niedziela, 15 stycznia 2017

Filmy roku 2016




10.  Rycerz Pucharów (Knight of Cups), reż. Terrence Malick


Malick kręci już tylko hermetyczne poematy o zadęciu symfonicznym, ale tutaj nawet Hollywoodzka apatia potrafi zahipnotyzować. Wszystko dzięki niewidzialnemu montażowi. 


09.  Zaproszenie (The Invitation), reż. Karyn Kusama


Niezła zabawa z oczekiwaniami widza: to tylko kolejna niezręczna kolacja czy coś zupełnie innego? Choć bez zaskoczeń, to jednak umiejętne wykorzystanie lokacji jako ziemi obiecanej dla... Bez spoilerów. 


08. Hush, reż. Mike Flanagan


Home Invasion w soczystej postaci. Mniej ironiczne i zabawne od "Następny jesteś ty", ale bardziej kinetyczne i surowe. Przez co odrobinkę lepsze. 


07. Ostatnia rodzina, reż. Jan P. Matuszyński


Aktorstwo jest znakomite (poza szarżującym Ogrodnikiem), ale zadziwia dojrzałość reżysera debiutanta. Wszystko jest tu duszne, przepełnione mrokiem i depresją. Świata zewnętrznego niemal nie widzimy - tylko cztery ściany i ludzkie dramaty. 


06. Syn Szawła (Saul fia), reż. Laszlo Nemes


Przytłaczający sensoryczny cios. Nemes wrzuca nas w absolutne inferno, nie pozwalając na oddech. Niby po "Shoah" temat Holokaustu nie ma racji bytu, tym bardziej fabularnie, bo po wyczynach chociażby Spielberga, można mieć wątpliwości o granicach dobrego smaku, ale "Syn Szawła" działa jako oczyszczające doświadczenie. Konfrontuje nas z najgorszą stroną ludzkiej natury, byśmy nie zapominali do czego jesteśmy zdolni.


05. Cmentarz wspaniałości (Rak ti Khon Kaen), reż. Apichatpong Weerasethakul


Gdzie "Syn Szawła" wstrząsa, kolejny znakomity film tajskiego autora relaksuje nasze zmysły. Pomimo politycznego kontekstu,  ton całości jest bukoliczny. Wystarczy się poddać, a przenosiny w inną krainę gwarantowane. 


04. Elle, reż. Paul Verhoeven


Czarny humor Verhoevena nie osłabł i z pełną mocą oplata przebiegły i dość konfrontacyjny scenariusz (choć moja luba zbyła go jako nieszczególnie odkrywczy i mocny, bo takie rzeczy to od dawna w kinie robiono. I do tego lepiej. I ma całkowitą rację w tym punkcie). Formalnie jest to najmniej Verhoevenowski film w jego karierze, ale zdecydowanie czuć tutaj rękę starego mistrza, bowiem rzadko spotyka się dziś w kinie tyle jadowitości. Huppert jest jak zawsze nieustraszona. 


03. Green Room, reż. Jeremy Saulnier


Szokujący realizm kilku scen "Green Roomu" po raz pierwszy od dawna przypomniał mi, jak kruche jest ludzkie ciało. Jednak Saulnier omija pułapki pornografii przemocy, bo nie dość, że wykazuje się w kilku momentach przednim humorem i szalenie dobrze oddaje atmosferę zaszczucia, to przede wszystkim inwestuje trochę czasu w swoich bohaterów. Kto wie czy nie mamy tu czegoś z zeitgeistu - ubrany w szaty kina gatunkowego, ale niepokojąco bliski obraz alternatywnej prawicy, która coraz śmielej zaraza amerykańską ideologię. 


02. O.J. : Made in America, reż. Ezra Edelman

To nie tylko zanurzenie się w życiu osławionego futbolisty i celebryty, ale holistyczne spojrzenie na Amerykę drugiej połowy XX wieku. Paralelność narracji jest kluczem do zrozumienia, co mogło stworzyć i popchnąć Simpsona do zbrodni. Monumentalne osiągnięcie. 




01. Czarownica: Bajka ludowa z Nowej Anglii (The Witch), reż. Robert Eggers


Najwybitniejszy horror XXI wieku jest fabularnym przedłużeniem "Haxana", być może też najlepszym horrorem okultystycznym w historii. Jednak Eggers na tym nie kończy, bowiem swój debiutancki film nakręcił jak Bergmanowską psychodramę o dezintegracji rodziny. Stąd złowieszcza aura i drobiazgowy risercz, zderzenie purytańskiej wiary z dzikim i przerażającym otoczeniem kształtują moc jego dzieła, a nie tanie sztuczki, które zalewają gatunek od początku jego istnienia. Jedyne arcydzieło 2016 roku.    




niedziela, 16 października 2016

Megan is Missing



W dobie życia online określenie "nigdy nie wiesz kto znajduje się po drugiej stronie" budzi dość złowieszcze odczucia. Horror już dłuższy czas stara się wykorzystać potencjał nowych technologii i social media, by na nowo straszyć kolejne pokolenia widzów.  Niestety to do tej pory wychodzi to bardzo średnio, by wymienić dwa nieudane przykłady: "Cybernatural" oraz "The Den". Ani to szczególnie lotne w przedstawianiu niebezpieczeństw chociażby anonimowości w sieci, ani też przesadnie dobrze skrojone pod sam gatunek, bowiem przeważnie przedstawiana rzeczywistość próbuje naśladować nasz styl życia w sieci, czyli nieustanny multitasking, co wiąże się z tym, że na ekranie widzimy jeden wielki chaos. A na pewno dość marną pomocą jest wybranie formy found footage. Internet jest idealnym miejscem dla zdeprawowanych drapieżców ukrywających się pod różnymi tożsamościami, ale nikomu do tej pory nie udało się sensownie ugryźć ten temat. Jedną z takich prób był film "Megan is Missing" Michaela Goi. 

