscową rodzinę do zrobienia pamiątkowych zdjęć tytułowej Angelice – zmarłej w niewyjaśnionych okolicznościach pięknej dziewczynie. Bohater przez obiektyw dostrzega jej otwarte oczy i skierowany do niego uśmiech. Od tego momentu staje się ona jego obsesją i obiektem szalonej, niemożliwej do spełnienia miłości. W trakcie premiery tego filmu portugalski reżyser Manoel de Oliveira miał 102 lata (!). To świetna i przy tym ekscentryczna historia miłosna, która zdaniem krytyka J.Hobermana stanowi także wysublimowaną medytację nad esencją fotograficzną medium filmowego. Mamy tu jednocześnie Orfeusza i Eurydykę, "Zawrót głowy" i kino nieme.  

19. Tajemnice Lizbony (Raul Ruiz, 2010)


Dramat kostiumowy osadzony w XIX wieku rzadko bywa tak brawurowy jak w przypadku tego filmu chilijskiego reżysera Raula Ruiza. Jego adaptacja powieści „Os Mistérios de Lisboa” Camilo Castelo Branco jest podobnie do niej monumentalna w formie – trwa ponad cztery godziny, ale długość nie stanowi żadnego problemu. Rozmach i niezwykle absorbujące intrygi interkontynentalnej historii młodej sieroty Pedra i osób z nim związanych ani na chwilę nie pozwalają się nudzić. Wręcz przeciwnie. Wymagają ciągłego skupienia ze strony widza.

Z pedantyczną dokładnością odwzorowano tutaj realia Europy okresu romantyzmu, nakreślono ówczesne kodeksy moralne i społeczne, dzięki czemu film jest nie tylko świetną rozrywką, ale też ciekawą lekcją historii. Ogląda się go jak kanoniczną książkę czyta – z każdą kolejną minutą, kolejnym nieprawdopodobnym zwrotem akcji, widz co raz bardziej zatapia się w majestatycznie ukazanym świecie ukrytych tożsamości, cierpień, nadziei i zgubnej miłości.


18. Poezja (Lee Chang-dong, 2010)


Cierpiąca na chorobę Alzheimera kobieta bierze udział w kursie poezji po tym, jak odkrywa, że wnuczek doprowadził do samobójstwa szkolnej koleżanki. Lee Chang-dong to prawdopodobnie najwybitniejszy południowokoreański reżyser w historii, a „Poezja” stanowi jedno z jego koronnych dziel. To obraz głęboko refleksyjny i subtelny, zaskakujący swoim brakiem sentymentalizmu i emocjonalnej manipulacji, które przeważnie można zaobserwować w (melo)dramatach opowiadających o chorobie terminalnej. Film ma niemal posmak powieści – rytm narracji jest nieśpieszny, przez co w bardzo absorbujący sposób oddaje skomplikowany los człowieka.

17. Mad Max: Na drodze gniewu (George Miller, 2015)


Czwarty film kultowej serii „Mad Maxa” okazał się nie tylko jej szczytowym momentem, ale także arcydziełem kina akcji. Można nawet zaryzykować, że lepszego filmu w tym gatunku nie było od czasu 2. części „Terminatora”. Obraz George’a Millera z Tomem Hardym i niebywałą Charlize Theron to najpełniej zrealizowana wizja post-apokaliptycznego świata do tej pory, naspeedowany, dwugodzinny pościg (!) z termojądrową mocą uderzenia. Nic dziwnego, że film okazał się najczęściej wymienianym tytułem na listach dekady krytyków (spójrzcie tutaj).

16. Feniks (Christian Petzold, 2014)


O tym wspaniałym filmie z Niną Hoss pisałem w podsumowaniu z 2015 roku. 

