Przejdź do głównej zawartości

Posty

Wyświetlam posty z etykietą Barokowy pop

Z cyklu odkryć

Bill Fay, Bill Fay (1970) i Time Of The Last Persecution (1971) To bez dwóch zdań moje największe odkrycie muzyczne od dłuższego czasu (po raz kolejny chartsy na RYMie są nieocenione). Dwie pierwsze płyty angielskiego artysty Billa Faya, przez długi czas bardzo nieznanego i okrutnie zapomnianego, po czterdziestu latach od swojego wydania mogą się dziś pochwalić statusem "lost classic", który zresztą pasuje do nich jak ulał. Słowo zagubione jest tutaj szczególnie trafne, bo niestety długo "Bill Fay" i "Time Of The Last Persecution" były pozycjami trudno dostępnymi, chodzącymi za horrendalne sumy. Na szczęście zremasterowane reedycje z 2005 roku nie tylko zmieniły tą postać rzeczy, ale przede wszystkim wygrały sobie znakomite recenzje w prasie brytyjskiej, uwagę na którą od dawna zasługiwały. Jakoś tak się składa, że gdy zaczynam je słuchać, to od razu pojawia się mi pewien obraz przed oczami, więc pozwolę sobie na małą dawkę fantazji (w kilku miejscach p...

Riposta po 44 latach

The Beach Boys, The Smile Sessions, rok 2011 Najlepszy album 2011 roku właśnie się ukazał. Z tą małą uwagą, że oryginalnie miał wyjść w 1967 roku. Mityczne, zagubione arcydzieło The Beach Boysów, "Smile", porozrzucane, poprzerabiane, rekonstruowane na innych płytach zespołu, a także przez samego Briana Wilsona w 2004 roku, w końcu wybrzmiewa oficjalnie w wersji (z ogromem kolekcjonerskich dodatków*), która prawdopodobnie byłaby bliska tej z 1967 roku. Aż trudno uwierzyć, jakim cudem album takiego formatu, który miał być amerykańską ripostą na "Sierżanta Pieprza" Bitelsów czekał tyle lat na wydanie. W niedorzecznie przepakowanym w przełomowe albumy roku 1967, bazując na tym co teraz słyszymy (a od dawna wiedzieliśmy), można stwierdzić, że to właśnie jedynie dwa albumy Bitelsów i debiut Velvet Underground równa się z poziomem muzyki na "Smile". Jest też druga strona medalu. Choć ciężko mi to teraz ocenić, ale wydaje się, że szalenie idiosynkratyczna wizj...

Mało znany, ale cudowny przykład ambitnego popu z dawnych lat

Colin Blunstone, One Year, rok 1971 Lepiej zadebiutować solowo nie mógł były wokalista The Zombies, Colin Blunstone. Po krótkiej przygodzie po rozpadzie grupy w 1968 roku z pracą w biznesie ubezpieczeniowym, postanowił on rok później wrócić do kariery muzycznej. Po nieudanej próbie zaistnienia na rynku pod pseudonimem Neil MacArthur, postanowił nagrywać pod własnym nazwiskiem. I rok, w którym wydał swój pierwszy album okazał się wyjątkowo bogatym, jeśli chodzi o kategorię popową, więc łatwo o zaistnienie w świadomości słuchaczy nie było. Dzieła jak "Hunky Dory" Bowiego, "Histoire de Melody Nelson" Gainsbourga, "Tapestry" King, "Imagine" Lennona czy "Nilsson Schmilsson" Nilssona tuż po swoim ukazaniu się zostały świetnie przyjęte i od dawna uznawane są za klasykę muzyki popularnej. Pozycja albumu "One Year" nigdy nie była tak mocna, ale być może to właśnie on błyszczy najjaśniej po latach. Wyprodukowany o dziwo przez dwó...