Przejdź do głównej zawartości

Posty

Wyświetlam posty z etykietą Kino Amerykańskie

Recenzja "The Love Witch"

Pod dłuższej przerwie z przyjemnością mogę oświadczyć, że wracam do pisania. Zaczynam od interesującego "The Love Witch" Anny Biller. Mój kącik na  naEkranie.pl  zwie się Zza światów i będę w nim opisywać mniej znane tytuły z kręgu horrorów. Mogę jedynie zaprosić już do czytania:  Czarownica miłości

Megan is Missing

W dobie życia online określenie "nigdy nie wiesz kto znajduje się po drugiej stronie" budzi dość złowieszcze odczucia. Horror już dłuższy czas stara się wykorzystać potencjał nowych technologii i social media, by na nowo straszyć kolejne pokolenia widzów.  Niestety to do tej pory wychodzi to bardzo średnio, by wymienić dwa nieudane przykłady: "Cybernatural" oraz "The Den". Ani to szczególnie lotne w przedstawianiu niebezpieczeństw chociażby anonimowości w sieci, ani też przesadnie dobrze skrojone pod sam gatunek, bowiem przeważnie przedstawiana rzeczywistość próbuje naśladować nasz styl życia w sieci, czyli nieustanny multitasking, co wiąże się z tym, że na ekranie widzimy jeden wielki chaos. A na pewno dość marną pomocą jest wybranie formy found footage. Internet jest idealnym miejscem dla zdeprawowanych drapieżców ukrywających się pod różnymi tożsamościami, ale nikomu do tej pory nie udało się sensownie ugryźć ten temat. Jedną z takich prób był fi...

Poza gatunkiem - Sci-fi

Oba filmy będą pokazywane na festiwalu "Transatlantyk" w Poznaniu (15-22.08.2012): Shuffle, reż. Kurt Kuenne, rok 2011 Jak się okazuje po niespełna pół godzinie, historia cierpiącego na narkolepsję Lovella Milo (T.J. Thyne) nie za wiele ma wspólnego z science-fiction. Film zaczyna się od jego rozpaczliwej przemowy, wyjaśniającej szczególnie kłopotliwe objawy schorzenia – Milo zasypia w najmniej oczekiwanym momencie, by zawsze budzić się w innym okresie swego życia. Wynikająca z tego niepewność i frustracja, doprowadza go do opłakanego stanu. Podczas jednego z kolejnych przeskoków dostaje niespodziewanie wskazówkę, że w całym tym chaosie jest jakiś cel. I choć ekspozycja ma coś z kina gatunkowego, bo w przenośni ukazuje podróże w czasie, to cała ta zaburzona chronologia sprytnie ukrywa prawdziwy zamysł i przesłanie reżysera: oto mamy przed sobą wyciskacza łez w duchu starych, humanistycznych Hollywoodzkich melodramatów, z domieszką Opowieści wigilijnej i S...

Wielkie zwieńczenie

Mroczny rycerz powstaje, reż. Christopher Nolan, rok 2012 Zanim miał premierę najnowszy i ostatni Batman jednego z naczelnych wizjonerów wysokobudżetowych produkcji Hollywoodzkich, mieliśmy do tej pory nieprzyjemność oglądania postępującej w błyskawicznym tempie, przykrej infantylizacji blockbusterów. Avengers , najbardziej kasowy film roku, pod ręką Jossa Whedona zaprezentował nowy język narracji filmowej kina mainstreamowego - bełkotliwą widowiskowość. Nawet nieśmiałe podejmowanie problematyki, którą mocno eksponowano w każdym Batmanie - czy Ameryce potrzebni są superbohaterzy - zostało przygniecione przez głupkowatą akcję, nawiązującą do efektownie pustych sekwencji Transformersów , mniej może idiotycznych, ale nie wnoszących nic nowego i świeżego do tego, czego nie zrobił wcześniej lepiej, sprawniej i rzetelniej Sam Raimi w dwóch pierwszych Spidermanach, chyba najlepszych przykładach kina familijnego z rejonów komiksowych. Z racji, że Batman to blockbuster kierowany...