15. Seeking the Monkey King (Ken Jacobs, 2011)


40-minutowe, abstrakcyjne arcydzieło audiowizualne Kena Jacobsa ostro bawi się z naszą percepcją, bowiem nigdy nie wiemy do końca, co dzieje się na ekranie. Czy oglądamy zmięty kawałek złotej folii, serię wykoślawionych figur geometrycznych czy postapokaliptyczny krajobraz ognia i lodu. Obrazy, wzmacniane transową ścieżkę dźwiękową, są co jakiś czas przerywane antykapitalistycznymi i antypatriotycznymi tekstami skierowanymi do wymyślonego „Małpiego Króla” z tytułu. Pełny odlot.

14. Tylko kochankowie przeżyją (Jim Jarmusch, 2013)


Ten cudowny nokturn Jima Jarmuscha zawiera wszystkie atuty jego kina. Mamy transową rytmikę narracji, ścieżkę dźwiękową zdradzającą konkretne osłuchanie twórcy w dobrych gatunkach, przeważnie wycofanych emocjonalnie bohaterów (poza jednym przypadkiem), doskonały dobór lokacji potęgujący klimat filmu, erudycyjne wtręty z historii, a także ten charakterystycznie lakoniczny i niby śmiertelnie poważny humor.

Hipnotyczna moc obrazu połączona z prostą, ale jakże trafną ideą zobrazowania nieśmiertelności wampirów i ich wiecznej, nieskruszonej przez kolejne epoki miłości, składa się na rzecz nieodpartą w swoim zasępionym romantyzmie. To zdecydowanie najpiękniejszy obraz w karierze Jarmuscha i wraz z „Truposzem” jego najlepszy.

13. Niebezpieczna metoda (David Cronenberg, 2011)


David Cronenberg to jeden z najodważniejszych i najbieglejszych reżyserów świata, a „Niebezpieczna metoda” to już któryś z kolei dowód, że nadany mu przydomek „krwawy baron” już dawno temu mocno się zdezaktualizował. Mistrzowsko zagrany przez główne trio aktorskie (Michael Fassbender, Keira Knightley, Viggo Mortensen), film jest wybornie powściągliwym dramatem, w którym nie doświadczymy ckliwej i sentymentalnej historii w wydaniu Mechant Ivory.

To dzieło, które odnajduje swój klucz w dystansie, represji, obsesji, pragmatyzmie, akademickich sporach, zderzeniu chłodnej analizy z nie do końca pohamowanymi pobudkami seksualnymi. „Niebezpieczna metoda" skręca w stronę klasycznej, literackiej narracji, ale w trakcie zostaje zwodniczo rozpracowana przez Cronenberga. To wspaniały film, który wciąż nie jest należycie doceniany.

12. O.J.: Made in America (Ezra Edelman, 2016)


O.J. Simpson został oskarżony o zasztyletowanie byłej żony i jej przyjaciela. Po wyczerpującym procesie ława przysięgłych go uniewinniła. Dokument opowiada historię życia Simpsona, skupiając się w dużej części na procesie stulecia. Ta blisko ośmiogodzinna produkcja wymyka się gatunkowej klasyfikacji – trudno powiedzieć czy powinniśmy go traktować jako film, czy jednak miniserial. Jeśli już, to bardziej to pierwsze, stąd jego obecność na liście filmów dekady jest niezbędna. „O.J.: Made in America” Ezry Edelmana jest zarówno niesłychanym zanurzeniem się w życiu osławionego futbolisty i celebryty, jak i holistycznym spojrzeniem na Amerykę drugiej połowy XX wieku. Paralelność narracji jest kluczem do zrozumienia, co mogło stworzyć i popchnąć Simpsona do zbrodni. Monumentalne osiągnięcie. 