Przez dobrą połowę trwania filmu obserwujemy za pomocą internetowych rozmów lub wszędobylskiej kamerki typowe perypetie amerykańskich nastolatek, które zmagają się z klasycznymi problemami dla swojej grupy wiekowej: konflikty rodzinne, ostre imprezy, problemy z samoakceptacją itd. Są to doskonale znane klisze, które reżyser ogrywa dość łopatologicznie, bowiem główne bohaterki filmu, Megan i jej najlepsza przyjaciółka Amy są do tego w przewidywalny sposób skrajnie inne. Megan to zraniona przez świat dorosłych dziewczyna szukająca ukojenia w dragach i przypadkowym seksie, zaś jej kompanka to ułożona, ale niepewna siebie nastolatka z dobrego domu. Jedna potrzebuje drugiej, by zapomnieć o swoich kompleksach. Zatem w tej części filmu dominuje nastoletnia drama, nieszczególnie zajmująca, ale już w niej Goi odkrywa wszystkie karty, bowiem stopniowo przytłacza nas serią degradujących obrazów, kreślących dołujące profile psychologiczne praktycznie wszystkich postaci. 

Porwanie Megan jest swoistą cezurą dla filmu, gdyż to w tym momencie wkracza cały sztafaż gatunkowy: narrację przejmują programy telewizyjne, rekonstrukcje wydarzeń, nagrania z kamer. Jak to często bywa z found footage, najlepsze dostajemy na sam koniec. Jednak w tym wypadku to najlepsze można zamknąć w cudzysłów, bo twór Goi to nic innego jak mocno reprezentatywny i solidnie męczący przykład torture porn lub jak kto woli docu-porno. Nasza wytrwałość nagradzana jest niemal półgodzinną kawalkadą niesłychanego sadyzmu, spotęgowanego przez przesadnie wydłużone ujęcia. Pod tym względem film ma całkiem wiele wspólnego z innym found footage'owym brutalem, "The Poughkeepsie Tapes". Ten rodzaj prolongowania cierpienia szybko staje się w swojej pustej monotonności niesmacznym teatrem okrucieństwa. Żeby było jeszcze lepiej, gwoździem do trumny jest scena po napisach - tak taniego szantażu emocjonalnego nie widziałem już dłuższy czas. Nawet Lars Von Trier mógłby się lekko skrzywić. 

Reżyser zapewne pomyślał o swoim filmie jako przestrodze, która poprzez szokujący finał ma obudzić naszą czujność w kontaktach online, ale jedyne co mu wyszło to mokry sen dla sieciowych zwyrodnialców, niebezpiecznie zahaczający o dydaktyzm.  




środa, 30 grudnia 2015

Filmy 2015 roku

Najlepszy rok filmowy w jakim uczestniczę świadomie. Po raz pierwszy odkąd prowadzę listy zdarzyła mi się sytuacja, gdzie właściwie nie potrafiłem rozdzielić pierwszej piątki między sobą (miałem wcześniej podobną sytuację w 2011 roku, między "Tabu" i "Mistrzem", ale to tylko dwa filmy). W poprzednich latach zauważyłem zaledwie parę tytułów o takiej mocy, więc trudno mi powiedzieć skąd taki nagły dobrobyt. Bo przecież wspaniałą piątkę goni barwny peleton. Wniosek mi się nasuwa optymistyczny - kino ciągle nie daje się pogrzebać. Kiedyś szukało się trochę na siłę, dziś ciężko jest poustawiać w określonej kolejności i zamknąć się w dwudziestu pozycjach. Pozostaje się cieszyć póki to trwa. 




01. Zabójczyni, reż. Hou Hsiao-Hsien

Zamiłowanie Hsiena do eliptycznej narracji potrafi z filmu pozornie nieskomplikowanego fabularnie stworzyć opowieść diabelnie trudną do śledzenia. Często bywa, że wydarzenia nie są portretowane, a jedynie napominane, niejednokrotnie poprzez wyszukany montaż ukazując upływ czasu w taki sposób, że nie zawsze da się konkretnie określić dlaczego znaleźliśmy się dokładnie w tym miejscu historii (utrudnienie szczególnie widoczne w dramatach historycznych, wymagających przy tym dodatkowego doczytywania); losy bohaterów i ich relacje mogą być tak poplątane, że w wielu przypadkach przydałoby się dołączyć drzewo genealogiczne albo stworzyć diagram w trakcie trwania filmu. Choć niełatwa do rozgryzienia, filmografia Hsiena doskonale sprawdza się w powtórnych seansach. Sporą zasługę ma w tym styl kręcenia. Oszczędny i zdystansowany, pełny długich i statycznych ujęć (przeważnie pozbawionych zbliżeń), o spokojnym niczym rzeka w piękny letni dzień rytmie opowieści, wywołuje efekt hipnozy, zadumy i melancholii. Mało które kino jest tak piękne i zarazem skromne w środkach. Wystarczy obejrzeć "Miasto smutku", by w pełni poznać geniusz tajwańskiego reżysera. 

W karierze Hsiena odnajdziemy momenty, gdy wykraczał poza swoją strefę komfortu, kręcąc filmy z obrębu kina popularnego: młodzieżowe "Daugether of the Nile" i "Millennium Mambo" czy gangsterskie "Goodbye South, Goodbye". Rzecz jasna, nieszczególnie przypominały produkcje tego rodzaju: daleko w nich było do wstrząsających dramaturgicznych kulminacji, a więcej z opisu monotonnej i naznaczonej samotnością codzienności, która ostatecznie rzucała na widza potężny urok. Podobną sytuację możemy zaobserwować w długo wyczekiwanej "Zabójczyni", jednak terytorium gatunkowe jest bardziej specyficzne i koniec końców stopień wyrafinowania wyraźnie wyższy. Tym razem reżyser spróbował swoich sił w bardzo popularnym chińskim nurcie sztuk walki, Wuxi. Dwukrotnie przed nim czynił to inny mistrz kina azjatyckiego, Wong Kar Wai. W omdlewająco romantycznych "Popiołach czasu", stworzył paletę pięknych i impresjonistycznych obrazów na tle zagmatwanej historii; oraz w bardziej widowiskowym i fragmentarycznym "The Grandmaster", posłużył się bronią Hsiena, czyli "eliptyczną serią sytuacji" - jak pisał J. Hoberman. 

