Z braku większego ostatnio zainteresowania nowościami, odświeżam sobie twórczość niektórych wykonawców i jak to często u mnie bywa, przypadkiem trafiłem na dawno nie słuchane Red House Painters i wystarczyło to, by zainspirować mnie do napisania o moich odczuciach względem ich muzyki. Tytuł posta jest rzecz jasna pewną hiperbolą, ale w przypadku określenia nastroju, jaki panuje na dwóch pierwszych płytach zespołu, ma swoje uzasadnienie. Zwykło się go opisywać jako depresyjny. Wymowa tekstów, śpiew i melodie od pierwszych dźwięków stwarzały wrażenie, jakby ich twórca nie potrafił funkcjonować bez antydepresantów. Tego typu mizeria, cierpienie i zagubienie w muzyce od dawna miały swoją osobliwą moc, jeżeli traktowano je z odpowiednim umiarem. Red House Painters należy do najwcześniejszych grup uprawiających slowcore, nurt, który jak sama nazwa wskazuje, charakteryzował się przede wszystkim powolną grą muzyków. W pierwszej połowie lat 90-tych, kiedy slowcore mocno się wyróżniał ...
Blog filmowo-muzyczny