11. Długa podróż dnia ku nocy (Bi Gan, 2018)



Hipnotyzująca „Długa podróż dnia ku nocy” skupia się na postaci Luo Hongwu, tajemniczego mężczyzny powracającego po latach do rodzinnego miasta na pogrzeb ojca. Stare zdjęcie ukryte w zegarze budzi w nim gorzkie wspomnienia - ukochanej kobiety, która przyczyniła się do śmierci jego przyjaciela. Błądząc po skąpanych w światłach neonów uliczkach Kaili, Luo próbuje odnaleźć dawną miłość, a zarazem zgłębić swoją przeszłość. Chiński reżyser Bi Gan w fantastyczny sposób zaczerpnął inspiracje z filmów Andrieja Tarkowskiego, Wong Kar-Waia i Hou Hsiao-hsiena, by stworzyć opowieść szalenie melancholijną, romantyczną i oniryczną. To przy okazji prawdziwy popis formalny, bowiem w drugiej połowie filmu oglądamy 59-minutowe ujęcie nakręcone w 3D!

10. Nieznajomy nad jeziorem (Alain Guiraudie, 2013)



W swoim genialnym, erotycznym thrillerze Guiraudie ogrywa motyw Erosa i Tanatosa w bezpardonowy sposób (kilka scen jest naprawdę mocnych), nie zapominając jednak o zabawnych, wręcz pastiszowych wstawkach. Film posiada tą niesamowitą, leniwą aurę lata, która sprawia, jakby czas uległ zawieszeniu. Francja od wielu dekad jest prawdziwym specjalistą w segmencie kina transgresji. „Nieznajomy nad jeziorem” jest dobitnym potwierdzeniem tego.

9. Saint Laurent (Bertrand Bonello, 2014)


Niesamowitym zbiegiem okoliczności było to, że w 2014 roku otrzymaliśmy dwa filmy biograficzne o życiu Yvesa Saint Laurenta. Pierwszy z nich („Yves Saint Laurent”) nakręcił Jalil Lespert, a drugi („Saint Laurent”) Bertrand Bonello. Mizerną produkcję Lesperta powinno się całkowicie wymazać z historii kina, ale obraz Bonello z Gaspardem Ullielem w roli głównej to już rzecz o konkretnej mocy wyrazu. Można nawet powiedzieć, że jest to niedoceniane arcydzieło. Film przedstawia życie francuskiego wizjonera z lat 1967-1976, czyli z jego szczytowego, a przy tym najtrudniejszego okresu (uzależnienie od narkotyków, toksyczny romans z Jacquesem de Bascherem).

Nie uświadczymy w nim typowej trajektorii kina biograficznego (wzlot-upadek-wzlot) czy zasypywania informacjami z życiorysu artysty; w zamian otrzymujemy kino nieprawdopodobnie piękne od strony wizualnej i niezmiernie intrygujące w narracji. Chronologia jest sprytnie zaburzana, wydarzenia są często pozbawione kontekstu, pojawiają się ciekawe smaczki (reżyser świetnie gra na obsesji Saint Laurenta na punkcie Marcela Prousta). To jeden z tych filmów, po których trzeba trochę poczytać, aby zrozumieć pewne sceny, co samo w sobie jest bardzo chwalebne. Warto obejrzeć już dla samego odwzorowania na ekranie najsłynniejszych kolekcji Saint Laurenta i niesamowitej roli Ulliela.

8. Czarownica: Bajka ludowa z Nowej Anglii (Robert Eggers, 2015)



Najwybitniejszy horror XXI wieku jest fabularnym przedłużeniem kultowego filmu niemego „Haxan” i być może też najlepszym filmem o tematyce okultystycznej w historii. Jednak reżyser Robert Eggers na tym nie kończy, bowiem swój debiutancki film nakręcił jak Bergmanowską psychodramę o dezintegracji rodziny. Stąd złowieszcza aura, wiarygodne odwzorowanie realiów życia w XVII wieku, zderzenie purytańskiej wiary z dzikim i przerażającym otoczeniem kształtują moc jego dzieła, a nie tanie sztuczki, które zalewają gatunek od początku jego istnienia. Bez wątpienia arcydzieło.

