Kilka zdań o dwóch horrorach:
Cropsey, reż. Barbara Brancaccio / Joshua Zeman, rok 2009
Dokument "Cropsey" przedstawia ciekawą miejską legendę o tajemniczym porywaczu i mordercy dzieci z Staten Island (jeden z okręgów Nowego Jorku). Para twórców nie tylko poświęca swoją energię na próbę wyjaśnienia kto naprawdę był winny zaginięć, ale też odnosi się do własnych doświadczeń z dzieciństwa. Rodzice wówczas w trosce o bezpieczeństwo swoich dzieci ostrzegali je przed tytułowym "Cropseyem", nieuchwytnym ludzkim monstrum mieszkającym gdzieś w lesie. Szkoda, że ten obiecujący temat obciążono niepotrzebną tezą, którą od samego początku można sprowadzić do tego, że to już od nas zależy czy wierzymy w istnienie boogeymana. Doprawdy głębokie. Za plus muszę uznać wątek o postrzeganiu Staten Island jako wielkiego wysypiska śmieci, w którym gangsterzy bez problemu mogą się pozbyć ciała oraz smaczki w rodzaju nieprawdopodobnych teorii gliniarzy i ukazaniu jak w mniejszej społeczności funkcjonuje mechanizm kozła ofiarnego. Formalnie film przypomina trochę programy śledcze o seryjnych mordercach z Discovery. To raczej niekorzystne porównanie (przynajmniej dla pełnometrażówki) od czasu do czasu zmywają triki rodem z "Blair Witch Project", ożywiające znacznie samą historię, zbliżając jej ujęcie do praktyk mockumentary. Na nudny wieczór w sam raz.
★★½
Night School, reż. Ken Hughes, rok 1981
Najlepsze co się przydarzyło temu filmowi to opis fabuły na stronie imdb: Who's been decapitating the innocent girls at a local night school? The police are baffled. Who really cares? Podczas seansu zastanawiałem się jakim cudem "Night School" (znany też pt. "Terror Eyes") trafiło na niesławną brytyjską listę video nasties. Może oglądałem pociętą wersję, bo niewiele zauważyłem w filmie szczególnie brutalnych scen - nawet nie pokazano bezpośrednio dekapitacji głowy. Co do reszty - fabuła jest bezsensu, montaż chaotyczny, aktorstwo gorzej niż mizerne (akcent Rachel Ward!), efekty specjalne komiczne. A wcale się nie zanosiło, że będzie aż tak źle. Wiadomo, że trzeba podchodzić do takich filmów z dystansem. Nie przeczę, że motyw z dziwacznymi, rytualnymi morderstwami (na pewno o wiele ciekawszy od dwusetnej zrzynki z "Piątku 13tego") obiecywał niezłą zabawę, ale twórcom zabrakło umiejętności by uczynić coś więcej niż realizacyjny bajzel. Skończyło się na tym, że "Night School" powinno się rozpatrywać w ramach niezamierzonej komedii z infantylnym horrorem w tle. Zamiast tego obejrzyjcie sobie "My Bloody Valentine" i "The Prowler" z tego samego roku.
★½
DYLETANCI
Blog muzyczno-filmowy
niedziela, 22 stycznia 2012
Double bill
czwartek, 12 stycznia 2012
Problemy z Holmesem

Akcja w drugiej odsłonie przygód Sherlocka Holmesa pędzi szybciej od Orient Ekspresu. Reżyser Guy Ritchie w „Grze cieni” postawił na efektowne widowisko, w którym łatwiej doszukać się wpływu Iana Fleminga niż Arthura Conan Doyle’a. Czy to źle? Na szczęście, nie do końca.
Oglądając poprzednią odsłonę przygód Sherlocka Holmesa, można było odnieść wrażenie, że Guy Ritchie ma szansę wrócić do Hollywood w wielkim stylu. Jego dwa pierwsze filmy, znakomite czarne komedie „Porachunki” i „Przekręt”, w interesujący sposób czerpały z amerykańskiego kina gangsterskiego, pokazując, że postmodernistyczne czytanie konwencji nie jest zarezerwowane jedynie dla Quentina Tarantino. Po dwóch porażkach artystycznych w postaci „Rejsu w nieznane” i „Revolvera” reżyserowi udało się ponownie obrać właściwy kurs filmem gangsterskim pt. „Rock’N’Rolla”. Dobrą passę kontynuował w 2009 roku „Sherlockiem Holmesem”, ocenianym ciepło nie tylko przez krytykę, ale i przez widzów, którzy chętnie zostawiali pieniądze w kinowych kasach, chcąc przekonać się w jaki sposób Ritchie i Robert Downey Jr. przetworzyli mit o jednym z najsłynniejszych detektywów wszech czasów. Czy jednak ta sama sztuczka może udać się dwa razy?
Ta wiadomość ulegnie zniszczeniu za 4...3...2...1
Kontynuacja przygód Sherlocka Holmesa ma mocno rozbuchaną fabułę, rozciągając akcję na sporą część Europy. Genialny złoczyńca profesor James Moriarty (Jared Harris) knuje intrygę, mającą doprowadzić do wojny między Francją i Niemcami (A wszystko to, dzięki anarchistycznym zamachom bombowym, morderstwom oraz przejęciu fabryk zbrojeniowych – skojarzenia z „Ligą Niezwykłych Gentlemanów” są jak najbardziej na miejscu).
Akcja rozgrywa się w 1891 roku, luźno nawiązując do wydarzeń znanych nam z lekcji historii. Scenarzystów Michele i Kieran Mulroney bardziej od międzynarodowego konfliktu interesowało bowiem pokazanie pojedynku pomiędzy Holmesem i Moriartym. W przeciwieństwie do dosyć blado wypadającego, złego Lorda Blackwooda z części pierwszej, Moriarty to archetyp czarnego charakteru – genialny matematyk, który pod postacią wybitnego naukowca skrywa swe prawdziwe, groźne oblicze. Przekonywająco odegrany przez Harrisa, Moriarty jest bezwzględnym, zimnokrwistym, godnym Holmesa przeciwnikiem i z prawdziwą przyjemnością ogląda się legendarne starcie obu panów przy słynnym wodospadzie Reichenbach (Warto zaznaczyć, że pomysł na pojedynek został przepisany na nowo i teraz zamiast na pięści, bohaterowie pojedynkują się... grając w szachy).
My name is Holmes, Sherlock Holmes...
Nowy Holmes ma już doprawdy niewiele wspólnego z postacią wykreowaną przez Arthura Conana Doyle’a. Bardziej przypomina Jamesa Bonda skrzyżowanego z Indianą Jonesem i z całą pewnością jest bardziej cyniczny i arogancki niż agent 007 i słynny archeolog razem wzięci.
Fabularnie nowy obraz Guya Ritchie niczym nie zaskakuje, starając się jedynie powtórzyć sukces komercyjny części pierwszej. W warstwie produkcyjnej wszystko jest tutaj większe, bardziej rozbuchane, zapierające dech w piersiach i momentami efektowne aż do przesady. Mamy więcej pojedynków, eksplozji, strzelanin, popisów kaskaderskich oraz efektów specjalnych. Sytuację ratuje jedynie ponownie udane zestawienie ze sobą postaci ekscentrycznego Holmesa i pragmatycznego doktora Watsona (Jude Law), który szczęśliwie ożeniony, nie ma początkowo zamiaru uczestniczyć w kolejnych śledztwach słynnego detektywa. Robert Downey Jr. jako Holmes niebezpiecznie zbliża się jednak do kreacji Johnny'ego Deppa znanej z „Piratów z Karaibów”, tworząc karykaturę samego siebie. Jest ironiczny do przesady, a od jego bogatej gestykulacji i zwariowanych min, aż kręci się w głowie. Często ucieka się do przebieranek i aż do przesady emanuje swoją ekscentrycznością. Także rozwiązywanie zagadek za pomocą pieści, a nie intelektu i dedukcji nie każdemu musi przypaść do gustu.