Zabawa w dobrym, starym stylu

Dom w głębi lasu, reż. Drew Goddard, rok 2012 O jednym z najbardziej oczekiwanych horrorów ostatnich lat mówiono, że zmieni reguły gatunku i zarazem pomoże mu się odrodzić dla nowej generacji widzów. Po niedawnej premierze jedno jest pewne - obyło się może bez rewolucji, ale pod względem rozrywki,   Dom w głębi lasu,   z miejsca zaliczymy do grona horrorów z pierwszej ligi! Amerykański horror wyznaczający niegdyś nowe standardy gatunku, od dłuższego czasu cierpi na zadyszkę. Zbyt mało w nim świeżych pomysłów, którymi zachwycali niegdyś John Carpenter, czy Tobe Hooper, a za dużo wykalkulowanych, przerażająco złych sequeli i remake’ów.   Dom w głębi lasu   pojawia się w dobrym momencie, bo być może stanie się jakimś punktem zwrotnym w amerykańskim kinie grozy. Za takowy trzeba uznać   Krzyk   Wesa Cravena z 1996 roku, który świetnie bawił się schematami nieco zapomnianego wtedy slashera. Był to horror jawnie postmodernistyczny i od czasu...

Gdy dwójka jest lepsza od jedynki

Halloween II, reż. Rob Zombie, rok 2009 Już w pierwszej części remake'u najwybitniejszego slashera w historii, Rob Zombie wykazał, że nie chce pójść śladem bezdusznych, korporacyjnych wyzyskiwaczy pieniędzy, jakimi bez wątpienia były nowe wersje "Koszmaru z ulicy wiązów" , "Piątku 13-tego" i "Teksańskiej masakry piłą mechaniczną" . Pierwszą połowę filmu poświęcił głębszej analizie charakteru 10-letniego Michaela Myersa, który w wyniku różnego splotu wydarzeń zamordował własną siostrę i kilka innych osób. Wyglądało to jak mocno pokręcony dramat psychologiczny, który z czasem oczywiście przechodził w brutalny, standardowy slasher. W dużo bardziej ciekawszym sequelu konwulsyjna narracja już sama w sobie jest czystą postmoderną, ale novum trzeba upatrywać we wprowadzeniu motywów snu do historii. Film poprzez ten zabieg wciąż balansuje na pograniczu koszmaru a rzeczywistości, co podbija intensywność i dziwność atmosfery. Pojawiający się tutaj s...

Slasher znów triumfuje

Behind the Mask: The Rise of Leslie Vernon, reż. Scott Glosserman, rok 2006 "It's convention, we have to respect it" - Leslie Vernon Za złotą erę slasherów uznaje się końcówkę lat 70-tych i początek lat 80-tych. Wtedy wówczas sale kinowe zalały takie perełki jak "Halloween", "Piątek 13-tego", "Koszmar z ulicy Wiązów", "Slumber party massacre", "Moja krwawa walentynka", czy "The House on Sorority row". Slashery w większości były produkcjami charakterystycznymi dla swoich czasów: tandetne, tanie, pełne luk scenariuszowych, z marnym, drewnianym aktorstwem, wylewającym się gdzie popadnie mizoginizmem i sporą ilością scen gore. Po wielu latach zapomnienia, gdy opinia głównie wśród widzów uległa mocnej poprawie, uzyskały zasłużony kultowy status (mówię tu chociażby o trzech ostatnich pozycjach z wyżej wymienionych). Dla mnie od samego początku była to świetna, odmóżdzająca rozrywka, w perfidny sposób żywiąca się ...

Filmowa klątwa

Zagubiony w La Manchy, reż. Keith Fulton i Louis Pepe, rok 2002 W połowie dokumentu „Zagubiony w La Manchy” wyraźnie podekscytowany Terry Gilliam prorokuje, że jego adaptacja arcydzieła literatury światowej, „Don Kichota” Miguela de Cervantesa, będzie niezwykłym filmem. Nie mógł wtedy przypuszczać, że marzenie, które nosił w sobie od wielu lat zostanie brutalnie zweryfikowane przez rzeczywistość i obróci jego ambitny projekt w walkę z wiatrakami. Historia kina potwierdza, że nie jest on pierwszą ofiarą książki Cervantesa. Orson Welles w 1957 roku powziął się podobnego przedsięwzięcia. Jego obsesja, tak jak u Gilliama, rozłożyła się na dekady. Niestety śmierć głównego odtwórcy, problemy budżetowe, wyrastanie z wieku niektórych aktorów, w końcu ciągle się zmieniająca koncepcja reżysera odnalazły identyczny finał, co u Gilliama – adaptacja została nieukończona. Podobnie do innego klasyka, „Makbeta”, można mówić, że nad „Don Kichotem” wisi klątwa. A to, że klątwa filmowa to nie przelewki p...