7. Pod skórą (Jonathan Glazer, 2013)



Wyjątkowo perwersyjny wymiar nadaje w tym filmie Jonathana Glazera zatrudnienie Scarlett Johansson do roli przybyszki z kosmosu, która uwodzi mężczyzn, a następnie oddaje ich na pożarcie. Co więcej, widok Scarlett poruszającej się po ulicach Glasgow to jeden z najbardziej ikonicznych momentów dekady w kinie. Z dala do drętwej Czarnej Wdowy z MCU, aktorka niemal całą pracę wykonuje jedynie swoją obecnością, będąc nomen omen elementem zupełnie nie z tego świata w szarej i zwyczajnej Szkocji. 

„Pod skórą” to zachwycająca synteza science fiction, artystycznego horroru, cinema verite i awangardy, przedstawiona w stylu, jakiego nie powstydziłby się wybitny Nicolas Roeg. Glazer  nie dość, że ma wspaniałe wyczucie, to w pewnym momencie płynnie przechodzi ze zdystansowanej obserwacji w stronę kina humanistycznego, w którym dochodzi do zaskakującej, ale jakże przygnębiającej wolty.

05. Martin Eden (Pietro Marcello, 2019)


W tej doskonałej, dość swobodnej adaptacji słynnej książki Jacka Londona, Marcello dokonał niemożliwej rzeczy - nakręcił zdecydowanie lepsze dzieło od oryginału, które zresztą uważam za boleśnie przeciętną rzecz. Pięknie skondensował fabułę powieści, dając jej przy okazji inny, bardzo osobisty wydźwięk z racji przeniesienia akcji do Neapolu. Trudno określić, w jakich czasach to wszystko się dzieje - Marcello w pełni korzysta tutaj z dobrodziejstwa, jakie przynosi anachronizm. Te subtelne zaburzanie narracji i czasu w szczególności potężnie wybrzmiewa w ostatnim akcie. Nie da się nachwalić niesamowitego Luca Marinelliego w tytułowej roli. 

05. Transit (Christian Petzold, 2018) 


A to druga wybitna adaptacja znanej powieści w poprzedniej dekadzie (w tym przypadku dzieła Anny Seghers z 1942 roku), stąd postanowiłem ten tytuł i "Martina Edena" dać ex aequo, tym bardziej, że łączy je także podobny zabieg narracyjny. Petzold także posłużył się anachronizmem w swoim dziele, bowiem akcję książki (czasy II wojny światowej) osadził we współczesności. Zamysł konceptualny jest tak zmyślny, że właściwie jesteśmy w stanie przyjąć do wiadomości, że niewiele zmieniło się od tamtych czasów, bowiem los ówczesnych uchodźców jest tożsamy z obecną falą migracji do Europy. Arcydzieło Christiana Petzolda to rzecz absolutnie niezwykła – dość trudna, ale przy tym bardzo wciągająca i poruszająca. 

04. Melancholia (Lars von Trier, 2011)

W drugim największym osiągnięciu Larsa Von Triera po „Dogville” mamy niezwykły melanż gatunkowy – dramat psychologiczny, science fiction i kino apokaliptyczne. To dzieło podzielone na dwie odmienne połowy – pierwsza jest czymś w rodzaju czarnej komedii ukazującej fiasko wesela, druga zaś pięknym studium depresji. Znakomite role Dunst i Gainsbourg oraz często poetycka atmosfera już same w sobie są rekomendacją. „Melancholia” to po prostu porażające kino. 

03. Mistrz (Paul Thomas Anderson, 2012)



„Mistrz” to klasyk literatury amerykańskiej na ekranie, ale nie oparty na żadnej książce. Zresztą padały tu i ówdzie porównania do dzieł Dona DeLillo i Williama Gaddisa, co bez wątpienia stanowi najwyższą oznakę uznania. Phoenix i Hoffman stworzyli zapewne najwybitniejszy aktorsko duet tej dekady, przynajmniej w kinie amerykańskim. A Anderson scementował swoją pozycję jako obecnie najwybitniejszego autora w Hollywood dziełem tak ekscentrycznym, tak dziwacznie rozkładającym punkty dramaturgicznie, że w sumie nie dziwię się niemałej ilości niezadowolonych, choć ich nie rozumiem. Im dłużej „Mistrz” trwał, tym bardziej się narracyjnie rozpadał, stawał się epizodyczny. Pomysł to świetny, bo potęgujący już i tak dezorientujące chwyty narracyjne Andersona. 