Plastyczne przedstawienie strzelanin i pościgów oczywiście robi wrażenie, ale chwilami wszystko dzieje się tak szybko, że niejednokrotnie nie sposób nadążyć za migającymi na ekranie obrazami. W filmie jedna nieprawdopodobna przygoda goni kolejną. Akcja przenosi się w szybkim tempie z Londynu do Paryża, później do Niemiec i Szwajcarii – istne „Mission Impossible”.
Filmik, popcorn, cola i do domu...
Wybierając się do kina warto zatem pamiętać o jednym. „Gra cieni” to dobrze skrojone kino akcji, pozbawione niestety aury tajemniczości. Ci, których irytował pierwszy „Sherlock Holmes” tym bardziej nie znajdą tu nic dla siebie. Pomijając elementy fabuły zaczerpnięcie z opowiadania „Ostatnia zagadka”, ciężko odnaleźć w filmie konkretne nawiązania do innych dzieł Doyle’a. Wielbiciele jego prozy powinni więc skierować swą uwagę raczej w stronę ostatniego serialu wyprodukowanego przez BBC. Wszystko to nie oznacza jednak, że „Gra cieni” to kinowy bubel. Druga odsłona przygód Sherlocka Holmesa nie zawodzi jako czysta, nieskomplikowana rozrywka. Jeżeli więc nie jesteście uczuleni na Roberta Downey Jr. i lubicie wybuchającą akcję, która zmienia się wraz z ubywającym w kubełku popcornem, możecie śmiało wybrać się na „Grę cieni”. Po powrocie do domu polecam jednak i tak sięgnąć po dzieła zebrane Artura Conan Doyla, bo już po kilku przeczytanych akapitach przekonacie się, że nowe wcale nie znaczy lepsze.
★★½
Recenzja pierw pojawiła się na blogu magazynu "Coś na progu". I taka będzie zasada - dzień po ukazaniu się tam będę wklejać tutaj (albo linkować).
poniedziałek, 2 stycznia 2012
Afrika corpse

The Dead, reż. Howard J. Ford/Jonathan Ford, 2010
Mało ciekawy tytuł tego bardzo dobrego filmu można by zmienić na "Afryka żywych trupów", bo nie dość, że dużo tu wszelkich zapożyczeń od George A. Romero, to jeszcze potencjalnie dałoby się go podpiąć pod nieoficjalny dodatek do wciąż trwającego pochodu umarłych mistrza gatunku. Mi staroświeckie myślenie twórców bardzo odpowiada - wejście w akcję mamy w trakcie trwania epidemii zombie, której przyczyny wybuchu nie są rzecz jasna wyjaśnione, a same zombie są w starym dobrym stylu bardzo powolne. Za ten ostatni element należą się szczególne brawa, bo za wysoce nielogiczne uważam dzisiejszą tendencję przyśpieszanie czegoś co nie żyje (remake Dawn of the Dead najlepszym przykładem). Oczywiście jest to wymóg szybszych czasów, i co raz bardziej widowiskowo kręconych filmów, ale każdy miłośnik zombie wie, że nawet jeśli trupy zmierzają ślimaczym tempem to i tak prędzej czy później dopadną swoją ofiarę. "The Dead" odróżnia się jeszcze od innych filmów w ostatnich latach swoimi zdumiewającymi zdjęciami - piękne afrykańskie plenery okazują się idealną lokacją dla rozgrywania zombie holokaustu. Zresztą zawsze uważałem, że tego typu filmy najlepiej rozgrywają się na wielkiej przestrzeni - w tym wypadku nieistotne jest czy bohaterzy przemierzają pustynię, czy są w wiosce - trupy wciąż napływają, a bezkresne lądy kontynentu okazują się złowieszczą pułapką bez wyjścia. W filmie dosyć oszczędnie potraktowano dialogi, dzięki czemu zamiast niepotrzebnego potoku słów można w pełni wchłaniać nastrój osaczenia, osamotnienia i beznadziei, jaki towarzyszy dwojgu bohaterom - białemu i czarnemu. Piekielna marszruta protagonistów ma tutaj jeszcze jeden dodatkowy wymiar, ładnie wpisujący się w konwencję filmu drogi - nie liczy się tylko samo przetrwanie, ale również to, gdzie zmierzają, jaki mają obrany kierunek. Schemat "mamy miejsce schronienia, to brońmy go za wszelką cenę" w filmach zombie został już jakiś czas temu zajechany na śmierć, więc pomysł Fordów z mieszaniem konwencji okazał się udaną próbą podejścia do tematu w nieco odmienny sposób. Nie da się też oprzeć wrażeniu podczas seansu, że sytuacja w której biały rozwala hordę czarnych przypomina w jakimś stopniu czasy panującego wśród amerykanów i anglików rasizmu oraz imperializmu. Kraj produkcji mówi sam za siebie. Nie mam za to wątpliwości, że "The Dead" wraz z serialem "The Walking Dead" to najlepsze co może nam zaoferować teraz film zombie. Jak napisano w Village Voice - "The Dead ze swoimi ogromnymi, bezlitosnymi krajobrazami i moralną powagą, jest "Nocą żywych trupów" wyobrażoną jako western Sergio Leone."
★★★
poniedziałek, 26 grudnia 2011
Filmy roku 2011
Teraz czas na najlepsze filmy. Jak to często bywa, także i u mnie jest to trochę wymieszanie, jeśli chodzi o same premiery. Zasady są proste - film nie może być dwa lata starszy od roku, w którym robię listę, i mogłem usłyszeć o nim nie więcej niż rok wcześniej od dnia obejrzenia. To zawsze jest problem, bo premiery są tak różne - u nas często są ogromne poślizgi w dystrybucji, a to film potrafi się raz pojawić na jakimś festiwalu i już powiedzmy datuje się go na dany rok, choć mało kto go widział. Rok filmowo bardzo bogaty, zdecydowanie najlepszy z ostatnich lat. Wybór dziesiątki jak zawsze wsparty luźnymi przemyśleniami.
Godne odnotowania:
Musimy porozmawiać o Kevinie
Tomboy
Włóczęga ze strzelbą
Koń turyński
Czarna Wenus
Snowtown
Meek's cutoff
10. Chłopiec na rowerze, reż. Jean-Pierre i Luc Dardenne
Mówi się, że to najdynamiczniejszy film w dorobku wybitnych braci - nie widziałem ich całego dorobku, więc nie mogę tego potwierdzić, ale tak jak w przypadku "Dziecka", historia krnąbrnego chłopca jest niemal dramatycznym kinem akcji. Żywość tutaj nie wynika z niesamowitych pościgów, wielkich krętactw, krwawych bijatyk, lecz z prozy życia, zbiegów okoliczności, złych decyzji. 11-letni Cyril w bardzo młodym wieku musi zmierzyć się z nową rzeczywistością, utratą niewinności, bolesnym kłamstwem, próbą adaptacji do nowej sytuacji. Film nakręcony jest w luźniejszej manierze niż w przypadku "Syna", co automatycznie czyni go przystępniejszym dla większego grona widzów. Mogę się jedynie przyczepić, że postać Samanthy ze swoją boską cierpliwością i wyrozumiałością wydawała mi się momentami aż zanadto idealna, naciągana. Pomijając ten lekki szkopuł, panowie Dardenne w formie.