Ekspercki thriller

David Fincher na jakiś czas zrezygnował z walki o nagrodę akademii filmowej i skupił się na tym, co umie robić najlepiej. Jego ponura, wysokobudżetowa adaptacja światowego bestselleru Stiega Larssona, „Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet”, to mocny dowód na to, że w amerykańskim świecie filmowym są reżyserzy, którzy potrafią tworzyć dobre thrillery. „Dziewczyna z tatuażem”, która trafiła do kin ponad dwa lata po szwedzkiej adaptacji, od samego początku wzbudzała kontrowersje. Wbrew wszystkim zarzutom, dzięki maestrii reżyserskiej Davida Finchera i doskonałej roli Rooney Mary, amerykańska wersja nie zawodzi oczekiwań i oddaje ducha powieści. Nawet jeśli nie można powiedzieć, że żyjemy w złotych czasach amerykańskiego kina, to trudno nie dostrzec, że reżyserzy tacy jak Paul Thomas Anderson, Steven Soderbergh, Richard Linklater, Todd Haynes, Quentin Tarantino i właśnie David Fincher od lat starają się przemycić trochę autorskich wizji do nastawionego na zysk Hollywoodu. David Fincher, o...

Ani profanacja, ani doskonała imitacja

Wiadomość o tym, że kultowy horror „Coś” Johna Carpentera ma się doczekać prequela przeraziła jego liczną grupę wielbicieli. Pytania nasuwały się same – po co dopowiadać historię, która tego nie potrzebuje? Czy film sprosta ogromnym oczekiwaniom otaczających go kultem wielbicieli? Była już przecież znośna literacka adaptacja, pojawiła się komiksowa seria wydana przez „Dark Horse”, a jeśli komuś mało – w ręce fanów trafiła także całkiem udana gra komputerowa, rozwijająca filmową fabułę... Żyjemy w czasach artystycznej retro manii, w której zarówno twórcy muzyczni jak i filmowi czerpią pełnymi garściami z dokonań poprzednich dekad. W 2011 roku dwa klasyczne horrory z lat 80-tych doczekały się nowych wersji. W przypadku „Postrachu nocy”, postmodernistycznego komedio-horroru o podrywaczu wampirze, otrzymaliśmy klasyczny remake, w którym Colin Farrell wcielił się z zabawnym skutkiem w postać będącą pastiszem Edwarda Cullena. Inaczej sprawa miała się z „Coś” Johna Carpentera. Adaptacja opowi...

Problemy z Holmesem

Akcja w drugiej odsłonie przygód Sherlocka Holmesa pędzi szybciej od Orient Ekspresu. Reżyser Guy Ritchie w „Grze cieni” postawił na efektowne widowisko, w którym łatwiej doszukać się wpływu Iana Fleminga niż Arthura Conan Doyle’a. Czy to źle? Na szczęście, nie do końca. Oglądając poprzednią odsłonę przygód Sherlocka Holmesa, można było odnieść wrażenie, że Guy Ritchie ma szansę wrócić do Hollywood w wielkim stylu. Jego dwa pierwsze filmy, znakomite czarne komedie „Porachunki” i „Przekręt”, w interesujący sposób czerpały z amerykańskiego kina gangsterskiego, pokazując, że postmodernistyczne czytanie konwencji nie jest zarezerwowane jedynie dla Quentina Tarantino. Po dwóch porażkach artystycznych w postaci „Rejsu w nieznane” i „Revolvera” reżyserowi udało się ponownie obrać właściwy kurs filmem gangsterskim pt. „Rock’N’Rolla”. Dobrą passę kontynuował w 2009 roku „Sherlockiem Holmesem”, ocenianym ciepło nie tylko przez krytykę, ale i przez widzów, którzy chętnie zostawiali pieniądze w k...

