Fatalny rok. Jak tamten był słaby, to o tym właściwie nie ma co mówić. Ratunek przyszedł dopiero 15 grudnia, gdy D'Angelo wydał niespodziewanie swój trzeci album, w kontekście całości roku jakże adekwatnie zatytułowany. Jego comeback to cud sam w sobie. Drugim cudem jest to, jak znakomitą płytę potrafił wysmażyć po czternastu latach. Najlepszy czarny artysta od czasu Jacksona i Prince'a potwierdza, że na niego czekać można eony, bo i tak zrobi to, co do niego należy. Przy czym udowadnia to, jak idiotyczną decyzją jest robienie podsumowań na początku grudnia, albo i wcześniej. Teraz te wszystkie listy są zbędne, bowiem nie uwzględniają pozycji nie tylko najważniejszej, co po prostu najlepszej. Poniżej 10tka, z czego pozycje od 10-8 to albumy bardzo dobre, 7-3 to pozycje świetne, zaś dwie pierwsze to arcydzieła. 10. The War on Drugs, Lost in the Dream Psychodelia spotyka Springsteena z lat 80. Stadionowe i ujmujące. Szkoda, że po znakomitej pierwszej połowi...
Blog filmowo-muzyczny