09. Niebezpieczna metoda, reż. David Cronenberg
Cronenberg to jeden z najodważniejszych i najbieglejszych reżyserów świata, bo nie widzę żadnego innego twórcy, który byłby w stanie przełożyć tak udanie "Nagi Lunch" na taśmę filmową. "Niebezpieczna metoda" to już któryś z kolei dowód, że przydomek "krwawy baron" już dawno temu mocno się zdezaktualizował. Mistrzowsko zagrany przez główne trio aktorskie (Fassbender, Knightley, Mortensen), film jest rodzajem dramatu, w którym niby wrze od emocji, ale okazuje się, że kończy się jedynie na grze wstępnej. W scenariuszu i realizacji czuć obsesyjną kontrolę, i właśnie w powściągliwości reżysera, jego umiejętnym dozowaniu emocjami tkwi największa zaleta filmu. To nie jest ckliwa i sentymentalna produkcja w wydaniu Mechant Ivory, tylko dzieło, które odnajduje swój klucz w dystansie, represji, obsesji, pragmatyzmie, akademickich sporach, zderzeniu chłodnej analizy z nie do końca hamowanymi pobudkami seksualnymi. Kto oczekiwał szokujących scen w stylu wcześniejszego Cronenberga, ten widocznie nie widział nic od czasu "Crash", ostatniej tak wyraźnej erupcji transgresji w jego twórczości. "Niebezpieczna metoda" skręca w stronę klasycznej, literackiej narracji, pokazując twarz reżysera, który od czasu "Muchy" z lubością dekonstruuje różne konwencje filmowe. Trochę niedoceniany, mniejszy triumf wielkiego Davida.
08. Misterios de Lisboa, reż. Raul Ruiz
XIX wieczny dramat kostiumowy brawurowo ożywił nam zmarły w tym roku wybitny chilijski reżyser Raul Ruiz. Jego adaptacja powieści "Os Mistérios de Lisboa" Camilo Castelo Branco jest podobnie do niej monumentalna w formie - trwa ponad cztery godziny - ale proszę się nie bać, bo czas trwania filmu nie stanowi żadnego problemu. Rozmach i niezwykle absorbujące intrygi interkontynentalnej historii młodej sieroty Pedra i osób z nim związanych ani na chwilę nie pozwalają się nudzić, wymagając ciągłego skupienia ze strony widza. Choć jest to wyświechtane hasło, to określenie literatura na ekranie doskonale pasuje do opisu "Misterios de Lisboa". Z pedantyczną dokładnością odwzorowano realia Europy okresu romantyzmu, nakreślono ówczesne kodeksy moralne i społeczne, dzięki czemu film jest nie tylko świetną rozrywką, ale też ciekawą lekcją historii. Ogląda się go jak kanoniczną książkę czyta - z każdą kolejną minutą, kolejnym nieprawdopodobnym zwrotem akcji, widz co raz bardziej zatapia się w majestatycznie ukazanym świecie ukrytych tożsamości, cierpień, nadziei, zgubnej miłości. Widocznie coś monumentalnego i filmowego musi być w prozie Branco skoro kolejny z jego utworów staje się kanwą dla ponad czterogodzinnego widowiska (Manoel De Oliveira w 1979 roku nakręcił równie długie Amor de Perdicao). W przeciwieństwie do tamtego filmu, wielki obraz Ruiza na szczęście nie jest aż tak trudny do zdobycia.
07. Bellflower, reż. Evan Glodell
Jeden z trzech tegorocznych filmów, który swoim wyglądem i fabułą jawnie nawiązywał do kultowego kina sprzed lat, w międzyczasie samemu aspirując by stać się nim w przyszłości. Nie tak brutalny jak "Włóczęga ze strzelbą" i "Drive", "Bellflower" pasjonująco łączy ze sobą miotacz ognia, Mad Maxa, super oldskulowe auto, pragnienie zagłady świata z intensywnie rozkwitającą i rozpadającą się miłością pomiędzy dwojgiem młodych partnerów. Jeszcze bardziej wystylizowany niż dwa powyższe tytuły (dzięki specjalnie spreparowanej kamerze), "Bellflower" to sztandarowy niezależny dramat nakręcony w wizualnej estetyce około MTV'owskich teledysków, świetnie wykorzystujący piękne kalifornijskie lokacje, by przedstawić pozornie prostą, ale ostatecznie sprytnie rozpisaną historię związku. Kto szuka intensywności w kinie, bez tępych ucieczek w tanie efekciarstwo i sensację, to niezwłocznie powinien sięgnąć po ten tytuł.
06. Szpieg, reż. Tomas Alfredson
John le Carre powinien być dumny z tej adaptacji - Alfredson w pięknie stonowanym stylu przekłada jego intrygującą w wymowie powieść na duży ekran. Zimna kolorystyka, paranoiczny nastrój, perfekcyjna realizacja, i przede wszystkim popis gry aktorskiej na każdym froncie (Gary Oldman na Oskara) "Szpiega" wynosi go na sam panteon filmów szpiegowskich XXI wieku. Były narzekania na problemy z nadążaniem za akcją, że była zbyt skomplikowana, ale gdy bierze się pod uwagę kontekst historyczny i złożone powiązania między bohaterami, to trudno się nie dziwić, że wydarzenia nie są prezentowane w prostej, przystępnej formie. Zresztą nie przesadzajmy, znajdą się trudniejsze do śledzenia historie - tutaj nawet często używane retrospekcje aż tak nie gmatwają - po prostu trzeba oglądać z baczną uwagą. Rośnie nam nowy wielki specjalista od adaptacji.
05. Drzewo życia, reż. Terrence Malick
Kolejny z tych filmów, w który ignoranci z niekłamaną radością rzucają hasłami w rodzaju "pseudointelektualny bełkot". Odbiór "Drzewa życia" od początku był mocno spolaryzowany - ci co chwalili wizualną stronę filmu narzekali na bezsensowność samej historii, a inni - w tym ja - uznali migotliwą narrację, jej pogardę dla chronologii, jako wyjątkowe i odświeżające odstępstwo od nudnej linearności. Zresztą od dobrych trzech filmów Terrence Malick prezentuje jedyną w swoim rodzaju kategorię poematu filmowego, więc nie warto się nastawiać, że siła filmu będzie oparta o znakomity scenariusz. Pomińmy sam wygląd "Drzewa życia" i słynną już sekwencję narodzenia wszechświata i życia na ziemi, bo tutaj dokonują się transcendentalne rzeczy (zresztą wielka uwaga krytyków w tym przedziale wynika z faktu wykształcenia reżysera, jego filozoficznych zapędów). Concerto grosso Malicka - jak pięknie ujął Jerzy Płażewski - nie byłoby tak majestatyczną symfonią, gdyby nie treść - wspaniałe zatopienie się Malicka w pruderyjnej Ameryce lat 50-tych, czasach paternalistycznego społeczeństwa, w którym ojciec był autorytetem nie do podważenia. Wszystko co powoli się wyłania po wspomnianej sekwencji życia, czyli operowanie prostą dychotomią ojciec-tyran - matka-anioł, owiniętą chrześcijańską symboliką, ostatecznie kształtuje film gatunkowo jako dramat kameralny o dorastaniu dzieci w otoczeniu rodzica, który jest skłonny skrzywdzić tych co kocha w imię swoich twardych zasad. Nie warto szukać tutaj łatwych odpowiedzi, bo u Malicka nigdy ich nie ma. Nazywajcie mnie fanbojem (którym zresztą jestem), ale Malick, nazywany czasem Thomasem Pynchonem kinematografii, poza niepotrzebnym, pretensjonalnym zakończeniem, znowu sięgnął wyżyn sztuki. Po raz piąty w ciągu 38 lat. Nieźle. Wygrana filmu w Cannes i największych podsumowaniach rocznych udowadnia, że nie tylko ja tak uważam.