W porównaniu do wyczynów Wonga, montaż i narracja w "Zabójczyni" jest raczej linearna i kontemplacyjna, ale sposób w jaki zmierza, a właściwie dryfuje, nadaje jej relatywnie klasycznej strukturze swobodę bliżej utożsamianą z kinem awangardowym. "Zabójczyni" jest po prostu ciągiem przepięknych inscenizacji, pieczołowitych i nieśpiesznych, zachwycających bogatą i zmysłową kolorystyką kunsztownych komnat oraz mitycznie wyglądającymi ujęciami natury. Ich uroda jest tak wielka, że właściwie ciężko znaleźć coś podobnego w resume Hou. Pierwszym filmem, jaki nasunął mi się na myśl to "Kwiaty Shanghaju", ale gdzie tamto arcydzieło zanurzało widza w klaustrofobii i oparach opium, to nowe arcydzieło może pochwalić się prawdziwą ekspansją barw i scenerii. 

Co do samych walk, rzecz jasna nieodłącznego elementu Wuxi, to są one przeważnie dość gwałtowne i krótkie, szczęśliwie odarte z efekciarskich choreografii. Nie każdemu taka wolta może się spodobać, ale od początku było wiadome, że Hou przedefiniuje zasady gry po swojemu. Znacznie więcej tu momentów, gdy główna bohaterka podgląda swój cel za subtelnie przewiewanych zasłoń, wyłaniając się znienacka niczym zjawa, by sporadycznie zaatakować i wycofać się. Wspaniała gra ciałem i mimiką Qi Shu bez problemu odnalazłby swoje miejsce w czasach kina niemego. Prócz Niny Hoss, żadna aktorka nie była w tym roku tak dobra. 

Po ośmiu latach milczenia, sensoryczna i formalnie krystaliczna propozycja Tajwańczyka wydaje się objawieniem dziś niesłychanie rzadkim, bowiem natychmiast wpisującym się do panteonu kina. Zachwyty typu "hipnotyzujące studium ciał w przestrzeni", albo że film ma moc wpływania na percepcję podprogową widza - jak pisał Dennis Lim w swoim podsumowaniu z Cannes - nie są w żaden sposób przesadzone. Jak pisać o czymś górnolotnie, to właśnie o "Zabójczyni".  



2. Phoenix, reż. Christian Petzold

Filmowe obsesje potrafią nawiedzać przez lata, aż w końcu udaje się je ziścić bez fałszywej nuty dzięki autorskiej mądrości i pomocy wybitnego aktora. Petzold po raz kolejny wzorował się na "Vertigo" Hitchcocka (wcześniej w świetnym filmie telewizyjnym "Toter Mann"), ale tym razem odwrócił schemat i nadał mu potężny kontekst historyczny. Ani przez chwilę nie wpadł w pułapkę melodramatyzmu, bowiem przemawiała przez niego moc powściągliwości. W osobie Niny Hoss, od lat najlepszej aktorki świata, zamienił każdy ryzykowny pomysł w czyste złoto, dostając nawet więcej niż zapewne oczekiwał. Znany z niesamowitych finałów, często wywracających cały film do góry nogami, w "Feniksie" zawiesił poprzeczkę tak wysoko, że prawdopodobnie nikt już tam nie doskoczy - zakończenie o którym pisano dużo, ale nikomu nie udało się oddać emocjonalnego katharsis, jakie pozostawia po sobie. Każdy jego film to sprytnie skonstruowany psychologiczny thriller, umiejscawiający akcję na tle społeczno-politycznej historii Niemiec i w tym kontekście "Feniks" kontynuuje trend. Lecz nigdy wcześniej nie udało mu się osiągnąć rezultatu tak klarownego i druzgocącego. Cieszy mnie niezmiernie, że po tylu latach kręcenia filmów, mój obecnie ulubiony reżyser europejski potrafił wyczarować coś tak pełnego suspensu i głębokiego na wielu płaszczyznach. Opus magnum.  


03. Mad Max: Na drodze gniewu, reż. George Miller

Napisano już wszystko o tym filmie, więc jedynie potwierdzę: arcydzieło kina akcji (lepszego produktu w tym gatunku nie było od czasu "Casino Royale", albo nawet dalej - od premiery "Terminatora 2"), najpełniej zrealizowana wizja post-apokaliptycznego świata do tej pory, naspeedowany, dwugodzinny pościg (!) z termojądrową mocą uderzenia. Miller dostarczył absolut. 
  


3. Saint Laurent, reż. Bertrand Bonello

Ta wysoce niestandardowa biografia ma więcej wspólnego, jak słusznie zauważył w swojej świetnej recenzji Nathan Lee, z mało znanymi arcydziełami Maurice'a Pialata (Van Gogh) i Petera Watkinsa (Edvard Munch), aniżeli typowymi ekranizacjami o znanych ludziach. Powyższe filmy rezygnowały z nudnej trajektorii wzlot-upadek-wzlot, zasypywania widza informacjami na temat życia artysty i wylewającym się moralizatorstwem na rzecz kina niemalże obłąkanego w swoim rygoryzmie narracyjnym i wizualnym. Bonello, który od początku dążył do absolutnej harmonii między dźwiękiem i obrazem, stworzył swój najbardziej wyrafinowany i symfoniczny film w karierze, kreatywnie przetwarzając obsesję Laurenta na punkcie Marcela Prousta (a ta mała nie była: akcje zaczynał od meldowania się w hotelu pod nazwiskiem Swann, a kończył na urządzaniu sypialni w identyczny sposób, co pisarz!) w strukturalny atut. W stylu przypominającym prozę Prousta, przeobraził narrację i fabułę w niezwykłą transfigurację czasu i pamięci. Sprytnie zaburzana chronologia wydarzeń przy radykalnym odrywaniu ich z jakiegokolwiek kontekstu, jest jedną z największych zalet "Saint Laurenta". 

