Przejdź do głównej zawartości

Posty

Rewolucyjno-romantyczny maraton

Zwyczajni kochankowie , reż. Philippe Garrel, rok 2005 Wybitny krytyk filmowy Jim Hoberman określił trzy godzinny, czarno biały maraton niszowego francuskiego reżysera jako surowy, bezkompromisowo mdły i anachroniczny. Pod wieloma względami trudno nie zgodzić się z jego opisem. Tylko, że niekoniecznie można uznać go za pejoratywny w kontekście tego filmu. Surowość wiąże się ze skromną realizacją, rolą np. jaką gra oświetlenie czy wybór miejsca do kręcenia; mdłość z relatywnym brakiem akcji, skupianiu się w głównej mierze na subiektywnej obserwacji; anachronizm być może z zamierzoną próbą nadania historii nowocześniejszego wydźwięku. Bardzo szybko wyjawia się pasywność narracji, jaką stosuje Garrel. Wszystko u niego rozwija się powoli, tak jakby każde ujęcie było celebrowane możliwie długo, by pozostawić trwałe wrażenie u widza. Świadectwem tego są chociażby często pojawiające się sceny, gdzie statyczny kadr pokazuje nam aktora, którego wzrok tkwi w jednym punkcie, tak jakby znajdo...

Mroczne miejsca zawsze kryją wiele tajemnic.

Wyspa Tajemnic , reż. Martin Scorsese, 2010 Na nowe dokonania Martin’a Scorsese’go nie czekam z wypiekami na twarzy, ale „Wyspa Tajemnic” naprawdę wzbudziła we mnie duże zainteresowanie. Kiedy dowiedziałem się, że klasyk amerykańskiego kina szykuje mroczny thriller z DiCaprio w roli głównej to od razu wiedziałem, że będzie to na pewno dobry film (w końcu zawsze tak było jak panowie Scorsese i DiCaprio współpracowali razem). Od razu też muszę napisać, że jak kiedyś reagowałem alergią na twarz Leonardo, to od jakiegoś czasu bardzo chętnie sięgam po nowe produkcje z tym aktorem. Bardzo się wyrobił i z niecierpliwością czekam na „Incepcję” Nolan'a, również z DiCaprio. Fabuła „Wyspy Tajemnic” jest bardzo prosta. Leonardo wciela się w rolę szeryfa federalnego Teddy’ego Daniels’a, który przybywa wraz ze swoim świeżo upieczonym partnerem na wyspę, która pełni rolę ośrodka dla zbrodniarzy mający poważne problemy ze swoją psychiką. Ma on za zadanie znaleźć zbiegłą bardzo groźna więźniar...

Diabelska noc

The House of the Devil , reż. Ti West, rok 2009 Nie ma to czasem jak dobry slasher w stylu klasycznego "Halloween" z otoczką horroru satanistycznego w duchu wspaniałego "Dziecka Rosemary". Podobnie do arcydzieł Carpentera i Polańskiego, "The House Of The Devil" umiejętnie buduje napięcie, by w końcówce uderzyć ze zdwojoną siłą. Jest to sztuka, którą współcześni autorzy horrorów zupełnie zapomnieli. Zamiast przelewania hektolitrów krwi na planie w stylu filmów Roba Zombie czy zanurzaniu się w sadyzmie serii "Piła" , reżyser Ti West postawił na efekt powolnego, ale efektywnie wzrastającego niepokoju. Jego satanistyczny slasher jawi się nie tylko jako hołd złożony filmom o martwych nastolatkach, jak nazwał kiedyś ten nurt krytyk filmowy Roger Ebert, ale wręcz zaginiony artefakt z początku lat 80-tych, który dopiero teraz ujrzał światło dzienne. Fabuła filmu wydaje się dosyć luźną krzyżówką kultowego "Kiedy dzwoni nieznajomy" z 1979...