04. Copie conforme. Zapiski z Toskanii, reż. Abbas Kiarostami
Jim Hoberman w jednym zdaniu najlepiej wyjaśnił czym jest arcydzieło Kiarostamiego: "Romantyczna, pocętkowana słońcem "Podróż do Włoch" ze strukturą "Przed zachodem słońca" i podporą rytmiczną "Zeszłego roku w Marienbadzie", nie wspominając o łagodnym aktorskim wykonaniu, które mogłoby być czystym piekłem w rękach Davida Mameta, Copie conforme jest rozmyślaniem o autentyczności, używającym Williama Shimella jako kontrastu dla festiwalowej divy Juliette Binoche." Jeżeli ktoś jeszcze myśli, że Abbas jest tylko wybitnym reżyserem regionalnym, to jego pierwszy zachodni film stanowi dobitne zaprzeczenie. Gra pozorów, tak sugestywnie roztaczana tutaj przez reżysera przemienia przyjemnie z początku zmierzający film w niesamowitą wariację na temat relacji między prawdą a fikcją w kinie, wciąż zacierającą granice, które wskazywałyby na jednoznaczną odpowiedź. Abbas od dawna ma obsesję na punkcie tej granicy - już w doskonałym "Zbliżeniu" synteza narracji dokumentalnej z fabularną iskrzyła wieloznacznością, ale "Copie conforme" sięga głębiej. Tutaj zwykłe spotkanie pary obcych ludzi w pewnym momencie rzuca wskazówkę, że mogli się znać/spotkać wcześniej, i nagle w jednej chwili film przeobraża się w porażającą historię miłosną, która może być prawdziwa, albo nie. Tego nie wiemy, ale w tej całej mistyfikacyjnej grze Kiarostami wyciąga jeszcze jeden obraz - aktualną i głęboką obserwację komunikacji między partnerami, przedstawiającą niuanse i subtelności w tak samo poruszający sposób, jak niedawne opus magnum Maren Ade "Wszyscy inni". Aha, dodam tylko na koniec, że Juliette Binoche potwierdza, że jest najlepszą aktorką na świecie.
03. Drive, reż. Nicolas Winding Refn
Pewien znakomity Duńczyk po cichu i ze smakiem wyraził miłość dla kultowego amerykańskiego kina w małym klasyku, który zazwyczaj mylny Peter Travers nazwał celnie "pure cinema". Wcześniejsze wyznanie miłości Kamila Dachnija w tym miejscu.
02. Rozstanie, reż. Asghar Farhadi
Perfekcyjny film. Wciągający po całości. Bogaty w treści. Więcej niż przekonywająco zagrany. Genialnie uwypuklający różnice klasowe i moralną problematykę indywidualnych czynów. Nie kwitujący wydarzeń z ciężarem szarżującego moralisty. Opowiadający się zawsze za człowieczeństwem, nawet jeśli dla własnego bezpieczeństwa brodzi się ono w kłamstwie. Farhadi nie wybiera stron, woli przyglądać się z boku, pozostawić ocenę widzowi. Wciąż nie pozwala na jednoznaczną ocenę protagonistów, zmieniając co chwilę nasz punkt widzenia kolejnymi rewelacjami. Styl narracji czerpie po części od kina gatunkowego, w tym wypadku podając rękę thrillerowi. Na papierze ciężki temat czyni w praktyce lekkim jak piórko, prowadząc swój film w znakomitym tempie. Hipotetycznie, gdyby Alfred Hitchcock był młodszy i urodził się w Iranie, nakręciłby właśnie "Rozstanie". Czekam na więcej panie Farhadi.
01. Dreileben
Najwybitniejszym filmem jaki widziałem w 2011 roku jest bez wątpienia trzyczęściowy niemiecki projekt "Dreileben". Wpisuje się on w co raz powszechniejszy ostatnio trend kilkuczęściowych filmów telewizyjnych, które odnajdują się doskonale zarówno na małym jak i dużym ekranie. W ostatnich dwóch latach mieliśmy przyjemność oglądać między innymi "Carlosa", "Red Riding Trilogy" i "Mildred Pierce". Podobnie do tego środkowego, niemieckie opus magnum składa się z trzech powiązanych ze sobą filmów, nakręconych przez trzech różnych reżyserów (Christian Petzold, Dominik Graf, Christoph Hochhäusler), w których mamy do czynienia z tymi samymi wydarzeniami w tej samej lokacji, ale za każdym razem ukazanymi z innej perspektywy. Gdzie trylogia "Red Riding" miała fabularnie rozmach dekady, "Dreileben" rozgrywa swoją historię w przeciągu kilku dni.
Pierwsza część "Etwas Besseres als den Tod" (Petzold) jest dla mnie zdecydowanie najlepsza z całej trójki, i sama w sobie mogłaby zostać moim filmem roku. Poznajemy w niej młodego Johannesa, pracującego w szpitalu, chcącego się dostać na medycynę, i Ane (hipnotyzująca Luna Mijovic), bośniacką emigrantkę, która jest pokojówką w pobliskim hotelu. Gdy przypadkiem ich drogi się krzyżują, wybucha pomiędzy nimi burzliwe uczucie. W międzyczasie w miasteczku trwają poszukiwania zbiegłego w tym samym czasie skazanego mordercy Molescha. Już w tej części poznajemy zasady projektu - im mniej wiemy, tym lepiej. Petzold umyślnie rozbija schematy thrillera, bo w jego filmie morderca jest prawie nieobecny - woli za to skupiać się na portretowaniu intymnych relacji Johannesa i Any, wyciągając na wierzch nie tylko różnice w ich charakterach, ale też w statusie społecznoekonomicznym. Od czasu do czasu historia romansu jest genialnie kontrapunktowana przez złowieszcze znaki, które sugerują, że bohaterzy nie są do końca bezpieczni - ich ciągłe kłótnie, kończące się zazwyczaj odchodzeniem któregoś partnera w las, gdzie czaić się może zbiegły morderca, wraz ze świetną ilustracją dźwiękową wprowadzają masę niepokoju, bo widz nigdy nie wie co się zaraz może stać. W jednej z wielu genialnych scen w filmie, Ana przekonana, że Johannes skrył się gdzieś za kamieniami wchodzi w głąb lasu, ale okazuje się, że jej chłopak idzie poniżej drogą. W sposób jaki podbija tutaj reżyser napięcie i oczekiwania widza co do dalszego rozwiązania akcji powinien być drogowskazem dla każdego, kto chce dziś nakręcić dobry thriller. Zresztą, w tym znakomicie zaplanowanym spychaniu zagrożenia na dalszy plan film przypomina trochę klasyczne "Nie oglądaj się teraz" Roega.
W "Komm mir nicht nach" Dominika Grafa, jedynym filmie nakręconym na taśmie filmowej (reszta na kamerze cyfrowej), do miasta przybywa Jo - psycholog kryminalny - by pomóc miejscowej policji w schwytaniu Molescha. Jej przybycie nie jest witane szczególnie ciepło, bo jak się okazuje, ma jeszcze inne, dosyć istotne podłoże. Jo zatrzymuje się w domu swojej długoletniej przyjaciółki Very, która mieszka z mężem pisarzem. Część Grafa jest zdecydowanie najbardziej gadatliwa i odsłaniająca ze wszystkich, wręcz Rohmerowska w swoich długich dialogach. Tutaj Graf szczególny akcent położył na wspomnienia dwóch przyjaciółek o mężczyźnie sprzed lat, z którym obie jednocześnie, ku swojej niewiedzy, były uczuciowo zaangażowane. W porównaniu ze swoim poprzednikiem, stawiający na lżejszą, cieplejszą tonację Graf nie potrafi tak efektywnie zahipnotyzować widza swoją perspektywą, ale jako środek trylogii jego dzieło wypełnia z dobrym rezultatem swoje obowiązki.