Kolejną zaletą jest intertekstualna przebiegłość Bonello. Najlepszym chwytem jest angaż aktora i dawnego kochanka Viscontiego, Helmut Bergera, do sportretowania Laurenta w późniejszym okresie życia, a jak doskonale wiadomo, włoski reżyser był powszechnie znanym maniakiem twórczości Prousta (miał sposobność nosić zawsze ze sobą egzemplarz "W poszukiwaniu straconego czasu"). Berger ogląda nawet w pewnym momencie jeden z filmów swojego mistrza. Na tym smaczki się nie kończą.  

To pierwszy film od bardzo dawna, gdzie musiałem zrobić konkretny risercz po seansie, by zrozumieć, co się wydarzyło - dlaczego konkretne wystawy są pokazane naprędce, inne zaś dłużej, kto był kim w życiu projektanta itd. To również świetne oddanie ducha lat 70., gdy po pękniętej iluzji hipisowskich utopii i nieudanej rewolcie paryskich studentów z maja 68', ludzie przestali szukać w narkotykach odmiennej rzeczywistości oraz granic swojego umysłu i zaczęli wpychać się w otchłań uzależnienia, która rzecz jasna nie ominęła samego Laurenta, w drugiej połowie filmu stopniowo zanikającego, a wręcz znikającego z ekranu. 

Nakręcony na 35mm taśmie, w wykwintnych i żywych teksturach, "Saint Laurent" jest jednym z ostatnich tchnień prawdziwego kina. Wspólnie z "Mad Maxem" Millera odbieram go jako przejmujący manifest artystycznej wolności myśli, nieskrępowanej kompromisami i oczekiwaniami wytwórni. Gaspard Ulliel jako tytułowy bohater zasługuje na osobne laudacje. Próżno szukać w tym roku (jedynym kompanem jest Fassbender jako Steve Jobs) roli tak zniuansowanej, przy tym dość oszczędnej, wolnej od manieryzmów oraz szarż wchodzących w aktorstwo rodem z Hollywood. Wielkie kino, niesłusznie niedoceniane.

                         

05. Wada ukryta, reż. Paul Thomas Anderson

Najprzystępniejsza powieść Pynchona do tej pory, kapitalna parodia neo-noiru, asymilująca mitologię gatunku i literatury z własnymi doświadczeniami autora z czasów jego pobytu w L.A., "Wada ukryta" uznawana jest za pozycję idealną do zabrania na plażę, ale nie do końca jest to prawdą. Choć nigdy nie zbliża się do skali trudności poprzednich dzieł autora, jest na tyle zakręcona, że dość łatwo zgubić się w mgle nawarstwiających się wątków (znak charakterystyczny numer jeden), nie wspominając o jego tendencji do wprowadzania dużej ilości groteskowych postaci, by następnie pozwolić im zniknąć ze stron bez powodu (znak charakterystyczny numer dwa, czego najsłynniejszym i najbardziej ekstremalnym przykładem jest wybitna "Tęcza Grawitacji"). Z punktu czysto fabularnego, równie dobrym wyborem na adaptację filmową byłoby inne arcydzieło pisarza, "49 idzie pod młotek", ale pomimo wątłej objętości, gęstość i komplikacje językowe tej książki byłyby zapewne niemożliwe do oddania. "Wada ukryta" jest w tym wypadku wyborem bardziej oczywistym, bo w już w swojej koncepcji przypomina gotowy scenariusz, będący czymś w rodzaju krzyżówki "Długiego pożegnania" Altmana z "Big Lebowskim" Coenów. 

Altman zawsze stanowił najważniejszą inspirację dla kina PTA, stąd nic dziwnego, że jego nowy film przywoływał porównania do wyżej wymienionego filmu twórcy "Nashville". Jednak adaptacja Andersona jest dziełem znacznie trudniejszym w odbiorze i w moim przekonaniu pod każdym względem lepszym. Choć historia została przełożona bardzo wiernie, to reżyser ani przez chwilę nie pomyślał, by ułożyć ją w koherentną całość. Stąd gdzieś w trakcie nie skupiamy się aż tak bardzo na totalnie zamotanej intrydze, a wsiąkamy w posępną i jednocześnie lubieżną aurę paranoi Los Angeles circa 1970 roku. Były to czasy strachu po mordach świty Mansona, czasy gdzie każdego hipisa utożsamiano z mordercą, czasy gdzie po nadziejach i optymizmie generacji flower power nadszedł zabójczy kac, czyli lata 70, rządy Nixona, strzelaniny na kampusach, kolejna eskalacja konfliktu w Wietnamie. Z całego tego zgiełku wybija się Phoenix, który po szczytowej roli w "Mistrzu" daje znowu niezwykły popis, tym razem dużo swobodniejszy w tonie, bliższy slapstickowi, zaś towarzysząca mu obsada spisuje się niewiele gorzej. Anderson nie nadużywa ikonicznych lokalizacji, przez co jego stylizacja epoki jest dyskretna, daleka od barokowej agresji filmów pokroju "American Hustle". Akcję zastępuje długimi dialogami autora, co w połączeniu ze świetną ścieżką dźwiękową Johnny'ego Greenwooda tworzy iście narkotyczny odlot podczas seansu. Gdyby fabryka snów wypuszczała częściej tak cudownie niekomercyjne i personalne projekty, to kino amerykańskie byłoby dużo ciekawszym miejscem.


