Przejdź do głównej zawartości

Posty

Nowy album roku

Kayo Dot, Coyote , 2010 Toby Driver szybko wyrasta dla mnie na jednego z największych bohaterów XXI wieku. Przewodząc wpierw intrygującej formacji maudlin of the Well , by później stworzyć jeszcze bardziej fascynującą Kayo Dot , udowadniał przy każdej sposobności niewyczerpane możliwości w eksperymentowaniu z formą i gatunkami oraz nieczęsto dziś spotykaną świadomość kompozytorską. Najlepszą próbkę jego myślenia można odnaleźć na solowej płycie In the L..L..Library Loft z 2005 roku, gdzie artysta pochłonął się w szalenie awangardowej krainie, tworząc diabelską wariację współczesnej muzyki kameralnej, wymieszanej z elementami metalu czy wolnej improwizacji. Na trzech pierwszych płytach Kayo Dot , a także dokonaniach maudlin of the Well , Driver ze znakomitymi kompanami tworzył muzykę, dla której kluczowym słowem był eklektyzm. Death Metal, ambient, jazz, rock progresywny, muzyka klasyczna - każdy z tych gatunków naturalnie ze sobą współgrał, jakby był integralną częścią drugiego....

Esej

Jest to esej, który musiałem napisać na zaliczenie. Temat miał być dowolny, ale związany bezpośrednio z zajęciami. A, że to o czym napisałem poniżej przewinęło się na nich skłoniło mnie do podzielenia się swoimi wynurzeniami. Teraz robię to na blogu. Pisanie o muzyce to niewdzięczna rzecz. Niełatwą sztuką jest połączyć swoje odczucia, podyktowane emocjami z pewnym obiektywizmem, który hamuje nasz entuzjazm, by nie wyszła z tego laurka. Fakt, że każdy ma swoje indywidualne wartościowanie muzyki tym bardziej gmatwa sprawę. A co się dzieje, gdy pałamy szczególną sympatią do danego artysty? Stajemy się jednostronni w naszych opiniach i bardzo łatwo osoba czytająca nasze prace może nas zaszufladkować jako „fana artysty X”. Właśnie ta cecha jest bardzo charakterystyczna dla dziennikarza muzycznego, szczególnie w tych czasach, gdy za pomocą blogów i innych serwisów, każdy nagle może się stać wyrocznią na temat nowo ukazującej się muzyki. Są to często ludzie bez jakiegokolwiek wykształcen...

Muzyka dla samobójców

Z braku większego ostatnio zainteresowania nowościami, odświeżam sobie twórczość niektórych wykonawców i jak to często u mnie bywa, przypadkiem trafiłem na dawno nie słuchane Red House Painters i wystarczyło to, by zainspirować mnie do napisania o moich odczuciach względem ich muzyki. Tytuł posta jest rzecz jasna pewną hiperbolą, ale w przypadku określenia nastroju, jaki panuje na dwóch pierwszych płytach zespołu, ma swoje uzasadnienie. Zwykło się go opisywać jako depresyjny. Wymowa tekstów, śpiew i melodie od pierwszych dźwięków stwarzały wrażenie, jakby ich twórca nie potrafił funkcjonować bez antydepresantów. Tego typu mizeria, cierpienie i zagubienie w muzyce od dawna miały swoją osobliwą moc, jeżeli traktowano je z odpowiednim umiarem. Red House Painters należy do najwcześniejszych grup uprawiających slowcore, nurt, który jak sama nazwa wskazuje, charakteryzował się przede wszystkim powolną grą muzyków. W pierwszej połowie lat 90-tych, kiedy slowcore mocno się wyróżniał ...

Nowy gatunek

Ludzkość, reż. Bruno Dumont , rok 1999 Z wykształcenia filozof, Bruno Dumont błysnął w 1997 roku Bressonowskim debiutem Żywot Jezusa , akcentując nowy głos w francuskim kinie, które zaczynało ponownie nabierać rozpędu. Potwierdzeniem tego była twórczość reżyserów jak Claire Denis, Oliviera Assayasa i Arnaud Desplechina, rokująca optymistyczną przyszłość dla kina autorskiego we Francji. Dumont potwierdził swój talent dwa lata później filmem Ludzkość . W tym rygorystycznym, długim dziele, za punkt wyjścia twórca obrał sobie konwencję dramatu kryminalnego, wywracając ją do góry nogami. Próżno można doszukać się w jego filmie elementarnych cech gatunkowych kryminału - nie uświadczymy wartkiej akcji, a raczej jej brak. Tempo narracji jest co najwyżej żółwie. Protagonista to antyteza bohatera filmów kryminalnych - nie posiada wybitnej inteligencji, intuicji, błyskotliwości. Zamiast tego jest ociężały, introwertyczny i sprawia wrażenie jakby zaraz miał przejść załamanie nerwowe. Nie usłyszym...

Staroć

Ostatnio był tutaj ogromny zastój, ale z braku czasu, a także z blokady twórczej, nie kwapiłem się, by pisać coś do czego nie byłbym przekonany. Postanowiłem zresztą spojrzeć na jeden z pierwszych, archiwalnych tekstów tego bloga i umieścić go w końcu. Ten krótki tekst tyczył się dzieła uznanego meksykańskiego reżysera, Alejandro Gonzáleza Iñárritu i jego chyba najlepszego filmu - "21 gramów" z 2003 roku. W pozornym chaosie narracyjnym pana Inarritu jest metoda. Jego nielinearne prowadzenie fabuły, gdzie zakończenie filmu może być na początku w pewnym sensie podąża za dewizą Jean-Luc Godarda, który kiedyś stwierdził, że "historia powinna mieć początek, środek i zakończenie...ale niekoniecznie w tej kolejności." Na początku można odnieść inne wrażenie, jakoby reżyser pomieszał wydarzenia specjalnie, by przykryć nieszczególnie oryginalną historię. Tak jak w filmach typu "Amores Perros" nakreśla w niej znaczenie losu. Bohaterowie, pozornie odlegli od sieb...

Kino lat 90-tych, część druga

Zbliżający się termin obrony i feralny wypadek, który wyłączył mojego laptopa na dłuższy czas niestety zahamował dosyć mocno aktywność na tym blogu. Teraz muszę się męczyć na starym stacjonarnym kompie, więc lekko nie jest, ale postanowiłem dokończyć moją retrospektywną listę filmową, poświęconą dekadzie lat 90-tych. Więc o to reszta 10tki. L'eau froide, reż. Olivier Assayas, 1994 Filmy dotyczące trudnego dla nastolatków okresu dojrzewania bywają różne, ale w tym i poniższym przykładzie, mamy do czynienia z bardzo subiektywnym, gloryfikującym młodość spojrzeniem. U Assaysa czuć jednocześnie sentyment za czasami szalonych, nocnych imprez, odbywających się przy dźwiękach muzyki rockowej oraz zrozumienie postaw swoich bohaterów w trudnym dla nich momencie oswajania się z wizją nadchodzącej dorosłości i odpowiedzialności. Centralne postacie filmu - Gilles i Christine - szukają ucieczki od norm, jakie stara narzucić się im dorosłe społeczeństwo, ale bardzo szybko przekonują si...