Przejdź do głównej zawartości

Posty

Prawdopodobnie film roku

Biała wstążka, reż. Michael Haneke, rok 2009 Nagroda za najlepszy film w Cannes dla Hanekego jest bez wątpienia największym sukcesem w dotychczasowej karierze reżysera. Nie widziałem jeszcze reszty pretendentów do głównej nagrody festiwalu, ale od razu widać, że "Biała wstążka" wyróżnia się mistrzowską realizacją i intrygująco skonstruowaną, niejednoznaczną fabułą. Więcej, uważam, że jest to w pewnym sensie osiągnięcie na miarę "Fanny i Aleksander" Ingmara Bergmana, jeśli chodzi o wręcz powieściową, kilku wątkową narrację. Według reżysera, film traktuje o genezie każdego rodzaju terroryzmu, będącego natury politycznej albo religijnej . Jak się okazuje po seansie nie jest to stwierdzenie, które w łatwy sposób można odnieść do wydarzeń. A te mają miejsce w latach 1913-1914, w małej protestanckiej miejscowości na północy Niemiec. Na samym początku jesteśmy świadkami wypadku miejscowego doktora na koniu, który zakłóca generalnie spokojne życie mieszkańców. Jak się chwil...

W krainie norweskiej awangardy

Supersilent, 1-3, rok 1997 Jedna z moich ulubionych grup ostatnich lat, określana jako awangardowo-jazzowo-elektroakustyczna (!), działa na rynku muzycznym od 1997 roku. Fakt, cała czwórka jest dłużej, bo Arve Henriksen (trąbka), Ståle Storløkken (klawiszowiec) i Jarle Vespestad (perkusista) grali od 1989 roku jako free jazzowe trio Veslefrekk. Co do czwartego członka, Helge Stena, a.k.a. Deathproda, artysty live electronic, zaczynał on w norweskiej grupie rockowej Motorpsycho, a następnie wydał dwie solowe płyty. Tak się złożyło, że w maju 1997 roku zagrali oni wszyscy razem po raz pierwszy na festiwalu jazzowym "nattjazz" w Bergen. Muzycy przypadli sobie najwidoczniej do gustu , bo postanowili zaraz nagrać potrójny album, który ukazał się nakładem wytwórni Rune Grammofon. Nazwany "1-3", trwający ponad trzy godziny materiał okazał się ich najradykalniejszym dziełem do tej pory. Kompletnie rezygnując z elementów, których składa się kompozycja muzyczna (rytm,...

Klasa wykonawcza na najwyższym poziomie

Anthony Davis, Lady of the Mirrors, rok 1980 Muzyce z tej niezwykłej płyty nie daleko do stylu Keitha Jarretta czy Billa Evansa. W wydaniu jak najbardziej awangardowym, rzecz jasna. Liryczny, gwałtowny, kojący, sentymentalny - nie ma nastroju, którego nie potrafiłby uzyskać Davis od fortepianu. Uczucie z jakim gra swoje trudne i wyjątkowe melodie jest niepodważalne, a repetycyjne motywy jak w "Beyond Reason" potrafią wprawić w prawdziwy trans. Co najciekawsze nie jest to szczególnie trudne do przyswojenia, pomimo swojej złożonej konstrukcji i natury. Swoim pięknym spokojem momentami sprawia wrażenie muzyki lekkiej jak piórko. I do tego jest to jazz, który zbliża się niekiedy do współczesnej muzyki klasycznej. A może nią jest? Takie podziały zawsze są trudne do określenia, bo wielu wybitnych muzyków czerpie z bardzo różnych wpływów, by tworzyć tak jak tutaj Davis, dźwięki o niezwykłej głębi. ♫♫♫ ♫

Ciemna strona księżyca

Coil, Musick to Play in the Dark Vol. 1, Musick to Play in the Dark Vol. 2, rok 1999 oraz 2000 Bardzo interesujący projekt, składający się z dwóch części, zapoczątkował w muzyce Coil okres nazwany przez nich "księżycową muzyką". Pierwszy utwór z pierwszej płyty, "Are You Shivering" od razu doskonale przedstawia kierunek jaki panowie obrali - klimatyczna muzyka, bliska dark ambientowym rejonom; dziwne przetworzony głos, który powtarza niezrozumiałe dźwięki, oraz recytacja tekstów zamiast śpiewu.  W następnych kompozycjach będą się pojawiać np. kapitalne sample kobiecego głosu, służące jako nastrojowe tło czy dziwne efekty dźwiękowe, przypominające szum wiatru. Na obu płytach odnajdziemy rewelacyjne przetworzenia stylu Tangerine Dream z okresu "Phaedry" i "Rubycona", płyt należących do ich najsłynniejszych. "Red Birds" oraz "Tiny Golden", bo o nich mowa, brzmią jakby były nagrane w 1975 r., ale jednocześnie są zakotwi...