06. Mały Quinquin, reż. Bruno Dumont

Dumont tak długo spoglądał w otchłań, aż nic tam nie znalazł i w końcu spuścił z tonu. Nigdy bym nie pomyślał, że zdolny jest do nakręcenia komedii. Czarnej i metafizycznej, ale jednak komedii. W zabiegu przypominającym znakomitą "Ludzkość", zepchnął sprawę kryminalną na boczny tor, ale tym razem zamiast przytłaczającego egzystencjalizmu, zafundował nam więcej satyrycznego zacięcia, bezpardonowo obśmiewając małomiasteczkowe realia francuzów. Stąd "Mały Quinquin" to prawdziwa skarbnica kuriozalnych sytuacji, w głównej mierze dzięki niesłychanej roli Bernarda Pruvosta - absolutnego tour de force nerwowych tików i osobliwego języka ciała. 


07. Trudno być Bogiem, reż. Aleksey German

Chyba najlepiej podsumował to trzygodzinne inferno Michael Atkinson: "Andrzej Żuławski doing John Cassavetes doing Terry Gilliama, but with a vengeance". Generalnie nie sposób opisać, jakim doświadczeniem jest obcowanie z ostatnim filmem najwybitniejszego (i nieustannie cenzurowanego) autora kina rosyjskiego po exodusie i śmierci Tarkowskiego. Nawet gęstszy i bardziej nieprzenikniony od innej wielkiej fantasmagorii Germana, "Chrustaliow, samochód!". 


                               

08.  Duke of Burgundy. Reguły pożądania, reż. Peter Strickland

Strickland po raz kolejny wybornie demontuje obskurną konwencję swoim audiowizualnym radykalizmem. Erotyka jest subtelna i nęcąca dla oka, zaś awangardowe wtręty nadają narracji i obrazom hipnotycznej wartości. 



09. Coś za mną chodzi, reż. David Robert Mitchell

Tak jak Ti West w świetnym "Domu diabła", Mitchell mądrze wyciągnął wnioski z dorobku Carpentera (przede wszystkim "Halloween") i nakręcił najlepszy horror ostatnich lat według bardzo prostych, ale szalenie efektywnych reguł. Przede wszystkim postawił na ekonomię stylu, skupiając całą naszą uwagę na obrazie złożonym z perfekcyjnie zaplanowanych, panoramicznych ujęć. Wreszcie ktoś krzyknął jump scare'om liberum veto, bo woli jak jego zagrożenie cierpliwie nadchodzi z końca ulicy. Zamiast męczącej i ogłupiającej posoki, wygenerował mocno sugestywny i niepokojący stalking. Tropy konwencji odkurzył z głową, zaszczepiając je rzadko spotykaną czułością. Bo jego bohaterzy wzbudzają sympatię i wyłamują się z stereotypów. Najlepszym tego dowodem jest koncepcja protagonistki (znakomita Maika Monroe), nie mająca zbyt wiele wspólnego z typowymi blondynkami z horrorów. "Coś za mną chodzi" nie jest kolejnym filmem o martwych nastolatkach, ale czymś znacznie głębszym: horrorem z empatią.


                   

10. The Lobster, reż. Giorgos Lanthimos

Nawet zabawniejszy i bardziej zmyślny niż "Kieł". Pomimo całej swojej przepysznej absurdalności i złośliwości, "The Lobster" jest w ostatecznym rozrachunku dziełem dążącym do afirmacji i szczęścia, co uznaję za poruszające. Żeby było ciekawiej, druga połowa filmu przywołuje ducha apokaliptycznego arcydzieła "Weekend" Godarda, co poczytuję za inspirację świadomą i w stu procentach trafioną. 


10. Steve Jobs, reż. Danny Boyle

Przez jakieś 100 min. to fascynująca anty-biografia: wredna, unikająca fabuły typu "od kołyski po grób", napędzana kokainową logoreą Sorkina, o różnorodnej fakturze wizualnej, wyreżyserowana niemal jak thriller. Później niepotrzebna psychoanaliza i Oskarowe sentymentalizmy (dwie ostatnie rozmowy) przejmują stery, ale i tak ostatecznie to świetne kino, mocno odbiegające od Hollywoodzkiej bezmyślności i raniących oczy, politycznie poprawnych treści. Kino potwierdzające też od dawna przeze mnie wygłaszaną opinię, ale być może do innych dotrze dopiero teraz: to nie Steve Jobs był bogiem technologii (jak już to tylko mistrzem marketingu), lecz jego odtwórca Michael Fassbender jest bogiem swojej profesji. Łatwość z jaką operuje tutaj różnymi rejestrami, będąc symultanicznie magnetycznym i odpychającym jest po prostu niewiarygodna. 

Godne odnotowania:

11. W głowie się nie mieści, reż. Pete Docter (niewiele zabrakło do top 10)
12. Królowa ziemi, reż. Alex Ross Perry (niewiele zabrakło do top 10)
13. Amy, reż. Asif  Kapadia
14. Crimson Peak, reż. Guillermo Del Toro
15. Eden, reż. Mia Hansen-Love
16. Spectre, reż. Sam Mendes
17. Bone Tomahawk, reż. S. Craig Zahler
18. Sicario, reż. Denis Villeneuve
19. He Never Died, reż. Jason Krawczyk
20. Girl House, reż. Trevor Matthews



Najlepsze role pierwszoplanowe męskie:

01. Gaspard Ulliel (Saint Laurent) 
01. Michael Fassbender (Steve Jobs)
03. John Hawkes (Upadek legendy)
04. Joaquin Phoenix (Wada ukryta)
05. Henry Rollins (He Never Died)

Najlepsze role pierwszoplanowe damskie:

01. Nina Hoss (Feniks)
02. Qi Shu (Zabójczyni)
03. Elisabeth Moss (Królowa ziemi)
03. Charlize Theron (Mad Max: Na drodze gniewu)
05. Sarit Larry (Przedszkolanka)

Najlepsze role drugoplanowe męskie:

01. Benicio Del Toro (Sicario)
02. Idris Elba (Beasts of No Nation)
03. Josh Brolin (Wada ukryta)
04. Michael Fassbender (Slow West)
05. Louis Garrell (Saint Laurent)

Najlepsze role drugoplanowe damskie:

01. Jessica Chastain (Crimson Peak)
02. Katherine Waterson (Królowa ziemi i Wada ukryta)
03. Kristen Stewart (Sils Maria) 
04. Rachel Weisz (The Lobster)
05. Alicia Vikander (Ex Machina)


czwartek, 24 grudnia 2015

Najlepsze seriale 2015 roku




 
01. The Americans (sezon trzeci)


1. The Knick (sezon drugi)

Na przemian okrutne (scena hotelowa, dentystyczna i parę innych, o których nie chcę wspominać, by nie spoilerować) i cudownie zniuansowane na wielu płaszczyznach (nieustanne rozwijanie i wzbogacanie postaci, w tym konsekwentne nakreślanie i przesuwanie granic moralnych głównych bohaterów, przepięknie poprowadzony wątek uwodzenia nastolatki), "The Americans" pozostaje wciąż niepobitym serialem w telewizji i wraz z "Rodziną Soprano" moim ulubionym tytułem wszech czasów. Skrajnie depresyjnym faktem jest dla mnie pomijanie go w nominacjach do nagród telewizyjnych, ale tłumaczę sobie to w ten sposób, że nie są to wyścigi, więc kto ma docenić, ten doceni. Nie słupkami oglądalności ocenia się wielkość dzieła. 

W bogactwie i świetności materiału "The Americans" wtórowało w tym roku Cinemaxowe "The Knick". Scenarzyści tym razem pewniej dotrzymali kroku maestrii reżyserskiej Soderbergha w drugim, absolutnie genialnym i skrajnie dobijającym sezonie. Gdzie poprzednio kontrast między nimi był mniej płynnie pogodzony (choć rezultat był niewątpliwie znakomity), to teraz dialogi były bystrzejsze, mniej skupiono się na tle historycznym, pozostawiając więcej miejsca dla samej esencji - skomplikowanych relacji zawodowych i personalnych najistotniejszych postaci. Kobiety stały się zauważalną siłą w fabule, rzucając ciekawe światło na obraz egzystencji dominujących mężczyzn. Nie da się dość nachwalić pracy Clive'a Owena i Andre Hollanda - wyborne aktorstwo w każdym calu. A reszta obsady nie była wcale gorsza. 
Być może nie będzie więcej sezonów, a jeśli mają być, to prawdopodobnie w innej postaci. Patrząc na to z tej perspektywy, "The Knick" funkcjonuje jako jeden wielki film, koronne dzieło Soderbergha, najwybitniejsze osiągniecie aktorskie Owena, kolejny przykład udanej próby przeszczepienia walorów filmowych do świata telewizji. Ostatnie minuty serialu to nie tylko zakończenie roku, ale jedne z najwybitniejszych i najboleśniejszych sekwencji w historii czegokolwiek nakręconego kamerą i ukazanego publice. 


3. Fargo (sezon drugi)

Noah Hawley stanął przed dużo trudniejszym zadaniem niż za pierwszym razem. Nie mając filmu jako wyjściowego materiału, zaproponowanie zupełnie nowej historii mogło okazać się porażką. Ale w przeciwieństwie do nieudolnego "Detektywa" (niezamierzonego neo-noirowaego pastiszu), "Fargo 2.0" przebijało swojego świetnego poprzednika w każdym elemencie: czarny humor ciął głębiej i ostrzej; absurdalność wydarzeń dostarczała niezliczoną ilość frajdy; barwność obsady nie pozwalała na nudę; stężenie akcji przyprawiało o zawrót głowy (nie pamiętam takiej ilości trupów w jednym dziele od dłuższego czasu); pomysłowość scenariusza nigdy nie zahaczała o zajechane na śmierć, postmodernistyczne tricki. Kolejne wielkie osiągnięcie telewizji. 


4. Hannibal (sezon trzeci)

Jeszcze bardziej odjechany niż sezon drugi, kolosalny i groteskowy koszmar na jawie Bryana Fullera spotkał się z mocno nieprzychylną reakcją widzów, ale w moim odczuciu był najodważniejszą erupcją wolnych skojarzeń na jaźń widza w tym roku. Pierwsze siedem odc. było kulminacją artystycznej pretensjonalności twórcy, halucynogennego, ekstremalnie wystylizowanego storytellingu, przekształcającego "fabułę", homoerotyczną rywalizację między Willem Grahamem a Hannibalem Lecterem w odurzający, poliformiczny spektakl. Zanurzenie się w tych odmętach wyobraźni mocno przypominało to, co robił 25 lat temu David Lynch (jawna inspiracja) w "Twin Peaks", bowiem "Hannibal" jest materiałem o tym samym rodowodzie: surrealistyczną operą mydlaną o makabrycznym zabarwieniu. 
W ostatnich 6 odc. wyłaniał się czerwony smok i Fuller pozornie tonował swoje dziwactwa. Jednak normalny bieg narracji nigdy się nie pojawił, zatem nie było mowy o konwencjonalnej telewizyjnej adaptacji. Zamiast tego oglądaliśmy komiczny i szalony melange a trois miedzy Hannibalem, Grahamem i Dolarhydem, prowadzący ostatecznie do wspaniałego finiszu, który w związku z zakończeniem serialu przez stację NBC, okazał się jedynym słusznym.