W "Eine Minute Dunkel" Christoph Hochhäusler przedstawia nam to co się działo przez ten cały czas z Moleschem, który do tej pory w oczach widza był jedynie ukrywającym się w lesie złem, rzucając też podejrzenie, że Molesch mógł być niesłusznie skazany za morderstwo sprzed pięciu lat. I właśnie w dualistycznym kierunku zmierza ostatnia część "Dreileben" - chwile wolności antagonisty są przeciwstawianie ze śledztwem doświadczonego policjanta Marcusa w sprawie dawnego czynu Molescha. Mroczna i powolna w narracji, ostatnia partia doskonale wywraca schemat poznawczy widza, kończąc całość nieprawdopodobnie ironiczną nutą. Gdyby Andriej Tarkowski nakręcić miał dziś atmosferyczny thriller, to jestem pewien, że bardzo przypominałby to co osiągnął w swoim utworze Hochhäusler.
Każdy z partów trwa po mniej więcej 90 min, co daje razem 270 min kina, które fascynuje i wciąga jak mało co widziałem w ostatnich latach. Kina, które nigdy nie jest pretensjonalne. Ba, wręcz pozbywa się jakichkolwiek zapędów maksymalistycznych, bo jest projektem zdecydowanie skromnym w egzekucji. Po seansie "trzech żyć" sądzę, że lepiej filmowych puzzli ułożyć się już chyba nie da.
czwartek, 22 grudnia 2011
Albumy 2011 roku -- Top 10
Tak jak w tamtym roku, 2011 nie przyniósł mi mocnego kandydata na album roku. Znowu lawirowałem pomiędzy 5-6 pozycjami. Fakt, że w ogólnym rozrachunku rok 2011 muzycznie jest zdecydowanie silniejszy niż 2010, to jego top 5 wydaje mi się trochę słabsze niż tamte (swoją drogą w tej chwili wyglądające znacznie inaczej niż lista, którą wówczas zamieściłem). Na pewno nie przyniósł płyty na miarę „The ArchAndroid” Janelle Monae, którą póki co uważam za album dekady. Oczywiście kształt tego top 10 jest podyktowany taką a nie inną dyspozycją dnia, bo zapewne jutro lista wyglądałaby inaczej. Największy problem miałem dziś z ustawieniem pierwszej trójki - zmieniała mi się co chwilę. Zostało jak zostało – każdy album darzę prawie taką samą miłością, więc kolejność można uznać za umowną.
10. Wildcookie - Cookie Dough
Teksty roku. Narkotykowych referencji pada tutaj tyle, że się aż zastanawiam czy panowie sami czegoś nie biorą. Geniusz tkwi w ich popkulturowej wiedzy – „Serious Drug” z zabójczo chwytliwym zaśpiewem „Cocainnnne” wini właśnie ten narkotyk za to, że Smokey Robinson nie napisał więcej piosenek, a Richard Pryor się podpalił, zaś w „Heroine” Anthony Mills leniwie śpiewa, że heroina jest jego ulubionym jazzem, wymieniając Milesa Davisa i Raya Charlesa jako jednych z najsłynniejszych heroinistów. Sama muzyka to genialnie nieskomplikowana, oszczędna wariacja neo-soulu, z okazjonalnymi mrugnięciami w stronę jazzu, hip hopu i muzyki tanecznej. Wokalista Mills brzmi jak Cee-Lo na kwasie, zaś mastermind duetu, DJ Freddie Cruger z dużą zmyślnością tworzy dla niego odpowiednie tła, poruszając się zręcznie po różnych gatunkach. Słychać, że muzycy dobrze się bawili podczas nagrywania – atmosfera jest bardzo luźna, co w sumie nie powinno dziwić, gdy ktoś na leitmotiv wybiera narkotyki.
09. Terius Nash – 1977
Król czarnego popu niestety zawiódł, i nie wydał pod szyldem The-Dream swojego czwartego albumu. Na szczęście pozostawił po sobie w 2011 roku jakiś ślad, mianowicie ten znakomity mixtape, coś w rodzaju breakup albumu. Aż trochę dziwnie tak pisać, ale człowiek, który ukonstytuował w ostatnich latach jak R&B ma brzmieć, tutaj wypuścił się w rejony, które przypominają wyczyny Kanye Westa z dziś niezwykle wpływowej „808s & Heartbreak”, i co ciekawsze Abela Tesfaye z The Weeknd. Nie oznacza to, że ta zmiana mu nie służy – wręcz przeciwnie, genialny zmysł melodyczny Nasha sprawdzić mógłby się chyba w każdej konwencji. Piosenki są mroczne, formalnie dosyć ascetyczne, czasem bardzo osobiste w wyznaniach i nie pozbawione oskarżycielskich tonów typu „Stop fucking with me woman”. Nash nie tkwi w swojej mizerii przez cały czas, bo od czasu do czasu udaje mu się wyjść poza monochromatyczne barwy ciepłymi, stylistycznie bliskimi z trzema arcydziełami The-Dream balladami jak cudne „Wedding Crasher”. Choć Terius wymijał się od jednoznacznej odpowiedzi, to zorientowani szybko dostrzegli, że artysta sporo tekstów adresuje do Christiny Millian, z którą wówczas się rozstał. Warto dodać, że kto wie czy przy okazji Terius nie wylansował kolejnej w przyszłości wielkiej gwiazdy R&B – ślicznie śpiewająca Casha błyszczy jak najjaśniejsza gwiazda w „Silly”, występie solowym godnym burzy oklasków. Nie do końca jego „Here, My Dear”, ale jako muzyczna autoterapia „1977” jest bez wątpienia pełnym sukcesem.
08. Bon Iver – Bon Iver, Bon Iver
Najsamotniejszy i najsmutniejszy człowiek świata na swoim drugim albumie wciąż nim pozostaje, ale poczynione zmiany - wyjście z kabiny leśnej, zebranie kilku muzyków, otworzenie się na bardziej ekspansywne brzmienie – dało efekt totalnie piorunujący w swoim cichym pięknie. Kruchy, płaczliwy głos Justina Vernona i generalnie smutny jak diabli nastrój płyty może dla wielu być smętny do nieskończonej potęgi, ale żeby tak przynudzać, w stylistyce country-rockowo-soft-rockowej to też sztuka. Chciałbym z 5 innych wykonawców tak biegłych w tej sztuce (dla przykładu Wilco się stara od kilku płyt, ale wychodzi z tego straszne przeciętniactwo, tatusiowaty rock). Myślałem, że Bon Iver nie da rady przeskoczyć kapitalnego debiutu, ale tutaj jest jeszcze bardziej wzruszająco, szczególnie w melodiach, które niby na początku nie odkrywają w pełni swojego uroku, ale po czasie narastają i zadamawiają się w słuchaczu na dobre. Często są to krótkie wycinki, jakieś subtelne frazy, ale potrafią w mgnieniu oka odmienić cały utwór. Bogate, znakomite aranżacje mienią się szeroką kolorystyką, co jest sporą zmianą wobec, co by nie mówić, raczej hermetycznej muzyki z debiutu. Jak słusznie zauważono w Village Voice – Vernon od początku zdradzał aspiracje do pójścia w panoramiczne klimaty, i chwała mu za to. Przyszły bywalec kanonów.