Kolejne zagubione w czasie arcydzieło

Marvin Gaye, Here, My Dear , rok 1978 Miałem ostatnio okazję odświeżyć sobie klasyczne pozycje muzyki soulowej z lat 60. i 70., po części dzięki jednemu z podrozdziałów mojej pracy licencjackiej. Wśród albumów, które powróciły do mnie po dłuższym czasie, nie mogło zabraknąć mojego ulubionego wokalisty soulowego, Marvina Gaye'a. W latach 70. to on jako pierwszy przełamał tematyczne status quo, jakie panowało w muzyce soulowej. Pomimo iż utwory z wytwórni Motown czy Stax były wspaniałe, pierwsze dzięki swojej przyjaznej popowej perfekcji, a drugie dzięki szorstkiej spontaniczności, to zazwyczaj całościowo albumy wydawane przez wykonawców należących do tych wytwórni składały się z kilku porywistych singli i zbyt dużej ilości wypełniaczy. W tekstach odnoszono się głównie albo do Boga, albo do miłości, rzadko podejmując ważne i trudne tematy, z którymi borykało się wówczas czarnoskóre społeczeństwo w Ameryce. "What's Going On" w 1971 roku rozpoczął w czarnej muzyce now...

Królowa znów czaruje swoim głosem

Erykah Badu, New Amerykah Part Two (Return of the Ankh) , rok 2010 Zjawiskowa Erykah Badu posiada jeden niezaprzeczalny atut, który na starcie wyróżnia ją wśród reszty wokalistek soulowych ostatnich kilkunastu lat - głos. Sama już jego barwa to unikat - jednocześnie ciepła, seksowna i ujmująco dziewczęca. Ale równie wielkie wrażenie może robić styl, w jakim każde słowo zostaje wydobywane z jej strun głosowych. Zrelaksowana i pełna swobody artykulacja Eryki wydaje się być tak naturalna jak oddychanie. Podobnie lekkim, niewymuszonym śpiewem mogły się pochwalić swego czasu tak wielkie nazwiska jak Marvin Gaye, Stevie Wonder czy Curtis Mayfield - artyści do których duchem Erykah nie raz nawiązywała. Pewne jest, że za kilka lat sama będzie stawiana w jednym szeregu z nimi. A najnowszy album to tylko potwierdzenie jej niezagrożonej od lat pozycji królowej Soulu. Badu wraca na nim do swoich korzeni. Po genialnym futurystycznym melanżu funku, soulu i hip-hopu, podlanym społeczno-polityc...

Gra duszy

Kolejne zderzenie artysty na dorobku z od dawna wypracowaną marką. Tym razem terytorium jest soulowe. Sade, Soldier Of Love Grupa Sade cierpi od lat na to samo schorzenie co Peter Gabriel - przerwy między nowymi nagraniami studyjnymi wynoszą po 10 lat. Taka była przynajmniej różnica między tą, a ostatnią ich płytą, "Lovers Rock" z 2000 roku. W przeciwieństwie do Gabriela, dokonania grupy nie są aż tak przeciętne i rozczarowujące, biorąc pod uwagę tak duży okres oczekiwania. Inną sprawą jest, że kto od ich nowej płyty spodziewał się jakiejś wolty artystycznej, ten nie powinien się łudzić - jest zarezerwowana dla od dawna ustalonej publiczności. Zalety, które przyniosły Sade sukces i uznanie bez problemu można odnaleźć i na najnowszej propozycji - produkcja jest wyrafinowana i klarowna, aranżacje są delikatne i pełne kunsztu, a głos wspaniałej gwiazdy Sade Ade jest jak zawsze ciepły i zmysłowy. Smukłość i stonowanie całości nagrania potrafi wprowadzić w aurę błogiego rozluź...

Wschodząca gwiazda i lekko opadająca legenda

W tym wpisie trochę o młodej oraz starej twarzy elektroniki i ich tegorocznych wydawnictwach: Pantha du Prince, Black Noise Pewnie nie usłyszę nic lepszego od Gas, jeśli chodzi o nastrojowe techno prosto z Niemiec. Rola projektu Hendricka Webera w takim razie szybko sprowadziła się dla mnie do miłej rekompensaty za pustkę, jaką odczuwam za Gasem. Materiał jest mniej minimalistyczny, a bardziej rytmiczny niż dokonania Voigta, ładnie odnajdujący się na pograniczu rozmarzonej elektroniki, a bliższej rejonom roztańczonych rytmów muzyki klubowej. W przeciwieństwie do "This Bliss", uważanego za najlepsze dzieło Webera, ta płyta jest naprawdę wciągająca. Bardzo relaksacyjne, doskonałe tło dźwiękowe do wykonywania jakiś twórczych czynności. Świetny tekst na temat tego dzieła napisał na swoim blogu Bartek Chaciński . ♫♫♫ ½ Autechre, Oversteps Od czasu wydania płyty "LP5" w 1998 roku angielski duet jak tylko się dało parł do przodu w kierunku praktycznie nie eksp...