Mistrzowie tatuażu

Mario Barth: Under The Skin, reż. Billy Burke, rok 2008 Mario Barth, pomysłodawca tego całkiem ciekawego dokumentu, to w pewnym względzie ucieleśnienie amerykańskiego snu. Najsłynniejszy i najbardziej rozchwytywany dziś tatuator w Ameryce, Barth miał dosyć ciężkie początki w swoim zawodzie, bo dorastając w Austrii, musiał liczyć się z tym, że tatuowanie jest zabronione w kraju. Pomimo wszystkich przeszkód, finalnie udało mu się doprowadzić do założenia pierwszego legalnego studia tatuażu w Austrii. Po przenosinach do USA, i mozolnej wspinaczce na szczyt, Barth może dziś czuć się spełniony. Gdyby tylko trochę udramatyzować jego życie, dodać tu i ówdzie kropelkę krwi i szczyptę suspensu, to śmiało można byłoby nakręcić ciekawy hollywoodzki film biograficzny. Jednak to nie Barth jest głównym bohaterem godzinnego dokumentu, lecz zaprzyjaźniona z nim japońska rodzina Horitoshi, która zajmuje się wykonywaniem tradycyjnego tatuażu Tebori. Z racji tego, że tatuowanie w Japonii wciąż jest temat...

Samurajska wędrówka przez piekło

Kat Shoguna, reż. Robert Houston/Kenji Misumi, rok 1980 Znaczenie popkulturowe tego dziwnego, kultowego filmu samurajskiego robi wrażenie - wystarczy sięgnąć po klasyk hip hopowy "Liquid Swords" GZA/Geniusa, muzyków z wielkiego kolektywu Wu-Tang Clan, a przywita nas na samym początku sampel prosto z mrocznej ekspozycji "Kata Shoguna". Z poletka bardziej filmowego, sam Quentin Tarantino, mistrz postmodernizmu w kinie amerykańskim bardzo widocznie nawiązywał do filmu w swojej epickiej, mieczowatej historii zemsty w dwuczęściowym "Kill Billu". Zemsta jest także motywem przewodnim tego japońsko-amerykańskiego dzieła. Opowiada ono dzieje niegdysiejszego kata w XVII wiecznej Japonii, Samotnego wilka, któremu szalony szogun zamordował żonę. Samuraj, pragnący odwetu, przemierza przez kraj wraz z kilkuletnim synem Daigoro, zarabiając na życie jako zabójca. Międzyczasie musi odparowywać raz zarazem ataki niekończącej się armii wojowników szoguna. W pewnej wiosce lok...

Los Angeles i film sensacyjny znowu kultowe

Drive, reż. Nicolas Winding Refn, rok 2011 Niewiele mogę dodać o filmie, o którym tyle napisano i powiedziano, który z rozpędu stał się czymś więcej niż tylko zręcznym recyklingiem specyficznych kinowych wzorców. "Drive" to przepyszna konfitura sporządzona z nostalgii i inspiracji kultowym amerykańskim kinem sensacyjnym i samochodowym lat 70-tych i 80-tych, przy okazji czyniąca Los Angeles po raz kolejny najbardziej spektakularnym filmowo miastem na świecie. To nie tylko najlepszy film w karierze Nicolasa Windinga Refna, ale też obraz w pełni cementujący jego rolę jako czołowego dziś przedstawiciela ekscytującego kina gatunkowego. Odkurzenie stylu Michaela Manna, Wiliama Friedkina, Waltera Hilla i Petera Yatesa okazało się dla Refna znakomitym punktem wyjścia do stworzenia własnej mitologii filmowej, która może skończyć jako nowy paradygmat dla kina akcji na następne lata. Mam tu na myśli to, że wykorzystanie wskazówek z filmów rodzaju "Bullitt" czy "Ż...

Wywrotowe chef-d'oeuvre

Johnny Guitar, reż. Nicholas Ray, rok 1954 Pojawiają się sporadycznie filmy w życiu kinomana, które potrafią zmienić jego opinię o danym gatunku. Zdecydowanie mogę stwierdzić, że fanem westernów stałem się dopiero po obejrzeniu "Johnny Guitar" Nicholasa Raya. Kochane przez Francoisa Trauffauta i Jean-Luc Godarda, wielkie dzieło Raya jest bez wątpienia najlepszym westernem, jaki widziałem w życiu, przede wszystkim dlatego, że na wielu płaszczyznach dywersyfikuje zasady swego gatunku. Oto kilka powodów uzasadniających moją adorację: 01. Centralnymi postaciami są kobiety. Nazywany feministycznym westernem, "Johnny Guitar" był pierwszym filmem w swoim gatunku, w którym zarówno protagonistą i antagonistą była kobieta. Ta umownie dobra, Vienna (grana przez Joan Crawford) stara się uchronić swoją posiadłość (w niedalekiej przyszłości mająca być żyłą złota) przed zajadłymi atakami i oskarżeniami zawistnej rywalki, Emmy (Mercedes McCambridge), podburzającej lokalny...