07. Mayer Hawthorne – How Do You Do
Tradycyjny, uwodzicielski soul-pop w ostatnich latach przypomnieli nam wybornie panowie Raphael Saadiq i Cee-lo. Oczywiście są czarni. Gdyby osobie nie wiedzącej jak wygląda Mayer puścić jego drugi album, to dosyć prawdopodobną sytuacją byłoby uznanie przez nią, że artysta jest czarny. Następnie jedno spojrzenie na okładkę albumu i zdziwienie mogłoby być spore – Mayer jest jednak biały! Nie dość, że facet jest pieśniarzem wysokiej klasy, to jeszcze z taktem i klasą porusza się po diabelnie śliskiej powierzchni dobrego, czarnego popu. Umiejętność pisania utworów w duchu rhythm & bluesowym z czasów hegemonii Motown musiał wyssać z mlekiem matki, bo napisanie utworu w rodzaju „Get to Know You” nie może być przypadkowym darem od niebios. Mayer słodzi, łka, uwodzi, śpiewa falsetem a międzyczasie muzyka jest radosna, lekka, optymistyczna, pełna życia . „How Do You Do” nie byłoby też tak dobre, gdyby nie akompaniujący Mayerowi muzycy – ich wyczucie, precyzja i profesjonalizm są niepodważalne. Super aranże, super melodie, super groove’y - piękny hołd dla klasycznego R&B, i zarazem muzyka na każdą porę dnia.
06. The Diogenes Club - The Diogenes Club
Retromania ciągle żywa – popularny w Internecie duet nagrywa znakomity debiutancki długograj i wydaje się, że zgłasza pretensje do zastąpienia Junior Boys na szczycie syntetycznego popu. Kolejny taki album i Boysy będą musieli zgłosić kapitulację.
05. Escort – Escort
Kolejni rewizjoniści – tym razem kilkunasto osobowy zespół disco z Brooklynu, wręcz wyjęty żywcem z końcówki lat 70-tych i początku lat 80-tych. Dowodzony przez klawiszowca Eugene’a Cho i gitarzystę Dana Balisa, ze śliczną divą Adeline Michele na czele, Escort ma wielką szansę stać się głównym towarem eksportowym Nowojorskiej sceny tanecznej, zastępując niedawno rozwiązane LCD Soundsystem na tronie. Brzmienie zakorzenione w klasycznym disco, z echami Jacksona z „Off The Wall” i „Thriller”, Chic, Prince’a i Donny Summer, skąpane w produkcyjnym blasku, syntezatorze, trąbkach, smyczkach, polirytmiach, żeńskich chórkach, funkowo basowo-gitarowej orgii, jest uroczo retro-kiczowate i ponad wszelką miarę epickie – nawet jeśli utwory mają długość singlową. Około pięć lat zajęło zespołowi nagranie debiutanckiego albumu - w tym wypadku czas zrobił swoje. Jedynie mam nadzieję, że drugi album nie zajmie im następne pięć lat. Wraz z F. Oceanem i The Weekndem, największe dla mnie tegoroczne objawienie.
04. Frank Ocean – Nostalgia, Ultra
Rozpięty pomiędzy nowoczesnością a tradycyjnością – Ocean naturalnie wyrasta dla mnie na nowego Marvina Gaye’a, stylowego amanta-pieśniarza, kogoś z o wiele ciekawszą osobowością i wizją artystyczną niż chociażby Trey Songz. Debiutancki longplay ma się ukazać w 2012, i już teraz czekam na niego z wielką niecierpliwością. Wcześniejsza recenzja tutaj.
03. Drake – Take Care
W Rolling Stonie Jon Dolan zabawnie opisał okładkę „Take Care” – „Drake siedzi samotnie w głębiach posiadłości, którą mógł kupić od Jimmy Page’a z lat 70-tych […] pewnie uprawiał seks dwie minuty temu, ale wygląda jakby jego pies przed chwilą został rozjechany przez śmieciarkę.” Trafnie oddaje to zawartość płyty, która na wierzchu jest epicka w rozmachu, ale w środku smutna w duchu. To też ten oczekiwany przeze mnie wielki popowy moment roku - nie tylko dla samego Drake’a, ale dla całego mainstreamu. To już nie jest nawet hip hop czy r&b, nie da się tej muzyki zaszufladkować w jedną konkretną kategorię. Wyznania przemienia w hymny milioner playboy z ukrytym sercem – tym jest Drake i mnie osobiście taka persona fascynuje. I proszę mi znaleźć dziś w muzyce popowej kogoś kto w pierwszym tygodniu sprzedaje prawie 700 tys. egzemplarzy albumu z tak radykalną rekonstrukcją elementarnych gatunków czarnej muzyki. W prawie każdym utworze fortepian jest głównym instrumentem, nastrojowość całości sięga wyżyn najlepszych płyt R&B, Drake śpiewa i rapuje - wszystko oczywiście pod patronem studyjnej korekty - robiąc imponujące wrażenie dzięki swojej niezwykłej muzykalności i otwartości. Tutaj nie tylko refreny są chwytliwe, ale i same wersy zawierają sporo świetnych momentów, fraz do zapamiętania.
„Take Care” od czasu swojej premiery niewiarygodnie urosło w moich oczach. Zaczynało od skromnej oceny 6/10, i recenzja, którą miałem w zarysach miała dosyć krytyczny wydźwięk, ale podczas jej pisania i międzyczasie słuchania albumu szybko zrozumiałem, że moje pierwsze odczucia były błędne. Przy każdym kolejnym przesłuchaniu moja miłość tylko wzrastała. Recenzja jaka ostatecznie wylądowała na blogu teraz wydaje mi się powściągliwa, pohamowana w entuzjazmie. Czemu Drake przegrywa w takim razie z The Weekndem i PJ Harvey? Niestety trafił mu się bubel w postaci utworu „HYFR”, a cała płyta ma sporadyczne mikro wahania w poziomie, bo takie „Look What You've Done” jest tylko dobre. W przypadku „House Of Balloons” i „Let England Shake” o słabościach nie ma mowy. Tak czy siak pierwsza trójka jest tak blisko siebie, że równie dobrze mógłbym ją dać ex aequo.
02. PJ Harvey – Let England Shake
Jakoś tak się stało, że akcje najwybitniejszej singer-songwriterki lat 90-tych po wspaniałym „Stories from the City, Stories from the Sea” zaczęły dramatycznie spadać. „Uh huh Her” było tak przeciętne i mdłe, że do tej pory nic z niej nie pamiętam, i nawet nie chce mi się do niej wracać. „White Chalk” z kolei ze swoim wiktoriańskim pięknem i nowym stylem śpiewania Polly wydawał się krokiem w ciekawą stronę. Niestety efekt tamtego albumu osłabiła kolaboracja z Johnem Parishem na „A Woman a Man Walked By”, która okazała się niezbyt udaną próbą ukazania dwóch natur Harvey – tej gwałtownej, i tej wrażliwej. Nic dziwnego, że po tamtej płycie jakoś nie czekałem zaciekle na jej nowe nagrania, uważając, że wpadła w muzyczną depresje, z której nieprędko wyjdzie. Z tego powodu szok jaki przeżyłem po wysłuchaniu „Let England Shake” był ogromny – tak pasjonującej, pięknej, poruszającej, równej płyty Polly nie nagrała od czasu swojego metafizycznego arcydzieła „To Bring You My Love”. Umyślnie archaiczna lirycznie, gdzie dominują mocne, krwawe opisy starć wojennych, w szczególności bitwy o Gallipoli, płyta została wymodelowana na kontestacyjny folk-rock z końcówki z lat 60-tych, bogato zaaranżowany na szerokie instrumentarium, z ciepłym, przestrzennym brzmieniem (rzecz nagrana została w starym kościele), zaśpiewana przez Harvey na wyższych niż zazwyczaj rejestracjach, co już zaczęła zresztą stosować na wysokości „White Chalk”. Dosyć prominentnym na płycie instrumentem jest autoharfa, co szybko rzuciło porównania do Joni Mitchell i Joanną Newsom. Ale dla mnie show i tak kradną dęciaki (piękna ballada "All and Everyone" ), dodające wcześniej nie słyszanej u tej pani, nowej jakości. To też niezwykle rytmiczna płyta, ze znakomitymi w swojej prostocie i chwytliwości riffami w hymnie „The Glorious Land”. Dużo by mówić o tej płycie, ale i tak już wszystko napisano, więc pozostaje tylko słuchać kolejny raz.