A formalnie nie ma o czym mówić. O ambicji twórcy mówi wiele już sam format - jest to pierwszy film od 1996 roku kręcony na taśmie o szerokości 65 mm. 

Wielu krzyczało, że jest to film tak naprawdę o niczym, ale nic z tych rzeczy. To wieloznaczność i mnogość interpretacji stanowi o jego sile (mamy scjentologię, kult jednostki, traumę wojenną, Amerykę powojenną, kontynuację obsesji reżysera  w relacjach ojciec-syn...). W sumie, Anderson zapodał drugą po swoim opus magnum („Aż poleje się krew”) kronikę historii Stanów Zjednoczonych, a mówiąc ściślej, rodzących się postaw w konkretnym okresie.

02. Zabójczyni (Hou Hsiao-hsien, 2015) 


Tutaj pisałem o tym arcydziele tajwańskiego mistrza. 

01. Nić widmo (Paul Thomas Anderson, 2017)



Wielu się dziwiło, gdy Paul Thomas Anderson w ramach swojego kolejnego projektu przeniósł się z ukochanej, słonecznej Kalifornii do ponurego Londynu, gdzie nakręcił historię o fikcyjnym projektancie mody Reynoldsie Woodcocku, który nawiązuje romans z młodą kobietą, co burzy jego uporządkowane życie. Jednak ten ruch okazał się strzałem w dziesiątkę – Anderson stworzył swój najsubtelniejszy, urzekająco ekscentryczny, najbardziej wyrafinowany i najlepszy film w karierze. I przy okazji moje ulubione dzieło dekady. 

Niemała w tym zasługa Daniela Day-Lewisa, który genialnie wcielił się w postać bardzo wymagającego, obsesyjnego, egocentrycznego, ale i wrażliwego artysty. Anderson i Lewis po części inspirowali się w swojej koncepcji Woodcocka na projektantach jak Charles James oraz Cristobal Balenciaga, nie ograniczając się jednak w żadnym wypadku do samego kopiowania ich stylu. W trakcie prac nad filmem Lewis nauczył się szyć suknie i odtworzył jedną z kreacji Balenciagi. To wszystko widać w samym filmie – trzykrotny zdobywca Oscara na ekranie nie ma żadnego problemu z przekonaniem nas, że oglądamy człowieka, który wymyśla niezwykłe kostiumy.

Co więcej, dodatkową wartość stanowi to, że reżyser i jego ekipa bardzo skrupulatnie oddali warsztat krawców z lat 50. XX wieku, bo to właśnie w tej dekadzie została osadzona akcja filmu. Wielkie kino. Jedyny film z tej listy, który w ciągu bodajże niecałego roku obejrzałem cztery razy. 

Komentarze

  1. Oj - ,,Nić widmo'' wydaje się wycenione ponad miarę, choć osobiście uważam, że ostatnia dekada była co najwyżej przeciętna. Powstało sporo gniotów i filmów, do których się nie wraca drugi czy trzeci raz.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Nić widmo" nie jest wycenione ponad miarę, ale to już kwestia tylko i wyłącznie odbioru danego filmu :) I nie mogę się zgodzić co do oceny dekady - powiedziałbym, że było w miarę okej, jeżeli wiedziałeś, czego szukać. Owszem, ilość beznadziejnych filmów jest ogromna, ale ja tam zawsze potrafiłem znaleźć coś dla siebie. Zobaczymy, co będzie się działo w tej dekadzie, ale na razie nie dzieje się nic, bo nie ma jak.

