Rufus Wainwright, Out of the Game, 2012 Długo kazał czekać Rufus Wainwright na powrót do tego, co umie robić najlepiej, czyli pisania znakomitych, ambitnych kompozycji. Od czasu wydania przekombinowanej i nierównej "Release The Stars" pięć lat temu, artysta pogrążał się w projektach, które być może zyskiwały mu przychylności ze strony konserwatywnej publiczności, lecz z każdym kolejnym krokiem oddalały jego dotychczasową bazę fanów. Sam muszę przyznać, że w pewnym momencie mocno rozminęła mi się droga z muzyką człowieka, którego pierwsze cztery płyty nie schodziły przez długie miesiące z mojego odtwarzacza. Sprawa przybrała niemal opłakany stan w 2010 roku, gdy premierę miał intrygujący w założeniu, ale monotonny w egzekucji longplay "All Days Are Nights: Songs for Lulu". Omal nie obwieściłem wtedy, że jako autorski pieśniarz Wainwright nie ma już nic do powiedzenia. Dobrze, że pohamowałem swój wyrok, bo jego najnowsze dzieło, "Out of the Game" to dru...
Blog filmowo-muzyczny