„Let England Shake” już w tej chwili brzmi jak klasyk i przez dobre pół roku był moim albumem roku. Uznałem jednak, że wybranie go na 1 miejsce będzie trochę za oczywiste, bo po pierwsze został nagrany przez artystkę od dawna uznaną za wielką, więc tak czy siak można było się spodziewać , że z którymś kolejnym albumem PJ odzyska wigor i przywali potężnie, bo jej możliwości są po prostu ogromne. Po drugie - i co ważniejsze - chciałem wypromować nowego artystę, który jest stricte współczesny, młody, oryginalny, wcześniej nieznany. Kimś takim właśnie jest The Weeknd. Oczywiście poza wszelkimi wątpliwościami, „Let England Shake” zasłużenie wygrywa w większości zestawień magazynów muzycznych i dziennikarzy.
01. The Weeknd – House Of Balloons
Ze wszystkich wymienionych tutaj artystów Abel Tesfaye był najpłodniejszy – wydał trzy mixtape’y, z czego HOB to arcydzieło dekadenckiego R&B, drugi „Thursday” to trochę wymęczona, mniej melodyjna wariacja pierwszego, a wypuszczone dziś, znakomite „Echoes Of Silence” to mniej więcej podobna stylistyka, ale kierująca go w nowe, momentami jeszcze dziwniejsze kierunki (kawałek Initiation). Śpiewający głównie falsetem, czasem go nadużywając, The Weeknd na debiutanckim mixtapie najpełniej wyćwiczył jedyną w swoim rodzaju sztukę futurystycznego Noir R&B, gdzie pozbawiony radości hedonizm przemienia się w dekadencko-depresyjną degrengoladę konsumującego duże ilości narkotyków muzyka. Rob Harvilla chyba najkompletniej wyraził się w opisaniu zalet muzyki młodego Kanadyjczyka – „Smukłe, złośliwe, zamroczone narkotykami, soft pornograficzne, i absolutnie cudowne, HOB i Thursday są artystycznymi albumami z piekła do pieszczenia się, narcystyczną orgią zniszczonych dusz skazanych na ciągłe blaknięcie, dopóki nie znikną całkowicie.” Rezygnacja i zmęczenie, bijąca zarówno z tekstów jak i muzyki, w świecie hip hopu i R&B zdominowanego przez megalomańskie lamenty Drake’a i Kanye Westa, jest w wydaniu The Weeknd nawet bardziej przekonywająca, bo Abel niczego nie zmyśla, nie musi przyjmować żadnej pozy – bierze tylko przykłady z własnego życia. W dobie co raz mocniej zaznaczającej się w czarnej muzyce introspektywności i wątpliwości co do własnej osoby, The Weeknd wydaje się logicznym krańcem ,miejscem w które mało kto się może zapuścić. Dzięki temu mrocznemu i dramatycznemu napięciu, życiu na krawędzi, oddawaniu się pustej rozpuście, „House Of Balloons” jest moim albumem roku. A pamiętam jeszcze, że bałem się, że po HOB artysta szybko się wyeksploatuje na następnych mixtape’ach, ale myliłem się, bo Abel nie kipnie z powodu braku kreatywności – prędzej stanie się to za sprawą narkotyków.
środa, 21 grudnia 2011
Coś Na Progu - nowy magazyn

W styczniu/lutym 2012 wychodzi nowy magazyn "Coś Na Progu", w którym będę zamieszczał swoje teksty. Tematyka będzie taka jak widać na okładce - motywem przewodnim pierwszego numeru jest H.P. Lovecraft, znajdzie się w nim też sporo ciekawej publicystyki (nie związanej wyłącznie z Lovecraftem). Nie pozostaje mi nic innego pisać, jak tylko gorąco zachęcać do sięgnięcia po "Cosia", gdy się już ukaże.
wtorek, 20 grudnia 2011
Najlepsze albumy 2011 roku -- 20-11
Różne problemy przyczyniły się do dłuższego zastoju na blogu, ale najwyższy czas powrócić. Jesteśmy teraz zasypywani masą podsumowań muzycznych i filmowych, więc nie będę gorszy i zacznę własne. Pierw rozwiążę problem z tą pierwszą. Nienawidzę zimy, ale końcówkę roku uwielbiam, bo nie dość, że można nadrobić sporo zaległości, to jeszcze ciekawie jest śledzić co wygrywa, a co się nie pojawia (a powinno) na listach krytyków. Dziś druga dwudziestka, bo pierwsza dziesiątka ciągle się nie może ustalić. I od razu dodam, że z ciężkim sercem ustawiam tą kolejność (która i tak pewnie za tydzień się zmieni, ale niech będzie). Wybieranie lepszej płyty z samych najlepszych to wyjątkowo trudne zadanie, ale właśnie cała w tym frajda.
20. Lushlife – No More Golden Days
Jeden z tuzina wydanych w tym roku mixtape’ów, które często okazywały się lepsze od oficjalnych albumów. Hip Hop w tym roku przechodził samego siebie – dawno nie można było posłuchać takiej ILOŚCI świetnej muzyki. Niejeden raper w dzisiejszych czasach nauczył się czerpaćz koryta alternatywnego rocka/popu, i nie inaczej jest z Lushlife (Rajesh Haldar)– pojawiają się nawijki przy kawałkach Gang Gang Dance i Slowdive. Ci ostatni powoli wyrastają na faworytów młodego pokolenia, bo ten sam utwór użył jako podkład Lil B na swoim znakomitym „I’m Gay (I'm Happy)”. Lushlife to hip hop w nadspodziewanie luksusowo brzmiącej, refleksyjnej formie – wrażliwość indie rocka przefiltrowana jest przez east coasty i boom rapy, a pewna, hiperemocjonalna artykulacja (na featach dodatkowo m.in. Heems z Das Racist i Dice Raw) głównej gwiazdy tylko podbija moc nagrań.
19. Kate Bush – 50 Words For Snow
Powrót weteranki z najlepszym materiałem od 26 lat. Czego chcieć więcej?
18. Big K.R.I.T. – ReturnOf4Eva
Justin Scott nie dość, że świetnie rapuje, to jeszcze sam produkuje swoje kawałki. Nie robi nic nowego w sensie stylistycznym, bo obowiązkowe tango południowego hh z R&B i soulem odstawiają prawie wszyscy, ale wyróżnia go niespotykane za często w tej grze ucho do wybierania odpowiednich sampli i beatów. Jego mixtape ma świetny flow, niemal idealne wyważenie między bangerami a spokojniejszymi momentami, które stanowią szczególną siłę pod koniec płyty (powalający duet „Free My Soul”-„The Vent”). Rzadko udaje się komuś utrzymać atencję przez aż 21 utworów, a doskonale wiemy, że w hip hopie ekscesywna długość prawie zawsze musi się jakoś obrócić przeciwko artyście. Tutaj tego problemu nie ma, bo highlightsów jest w bród. Takie „Aquemini” 2011 roku.