Sfejsbukuj mnie

The Social Network, reż. David Fincher, rok 2010 Dwa najpewniejsze serwisy sumujące opinie krytyków - Metacritic i Rotten Tomatoes - jak na dłoni wskazują nam, że właśnie doświadczamy rzadkiego zjawiska kulturowego. Tym zjawiskiem jest rzekomo wybitny amerykański film Davida Finchera, The Social Network. Nie po raz pierwszy stawiani jesteśmy w sytuacji, w której głośna premiera zza Oceanu przybywa do nas odziana w splendor i tytuły rodzaju "Film roku". Z doświadczenia można wywnioskować, że nie zawsze podzielaliśmy entuzjazm amerykanów. Wystarczy przypomnieć sobie reakcje towarzyszące "Aż poleje się krew". Od dawien dawna amerykańscy krytycy literaccy poszukują tzw. "Wielkiej amerykańskiej powieści", która w stopniu najbliższym rzeczywistości odzwierciedla danego ducha czasu, w jakim znalazł się kraj. Za przykład może posłużyć chociażby twórczość Williama Faulknera czy Thomasa Pynchona. Analogicznie do tego konceptu, od dłuższego czasu krytycy filmowi wytę...

Staroć

Ostatnio był tutaj ogromny zastój, ale z braku czasu, a także z blokady twórczej, nie kwapiłem się, by pisać coś do czego nie byłbym przekonany. Postanowiłem zresztą spojrzeć na jeden z pierwszych, archiwalnych tekstów tego bloga i umieścić go w końcu. Ten krótki tekst tyczył się dzieła uznanego meksykańskiego reżysera, Alejandro Gonzáleza Iñárritu i jego chyba najlepszego filmu - "21 gramów" z 2003 roku. W pozornym chaosie narracyjnym pana Inarritu jest metoda. Jego nielinearne prowadzenie fabuły, gdzie zakończenie filmu może być na początku w pewnym sensie podąża za dewizą Jean-Luc Godarda, który kiedyś stwierdził, że "historia powinna mieć początek, środek i zakończenie...ale niekoniecznie w tej kolejności." Na początku można odnieść inne wrażenie, jakoby reżyser pomieszał wydarzenia specjalnie, by przykryć nieszczególnie oryginalną historię. Tak jak w filmach typu "Amores Perros" nakreśla w niej znaczenie losu. Bohaterowie, pozornie odlegli od sieb...

Mroczne miejsca zawsze kryją wiele tajemnic.

Wyspa Tajemnic , reż. Martin Scorsese, 2010 Na nowe dokonania Martin’a Scorsese’go nie czekam z wypiekami na twarzy, ale „Wyspa Tajemnic” naprawdę wzbudziła we mnie duże zainteresowanie. Kiedy dowiedziałem się, że klasyk amerykańskiego kina szykuje mroczny thriller z DiCaprio w roli głównej to od razu wiedziałem, że będzie to na pewno dobry film (w końcu zawsze tak było jak panowie Scorsese i DiCaprio współpracowali razem). Od razu też muszę napisać, że jak kiedyś reagowałem alergią na twarz Leonardo, to od jakiegoś czasu bardzo chętnie sięgam po nowe produkcje z tym aktorem. Bardzo się wyrobił i z niecierpliwością czekam na „Incepcję” Nolan'a, również z DiCaprio. Fabuła „Wyspy Tajemnic” jest bardzo prosta. Leonardo wciela się w rolę szeryfa federalnego Teddy’ego Daniels’a, który przybywa wraz ze swoim świeżo upieczonym partnerem na wyspę, która pełni rolę ośrodka dla zbrodniarzy mający poważne problemy ze swoją psychiką. Ma on za zadanie znaleźć zbiegłą bardzo groźna więźniar...