5. Mr. Robot (sezon pierwszy)

"Mr. Robot" posiada swoją litanię haseł - Zeitgeist, hackowanie, korporacje jako zło świata - ale nie one stanowią o jego największej sile. Jest nim portret wyalienowanej jednostki w stechnicyzowanym i błyskawicznie zmieniającym się świecie. Niby było to już sto razy, ale od dłuższego czasu nikomu nie udało się tego zrobić tak przekonywająco jak tu. Będąc po części Travisem Bicklem ery komputerów, po części zagubionym nerdem, postać grana przez znakomitego Ramiego Maleka cierpiała na przeróżne fobie społeczne, prowadzące m.in. do uzależnienia od morfiny, ale ani przez chwilę nie dało się wyczuć od niej fałszu. Emocjonalna desperacja protagonisty mówiła więcej o życiu w dzisiejszym świecie niż niejeden arthouse'owy film podejmujący podobny problem. Tak przynajmniej wyglądała pierwsza część sezonu. W drugiej twórca Sam Esmail rozkręcił na dobre aurę paranoi, wprowadził duży twist (choć im jestem starszy, tym mniej lubię takie chwyty, to muszę przyznać, że tutaj zadziało to jak należy) i pozostawił nas w miejscu, gdzie wszystko się może wydarzyć. Czyli spełnił swoje zadanie, bowiem mocno oczekuję dalszej kontynuacji. Przy okazji dodam, że rzecz jest imponująco sfilmowana. 


5. Banshee (sezon trzeci)

Każdy odcinek był jak seria z uzi - człowiek nie zauważał nawet, kiedy się kończył, pozostając wyczerpanym po takiej dawce adrenaliny. Ta jedyna w swoim rodzaju synteza neo-westernu z kinem akcji w duchu lat 90. czy nawet dalej (kolejny raz niesamowite walki wręcz, "Atak na posterunek 13") w swojej trzeciej odsłonie osiągnęła najdoskonalsze rezultaty. Nie tylko w kinetyce, ale też po stronie emocjonalnej. Love it. 


7. Justified (sezon szósty)

W odróżnieniu od innego wielkiego serialu, który kończył bardzo nieudanie (Mad Men), tutaj pożegnano się z klasą. Choć ostatni sezon "Justified" posiadał wybuchowe momenty, to przeważająca nad całością melancholia dobitnie dawała odczuć, że są to ostatnie chwile z Raylanem i Crowderem. Będę tęsknił.

 
8. The Strain (sezon drugi)

W pierwszym sezonie nie do końca jasne było jeszcze czym ten serial ma być - apokaliptycznym wampiro-horrorem, proceduralnym wampiro-horrorem czy po prostu survivalowym wampiro-horrorem. Trochę za dużo było powagi w tym wszystkim. Drugi sezon na szczęście rozwiał moje wszelkie wątpliwości. Osiągnął dużo lepszy balans między dramatem a pulpą, uniknął gatunkowego cynizmu i zdecydowanie bardziej angażował emocjonalnie. 


08. Penny Dreadful (sezon drugi)

Pozostawia w pamięci kilka spektakularnych obrazów (przede wszystkim bal u Doriana Graya), zaś jako całość utrzymuje poziom pierwszego sezonu, rozsądnie skręcając mocniej w okultystyczne rejony. Przy czym nie zapomina, że w pierwszej kolejności jest to wyrafinowany gotycki dramat o ludziach nienasyconych, nawiedzanych przez przeszłość i uwikłanych w nieubłagany bieg wydarzeń, z którego prawdopodobnie nie ma innego wyjścia niż śmierć. To poczucie permanentnego zagrożenia czyni "Penny Dreadful" wybornie niepokojącym widowiskiem. Eva Green jak zawsze cudna. 


10. Ash vs Evil Dead (sezon pierwszy)

Role Bruce'a Campbella w drugiej i trzeciej części "Martwego zła" od dawna uznaje za komediowe złoto, zatem niezmiernie cieszy mnie fakt, że postanowiono wskrzesić jego postać w formacie telewizyjnym. Dzięki czemu cotygodniowe 25 min z Busterem Keatonem odgrywającym Clinta Eastwooda dostarcza masę kapitalnych gagów, udowadniając, że jeżeli robić horror komedię, to tylko z tym gościem.  



poniedziałek, 29 grudnia 2014

Najlepsze filmy i seriale roku 2014



Godne odnotowania:

Aux yeux des vivants
Zaginiona dziewczyna
Jauja
Gość
Interstellar
Babadook
Wędrówka na zachód
Kapitan Ameryka: Zimowy żołnierz
Grand Budapest Hotel
Tom
X-Men: Przeszłość, która nadejdzie
Wolf Creek 2
Nimfomanka - część 1
In Fear
Co jest grane, Davis?
Ona
Witaj w klubie
Brud
12 years a Slave
Wielkie piękno
Nieznajomy nad jeziorem


Top 10 roku:



10. The Raid 2 (reż. Gareth Evans)

Rzadki okaz - sequel przebija jedynkę nie tylko w maksymie "więcej i głośniej i mocniej", ale w samej jakości obrazu. To znowu zbitka wszystkich klisz świata kina akcji wymieszana ze wszystkimi kliszami epickich dramatów kryminalnych, ale wcale to nie przeszkadza. Tempo na złamanie karku o dziwo świetnie wpaja się w opowiadanie o potyczkach mafijnych i korupcji w mieście. Zarzucano filmowi przesadną przemoc, ale kogo to obchodzi, gdy jest tak estetyzowana, tak pomysłowa w choreografii i pełna adrenaliny. Lepszych walk w kinie nie ujrzymy - końcówka, na wzór gier komputerowych, wrzuca głównego bohatera w wir coraz cięższych walk z bossami, a efekt jest piorunujący - poezja ciosów i ruchów wynagrodzi wszelkie niedociągnięcia, które można zarzucić stronie fabularnej. Bowiem o schematyzm tu chodzi, jedynie tak widowiskowo obrobiony, ze nagle okazuje się, że coś jeszcze ekscytującego z takiego kina i mariażu da się wycisnąć. To nie kult, a po prostu już klasyk swojej konwencji.



