Przejdź do głównej zawartości

Posty

Gdy dwójka jest lepsza od jedynki

Halloween II, reż. Rob Zombie, rok 2009 Już w pierwszej części remake'u najwybitniejszego slashera w historii, Rob Zombie wykazał, że nie chce pójść śladem bezdusznych, korporacyjnych wyzyskiwaczy pieniędzy, jakimi bez wątpienia były nowe wersje "Koszmaru z ulicy wiązów" , "Piątku 13-tego" i "Teksańskiej masakry piłą mechaniczną" . Pierwszą połowę filmu poświęcił głębszej analizie charakteru 10-letniego Michaela Myersa, który w wyniku różnego splotu wydarzeń zamordował własną siostrę i kilka innych osób. Wyglądało to jak mocno pokręcony dramat psychologiczny, który z czasem oczywiście przechodził w brutalny, standardowy slasher. W dużo bardziej ciekawszym sequelu konwulsyjna narracja już sama w sobie jest czystą postmoderną, ale novum trzeba upatrywać we wprowadzeniu motywów snu do historii. Film poprzez ten zabieg wciąż balansuje na pograniczu koszmaru a rzeczywistości, co podbija intensywność i dziwność atmosfery. Pojawiający się tutaj s...

Imponujący, ale niepowalający powrót młodych mistrzów horroru

Livide, reż. Julien Maury/Alexandre Bustillo, rok 2011 Maury i Bustillo nie są byle kim w świecie horroru. Uznaje się ich za jednych z czołowych przedstawicieli luźno powiązanego ze sobą zjawiska zwanego "nowa ekstrema francuska", które wydało na świat kilka świetnych produkcji (m.in. Haute Tension, Calvaire, Ils, Dans Ma Peau). Sami do tej listy dorzucili w 2007 roku film "Najście", powszechnie i słusznie określany jako jedno z nielicznych arcydzieł gatunku tego wieku. Był to rodzaj horroru home invasion, będącego z reguły klaustrofobicznym spektaklem przemocy i grozy, ale efekt jaki uzyskała para francuskich reżyserów przekroczył wszelkie przyjęte normy. Wystarczy sobie wyobrazić "Wstręt" nakręcony przez Carpentera, ze sporą domieszką Fulciego, i daje to jakiś obraz całości. Po łączeniach z amerykańskimi remake'ami (szczęśliwie porzuconymi), aż pięć długich lat trzeba było czekać na następcę, który ewentualnie rozstrzygnąłby ...

Niebiański pop

Rufus Wainwright, Out of the Game, 2012 Długo kazał czekać Rufus Wainwright na powrót do tego, co umie robić najlepiej, czyli pisania znakomitych, ambitnych kompozycji. Od czasu wydania przekombinowanej i nierównej "Release The Stars" pięć lat temu, artysta pogrążał się w projektach, które być może zyskiwały mu przychylności ze strony konserwatywnej publiczności, lecz z każdym kolejnym krokiem oddalały jego dotychczasową bazę fanów. Sam muszę przyznać, że w pewnym momencie mocno rozminęła mi się droga z muzyką człowieka, którego pierwsze cztery płyty nie schodziły przez długie miesiące z mojego odtwarzacza. Sprawa przybrała niemal opłakany stan w 2010 roku, gdy premierę miał intrygujący w założeniu, ale monotonny w egzekucji longplay "All Days Are Nights: Songs for Lulu". Omal nie obwieściłem wtedy, że jako autorski pieśniarz Wainwright nie ma już nic do powiedzenia. Dobrze, że pohamowałem swój wyrok, bo jego najnowsze dzieło, "Out of the Game" to dru...

Slasher znów triumfuje

Behind the Mask: The Rise of Leslie Vernon, reż. Scott Glosserman, rok 2006 "It's convention, we have to respect it" - Leslie Vernon Za złotą erę slasherów uznaje się końcówkę lat 70-tych i początek lat 80-tych. Wtedy wówczas sale kinowe zalały takie perełki jak "Halloween", "Piątek 13-tego", "Koszmar z ulicy Wiązów", "Slumber party massacre", "Moja krwawa walentynka", czy "The House on Sorority row". Slashery w większości były produkcjami charakterystycznymi dla swoich czasów: tandetne, tanie, pełne luk scenariuszowych, z marnym, drewnianym aktorstwem, wylewającym się gdzie popadnie mizoginizmem i sporą ilością scen gore. Po wielu latach zapomnienia, gdy opinia głównie wśród widzów uległa mocnej poprawie, uzyskały zasłużony kultowy status (mówię tu chociażby o trzech ostatnich pozycjach z wyżej wymienionych). Dla mnie od samego początku była to świetna, odmóżdzająca rozrywka, w perfidny sposób żywiąca się ...

Przedwieczny magazyn

Z czystego obowiązku oznajmiam, że magazyn "Coś na progu" już w sprzedaży . Życzę miłej lektury!

Krótkie przemyślenia - 6

Kilka ostatnich w kilku zdaniach: Hudsucker Proxy, reż. Joel Coen/Ethan Coen, rok 1994 Coenowie od początku swojej kariery wygłaszają co jakiś czas panegiryk na cześć kina i w tym uroczym, fantastycznie wystylizowanym dziele nie jest inaczej. Postmodernistyczny kocioł dekad – z jednej strony echa wielkiej depresji i nowego ładu, z drugiej agresywny kapitalizm końcówki lat 50-tych – w scenerii jak z obrazów Normana Rockwella wypada imponująco, bo Coenowie mają świetną rękę do władania różnorodnymi konwencjami. Właściwie najtrafniej byłoby określić ten film jako odtworzenie powszechnej w latach 30-tych i 40-tych screwball comedy. Poruszany w filmie motyw od pucybuta od milionera, cała ta pogoń za amerykańskim snem jest doskonale znany w amerykańskim kinie, ale dzięki sprawności formalnej reżyserów i zabawnemu scenariuszowi historia Norville’a Barnesa wydaje się świeża i ani na chwilę nudna. Powiedziałbym nawet, że pełne rozmachu i inwencji inscenizacje dorównują szalonym wizjom Ter...

Pompa i szmira, czyli 84 rozdanie Oskarów

Najgorsze nagrody filmowe po raz kolejny za nami. Po raz pierwszy postanowiłem poświęcić się i obejrzeć galę w całości, by zobaczyć jak to wszystko wypada. Już wiem, że będzie to ostatni raz. Nie dość, że jest to wyjątkowo nudna uroczystość, pretensjonalna i sztuczna do bólu, to te ciągle wylewające się z każdej strony laudacje sprawiły, że po pół godzinie chciało mi się wymiotować. Host programu, Billy Crystal, był tak samo nieśmieszny jak w swoich filmach, rzucając na prawo i lewo ogranymi, rasistowskimi żartami, z których widownia zresztą najbardziej się śmiała. Tematycznie 84 rozdanie podporządkowane było magii kina, stąd sporo w trakcie uroczystości było przemyśleń znanych aktorów o tym, co czyni film wielkim, co zrobić by kreacja była zapamiętana itd. Tutaj również nic ciekawego nikt nie powiedział. Co do samych werdyktów i ułożenia kategorii - pożywki jak zawsze trochę jest. Już na początku absurdem było rozpoczęcie przyznawania Oskarów od tak ważnej kategorii jak najlepsze zdję...