Przejdź do głównej zawartości

Posty

Wyświetlam posty z etykietą Kino Brytyjskie

Spełnienie marzeń kinomana, czyli kilka słów o arcydziele Edgara Wrighta i Simona Pegga

The World's End, reż. Edgar Wright, rok 2013 Zdarzyło mi się już w tym roku obejrzeć filmy wybitne ( Du Zhan , Upstream Color  i Berberian Sound Studio ), zachwycić się niesłusznie niedocenianym obrazem ( Passion Briana De Palmy), tu i ówdzie trafić na całkiem imponujące propozycje z rejonów bardziej nawiedzonych ( Obecność, The Lords Of Salem ), ale żaden z nich nie zaoferował takiej ilości filmowej magii, co The World’s End . Ostatnia odsłona luźnej trylogii Three Flavours Cornetto to kino krystaliczne i najbardziej nieodparty mikst komedii, science fiction i akcji nie tylko całego lata, ale prawdopodobnie ostatnich trzech. Nie żebym się tego nie spodziewał. Pomysłowość i wyczucie różnych konwencji panowie zafundowali już w wybornym pastiszu i hołdzie nurtu zombie ( Wysyp żywych trupów ) oraz kumplowskiej komedii policyjnej ( Ostre psy ). Oba filmy, spełnienie młodocianych marzeń Edgara Wrighta i Simona Pegga, w kontekście najnowszej propozycji trzeba jednak...

Afrika corpse

The Dead, reż. Howard J. Ford/Jonathan Ford, 2010 Mało ciekawy tytuł tego bardzo dobrego filmu można by zmienić na "Afryka żywych trupów", bo nie dość, że dużo tu wszelkich zapożyczeń od George A. Romero, to jeszcze potencjalnie dałoby się go podpiąć pod nieoficjalny dodatek do wciąż trwającego pochodu umarłych mistrza gatunku. Mi staroświeckie myślenie twórców bardzo odpowiada - wejście w akcję mamy w trakcie trwania epidemii zombie, której przyczyny wybuchu nie są rzecz jasna wyjaśnione, a same zombie są w starym dobrym stylu bardzo powolne. Za ten ostatni element należą się szczególne brawa, bo za wysoce nielogiczne uważam dzisiejszą tendencję przyśpieszanie czegoś co nie żyje (remake Dawn of the Dead najlepszym przykładem). Oczywiście jest to wymóg szybszych czasów, i co raz bardziej widowiskowo kręconych filmów, ale każdy miłośnik zombie wie, że nawet jeśli trupy zmierzają ślimaczym tempem to i tak prędzej czy później dopadną swoją ofiarę. "The Dead" odróżnia...

Samotność na księżycu

Moon, reż. Duncan Jones, rok 2009 Science-fiction przechodzi w tym roku prawdziwy revival. Za sprawą bardzo pochlebnie przyjętych i cieszących się dużym powodzeniem wśród widzów filmów "Star Trek" i "Dystrykt 9", gatunek ten złapał drugi oddech. O ile pierwszy z nich był rozrywką na dobrym poziomie i okazał się przystępną introdukcją dla osoby, która nie przepadała za serialem (jak ja), a drugi odświeżającym podejściem do tematyki obcej populacji na naszej planecie, to mówić o szczególnym zachwycie z mojej strony nie mogę. Jest to odłam gatunku, który niezbyt mnie interesuje. Opowiadam się za metafizycznymi albo psychologicznymi eksploracjami filmów typu Solaris/Blade Runner/2001: Odyseja Kosmiczna lub skromnie wyprodukowanymi, niezależnymi propozycjami z ostatnich lat jak duet Donnie Darko/Wynalazek. Właśnie "Moon" należy do tej drugiej kategorii i choć nie podejmuje tematyki podróży w czasie jak tamte, to w kontekście kreowania klimatu i myśli reżyserski...