Trochę za mało piękna, a za dużo hałasu

The Angelic Process, Weighing Souls With Sand, rok 2007 Jak udowodniło My Bloody Valentine, pod masą przesterów można skrywać proste, urodziwe melodie. Podobnym tropem, ale z głośniejszym rezultatem podążał The Angelic Process. Doom-metalowe brzmienie i tempo, shoegaze'owe wokale, które przebijają się przez masywne riffy jak światło do mrocznego pokoju, skrywają w sobie ogromny pokład emocji, które nie raz potrafią chwycić. Prosta konstrukcja utworów, która jest powtarzana przez całą płytę sprawia niestety, że na wysokości 5 utworu zacząłem się nudzić. Nie znaczy to, że nie ma tu dobrych piosenek. Wręcz przeciwnie, są tu perełki w rodzaju "Million Year Summer", gdzie można wykryć wyjątkowo śliczną, smutną melodię, walczącą o przedarcie się na powierzchnię z niesamowitym hałasem. Ale należą do mniejszości. Muzyka duetu opierając się na zmasowanym ataku szumu i gitar; rozpaczliwie wrzeszczącym wokaliście i głębokiej, melancholijnej aurze udowadniała wielki potencjał....

Siła szeptu w obliczu śmierci

The Antlers, Hospice, rok 2009 Drugie wydawnictwo zespołu The Antlers, którego szefem jest Peter Silberman to w dużej mierze wyciszony, pełny skrywanego bólu i elegancji koncept album o mężczyźnie, który traci ukochaną osobę z powodu raka, przyglądając się bezradnie jak umiera w ośrodku szpitalnym. Jak na 23 letniego muzyka, Silberman udźwignął ciężki temat i nagrał zaskakująco dojrzały materiał, obiecując sporo na przyszłość. Fakt, że są to bardziej pochmurne rejony dotyczące śmierci od razu nasuwać może podobieństwa ze świetnym "Funeral" The Arcade Fire. Produkcja lo-fi dodaje autentyczności opowiadanym historiom, ale nie ma też zbytniego ascetyzmu w brzmieniu, bo nieraz można usłyszeć udanie wkomponowane trąbki, jak w najlepszym utworze "Sylvia". Czasami pojawiają się dalekie echa Belle And Sebastian (Bear) czy Anthony'ego Hagarta we wstępie utworu "Atrophy", który ogólnie udanie zahacza o estetykę zimnego grania lat 80-tych. Przejmujący spos...

Godni spadkobiercy Black Sabbath

Electric Wizard, Witchcult Today, rok 2007 Angielska grupa doom-metalowa Electric Wizard działa od 1993 roku i ich ostatni album, "Witchcult Today" z 2007 roku jest szóstym z kolei. Wcześniej słyszałem uważany za ich najlepszy, czyli "Dopethrone", ale ten mi się bardziej podoba. Modelem dla brzmienia grupy jest Black Sabbath circa "Master Of Reality" w jeszcze wolniejszym i cięższym wydaniu. Potężne, zwaliste, nisko nastrojone gitary miażdżą swoją mocą, zmiksowane w taki sposób byśmy nigdy nie zapomnieli, że to one rządzą. Perkusista oraz wokalista są trochę schowani w tle, ale w tym wypadku jest to korzystne rozwiązanie. Jako że produkcja jest mniej surowa i przytłaczająca niż na "Dopethrone", można lepiej wyłapać melodie, które są naprawdę udane i nie odczuwać zmęczenia po pół godzinie materiału. Najistotniejszą zmianą dla mnie jest jednak wokalista Jus Osborn. Śpiewa czystym, przystępnym głosem, nie przepuszczając go za każdym razem ...