17. Fleet Foxes - Helplessness Blues
Niewdzięczne zadanie nagrywania kontynuatora po zjawiskowo pięknym debiucie musiało wywrzeć niemałą presję na muzykach, w szczególności na Pecknoldzie. Jak sam opowiadał w wywiadach, jego obsesja na punkcie muzyki przekraczała zdrowe granice – rozpadł się długoletni związek, nerwy reszty zespołu zostały nadwyrężone. Stąd ton drugiego albumu zespołu jest o wiele bardziej minorowy, nie ma już tej ekscytacji, młodzieńczego zapału. Otrzymujemy za to znowu masę cudownej muzyki, z pięknymi partiami wielogłosowymi, pięknymi melodiami, lepszymi, bardziej dopracowanymi aranżacjami, głębszymi przemyśleniami nad życiem. Nie jest to materiał tak przystępny jak debiut, nie każdy utwór brzmi jakby miał trafić na najlepsze greatest hits świata, i nie ma tego uczucia obcowania z instant classic przy pierwszych odsłuchach, ale kolejne potwierdzają, że to może być jednak ich drugi folk rockowy klasyk pod rząd.
16. Junior Boys – It’s All True
Już przy „Begone Dull Care” odczuwało się, że grupa nie chce być szufladkowana tylko jako synth popowe, późno letnie melancholie na opuszczonej plaży. Jakkolwiek wspaniałe nie są dwie pierwsze płyty, to zmiana na trzeciej była bardzo mądrym rozwiązaniem. „It’s All True” odnajduje ulubiony duet fanów syntetycznego popu w jeszcze bardziej tanecznym i ożywionym pędzie, znowu przepełniony utworami, do których chce się po prostu wracać. Wydaje się, że Junior Boys nie są w stanie zepsuć płyty – czwarty złoty strzał pod rząd to dziś sztuka godna popisów Houdiniego.
15. Radiohead – The King Of Limbs
Chore oczekiwania słuchaczy, że Radiohead po raz trzeci zbawi świat muzyki rozbiły się o beton, gdy najkrótsza płyta w historii zespołu objawiła swoje oblicze. Oblicze, które jest najbardziej powściągliwym w ich historii – nie za wiele tu żywego grania, sporo syntetyki, w głównej mierze muzyki stworzonej na pętlach, trochę odwołującej się to do dubstepu, to do minimalu, to do afrobeatu. Płyta nagrana pozornie na odwal jest tak naprawdę pokazem swobody artystycznej i czystej radości z grania muzyki. Nie czuć tutaj żadnego naprężania muskułów, bo Yorke i spółka niczego udowadniać nie muszą. I choć zarzut, że mogłaby to być solowa płyta Yorke’a jest trafny, to i tak nie ma to znaczenia – muzyka broni się sama, czy to będzie znakomity brat „Pyramid Song” w postaci „Codex”, czy ikoniczne dzięki teledyskowi, futurystyczne R&B w wydaniu Radiohead „Lotus Flower”. I jak tu nie kochać ich strategii wydawania płyty w najmniej spodziewanym momencie – wtedy przynajmniej przez chwilę pół Internetu żyje jedną sprawą – muzyką.
14. Destroyer – Kaputt
Nie ma to jak wybrać za inspirację jeden z bardziej nielubianych gatunków muzycznych – soft rock (przechodzącego w ostatnich czasach zasłużoną rewaluację)- i pokazać, że jego wady są atutami. Lotna, relaksacyjna atmosfera, pojedynki i dialogi zreverbowanych trąbek i saksofonów, ejtisowe synthy, bezprogowy bas, wokalista śpiewający w pozycji leżącej, Sade, Steely Dan, Roxy Music – jeżeli pociąga cię takie coś, to znalazłeś płytę dla siebie. Dan Bejar nie posiada głosu, który byłby w stanie wynieść jego muzykę na jeszcze wyższy poziom niż teraz, ale wydaje się, że nie musi – tekstury i aura „Kaputt”, opowieści o kokainowych nocach i uganianiu się za dziewczynami są wystarczająco dobre, by wprawić w błogi stan.
13. Matana Roberts - Coin Coin Chapter One: Gens de couleur libres
Wynalazek Bartka Chacińskiego, który idealnie trafił z opisem płyty – „To, co uprawia Roberts, to rodzaj jazzowej hauntologii. Nowoczesną, niezwykle mocną i wyrazistą formę splata z wątków jakby żywcem wyjętych ze starych płyt.” Lepiej się nie da tego ująć. Odwoływanie się do mistrzów awangardowo-free jazzowych szaleństw z lat 60-tych ma moc małej bomby nuklearnej nie tylko dzięki znakomitemu rozumieniu tej muzyki i wizjonerstwu samej autorki, ale dzięki upiększeniom jakie stosuje – jej szalone, piękne partie głosowe w same sobie są instrumentem równym saksofonowi. Transcendencja bliska „Karmy” Pharoaha Sandersa z 1969 roku.
12. Jamie Woon - Mirrorwriting
Jamie Woon to zjawiskowy wokalista – jego subtelny, ultra smukły głos to prawdziwy słuchowy feromon, który nie zadziała chyba tylko na najbardziej gruboskórnych ludzi świata. I jest to też idealny komponent dla soul-popowego tła z leciutko dubstepowo-garażowym odcieniem, który słyszy się na jego debiucie. W utworze roku, „Night Air” Burial ma odpowiedź kto powinien być jego standardowym wokalistą na kolejnych albumach. W jednej z ballad roku - „Street” - Woon dowodzi, że przy prostej, minimalistycznej konstrukcji dźwiękowej i wokalu na pogłosie można stworzyć kompozycję wielkiego formatu. Cała płyta jest bardzo równa, bo Woon to w głębi serca staroświecki balladzista, któremu dobrze służy utrzymywanie się w konkretnej konwencji. Tak jak James Blake, SBTRKT i Katy B, jest soulowym pieśniarzem w post-dubstepowym świecie – dlatego nie dziwi mnie, że przy opisywaniu muzyki tych artystów, padają nowe nazwy gatunków.
11. Kendrick Lamar – Section.80
Znowu mixtape – rzekłoby się – ale to co ten chłopak z Los Angeles tutaj wyprawia wyrasta poza resztę bardzo zacnych przecież pozycji. Bardziej zaangażowany społecznie i politycznie niż większość rówieśników, odrzuca rapowanie o niczym i oddawanie się hedonistycznym praktykom dla cofania się do Reaganowskiej ameryki lat 80-tych, by wskazać początki niedoli swojej generacji. Z pasją snuje opowieści o eksplozji cracku, rasizmie, biedzie, dyskryminacji kobiet, spaja nawet kilka utworów w powiązaną narracyjnie całość, ale i tak wygrywa nas swoją muzyką - conscious hip hop w najlepszej tradycji Commona, z rewelacyjnymi wypadami w rejony R&B (prawie każdy utwór ma jakąś melodyjną, śpiewną wstawkę). W 6-minutowym orgazmie „Ab-Soul's Outro”, Lamar wraz z Ab-Soulem przy free jazowym akompaniamencie inspirująco wskrzesza jazz-rapowy odłam z lat 90-tych, bijąc prawdziwą afro-amerykańską dumą i gniewem. Z niecierpliwością będę oczekiwał jego kolejnych ruchów.