Tom Waits, Bad As Me, 2011 Warto zastanowić się która twarz Waitsa jest prawdziwsza - przepitego beatnika z płyty "Small Change", jarmarcznego eksperymentatora godnego Captaina Beefhearta z "Swordfishtrombones", czy bluesmana wagabundy z "Bad As Me". Za wskazówkę może posłużyć mamutowe, trzy płytowe wydawnictwo "Orphans: Brawlers, Bawlers & Bastards" z 2006 roku, które z dzisiejszej perspektywy stanowić może papierek lakmusowy twórczości muzyka, ładne, rzetelne ukazanie jego trzech różnych natur. Choć "Bad As Me" to kompilacja premierowych utworów, to jednak spokojnie rozsadzające, rockowo-bluesowe "Raised Right Men" i wypłakane "Talking At The Same Time" mogłyby trafić na odpowiednio Brawlers i Bawlers. I taka właśnie jest muzyka z najnowszej płyty - piekielnie witalna, podlana whiskey, nawiedzona, natchniona. Staroświecka do bólu, co tylko działa na jej korzyść. Żwawość i energia Waitsa po prostu mnie zabija...
Blog filmowo-muzyczny