      Usuń

Publikowanie komentarza

Popularne posty z tego bloga

Najlepsze horrory 2010-2019 (work in progress)

Poprzednią listę pierwszej dekady XXI wieku miałem wówczas nierozszerzoną, stąd pozycje, które się tam znalazły (pomijając top 11) nie do końca jeszcze oddawały pełen ogląd. Trochę rzeczy zobaczyłem później, ale takie są prawidła list - jest to zabawa bez końca.

Horrory z lat 2010-2019 staram się śledzić uważniej, ale na pewno coś pominąłem. Myślę jednak, że dana lista dość dobrze oddaje to, co mi się podobało. Rzecz jasna nie każda pozycja jest tu czystym horrorem, ale nie oznacza to, że nie zawiera elementów charakterystycznych dla tego gatunku.

Skala gwiazdkowa: trzy gwiazdki to film świetny, dwie – bardzo dobry, jedna – dobry.

Sweetheart (Jd Dillard, 2019)

Ekstaza (Joe Begos, 2019) 

Zombi Child (Bertrand Bonello, 2019) ★★★

The Lighthouse (Robert Eggers, 2019)★★★

Midsommar. W biały dzień (Ari Aster, 2019) ★★★

Mandy (Panos Cosmatos, 2018) 

In Fabric (Peter Strickland, 2018) ★★★

Possum (Matthew Holness, 2018)★★★


Ulubione horrory z lat 2000-2009

Dawno nie robiłem żadnej listy, więc dla odmiany wrzucam krótką z umiłowanymi horrorami z poprzedniej dekady. Nie był to okres szczególnie udany dla tego gatunku, więc niestety wyboru sporego nie miałem (albo nie dotarłem do skrytych perełek). Wyjaśnia to np. obecność na mojej liście filmu rodzaju "The Host", w połowie dramatu, w połowie horroru. Z tą klasyfikacją gatunkową to nie była taka prosta sprawa, ale gdy zestawiłem go z "Taxidermią" czy "Głodem miłości", dziełami również kategoryzowanymi jako horrory, wydał mi się zdecydowanie bardziej trafnym wyborem.


The Host: Potwór, reż. Bong Joon-ho, rok 2006 Jak wyjaśniałem pokrótce we wstępie, jeden z paru filmów na liście, który nie jest czysty gatunkowo. Reżyser pomysłowo przemiela nurt Monster Movie przez społeczno-rodzinny dramat, wstrząsająco obrazując widzowi, że to własny rząd wydaje się bardziej przerażający niż ogromna, zmutowana ryba. Tak oryginalne, wciągające, a nawet niekiedy przejmujące …

Najlepsze filmy 2018 roku

Poza kilkoma wyjątkami, 2018 rok jakoś nie powalał pod kątem filmowym, ale nauczyłem się też zbytnio nie narzekać, bo robiłem już gorsze listy w przeszłości. Spora dominacja dzieł gatunkowych w tym podsumowaniu świadczy, że arthouse ostatnimi czasy coś nie może mnie zaskoczyć. Inna sprawa, że dość często ciężko jest zobaczyć pozycje, na które czekam. Część z nich zapewne nadrobię dopiero gdzieś w 2019 roku. I tak jak przypuszczałem przy okazji zeszłorocznego podsumowania, "Nić widmo" okazała się bezkonkurencyjnym zwycięzcą. Ten film jest tak dobry, że właściwie powinien zająć wszystkie dziesięć miejsc na liście. 

Godne odnotowania (bez kolejności):  Zimna wojna (reż. Paweł Pawlikowski)
To druga z rzędu perfekcyjna imitacja stylu filmów europejskich z lat 50 i 60. Jednak "Zimna wojna" bardziej porusza niż w przypadku „Idy”. Wszystko za sprawą niebywałych ról Joanny Kulig oraz Tomasza Kota. Coby nie mówić o Pawlikowskim, potrafi nie tylko reżyserować, ale też prowadzi…