09. A Most Wanted Man (Bardzo poszukiwany człowiek, reż. Anton Corbijn)

Nie jest zaskoczeniem, że ponury, stonowany i stylowo wyreżyserowany "Bardzo poszukiwany człowiek" bardzo przypomina znakomitego "Szpiega" Thomasa Alfredsona. Jest od niego nawet bardziej imponujący wizualnie, za co oczywiście odpowiada fotograficzne oko Antona. Przewaga tamtego tytułu tkwi w materiale źródłowym - wydana w 1974 powieść Le Carre'a jest fabularnie bardziej sugestywna, powikłana i paradoksalnie efektowna od tej z 2008 roku, co wiązać trzeba nie tylko z George'm Smiley'em, co z ówczesną sytuacją polityczną na świecie i wielkimi skandalami spiskowymi, które wstrząsnęły powojenną Wielką Brytanią. "Bardzo poszukiwany człowiek", ze swoim bagażem terroryzmu po 11 września takiego wrażenia już nie robi, ale jego materiał jest na tyle interesujący i wielowarstwowy, że broni się spokojnie na swoich prawach. To po pierwsze piękne epitafium. Wszystko za sprawą tragicznego przedawkowania wielkiego Phillipa Seymoura Hoffmana. Rola zmęczonego i zrezygnowanego Bachmanna to zdecydowanie jedna z jego najwybitniejszych - na równi z "Mistrzem" czy "Synekdocha, Nowy Jork". Już dla niego wystarczy sięgnąć po ten film, choć skromne kontrybucje wspaniałej Niny Hoss czy wielkiego Daniela Defoe nie można spisać na stratę. Wszyscy grają tutaj na niskim kluczu, idealnie wpasowując się w ponurą, jesienną tonację zdjęć. Każdy kadr to kapitalna robota operatorska - nieważne czy poruszamy się po ekskluzywnych apartamentach, restauracjach czy biurach, czy po spelunkowych barach i dyskotekach - Hamburg w obiektywie kamery jest miejscem o tyleż nowoczesnym, co anonimowym i tajemniczym.

Książki Le Carre'a, eony lat od szalonych przygód Jamesa Bonda, to wybornie napisane, bogate psychologicznie, niezwykle skomplikowane szachy między pionkami świata rzeczywistego i świata cieni.  Zwyczajnie nudna profesja ciągłego obserwowania, czekania, spotkań i zbierania informacji w nieoczekiwanym momencie może zmienić się w śmiercionośną batalię. Spojrzenie pisarza na świat i ludzkość jest dosyć fatalistyczne, stąd jego powieści wypełnia aura tragizmu. Tego tytułu akurat nie czytałem, ale od razu można poznać, kto jest autorem historii. "Bardzo poszukiwany człowiek" ciekawie spogląda na aktualny problem terroryzmu na przykładzie osoby, która choć nielegalnie przedostała się do kraju, nagle z automatu podejrzewana jest o terroryzm. Tylko dlatego, że może być muzułmaninem. Dobitnie udowadnia to, jak bardzo zapędziliśmy się w ksenofobii, nie biorąc pod uwagę faktu, jak niski procent faktycznych terrorystów można przypisać do danej nacji i religii. Jeszcze lepiej moim zdaniem film ukazuje, jak wygląda działalność Amerykanów po WTC, którzy pod dyplomatycznym hasłem-banałem "czynienia świata lepszym", praktykują brutalną grę eliminacji, zamiast poznawania wroga. Wieloletnie porażki związane z odnalezieniem Bin Ladena są tego najlepszym dowodem.

W tak chłodnym filmie największą rolę odgrywają wszelkie niuanse, stąd fatalny akcent Rachel McAdams jest niczym wiertarka przy naszych uszach, ale i tak cieszy mnie fakt, że powstają jeszcze produkcje, które nie wybuchają widzowi w twarz. Le Carre ma generalnie szczęście do kina - "Szpieg, który przyszedł z zimna" z powodzeniem oddawał niesłychany nihilizm oryginału, zaś "Szpieg" był klasą samą w sobie. Teraz kolejną adaptację trzeba uznać za bardzo udaną. Mam nadzieję jedynie, że ktoś pokusi się kiedyś o sfilmowanie arcydzieła pisarza, "Szpiega doskonałego".




08. Passion (Pasja, reż. Brian De Palma)

Choć widziałem to w tamtym roku, to postanowiłem przenieść na listę tegoroczną z racji jego premiery w polskich kinach. To najlepszy film mistrza od czasu "Femme Fatale", pokaz jak można nakręcić zmysłowy thriller erotyczny bez epatowania nagością. Najdobitniej sprawę ujął Bartek Czartoryski, stąd jemu pozostawiam ostatnie słowo: "Jeżeli nie kumasz tego filmu, to nie kumasz kina".

07. Adieu au langage (reż. Jean-Luc Godard)


Gwiazdą najlepszego poza "Historią kina" filmu Godarda po 1967 roku jest jego pies. To jakby dobrze oddaje jego refleksję na temat ludzkości - więcej empatii ma dla swojego czworonożnego przyjaciela, aniżeli jakiejkolwiek jednostki ludzkiej. W tym wizualnym majstersztyku, nie pozbawionym przy tym momentów dowcipnych w całości, która jak zwykle jest niełatwa w odbiorze, dość nieprzenikniona i pretensjonalna (choć na szczęście nie wykraczająca poza normy), Godard jakimś cudem wskrzesza w sobie odpowiednie podkłady artyzmu, by zmazać nudziarstwo "Film Socialisme" na rzecz czegoś odrębnego, absolutnie oryginalnego. Jeżeli miałby to być jego ostatni film, to lepszego pożegnania nie mógł nam zaoferować. 


06. Nightcrawler (Wolny strzelec, reż. Dan Gilroy)

Los Angeles ponownie odzyskuje swoją lubieżną aurę, dzięki niezwykłej pracy wybitnego operatora, Roberta Elswita. Ukazanie telewizji w krzywym zwierciadle stało się passe już po "Sieci" Lumeta, ale tu gruba kreska działa na swój sposób jako trafne podkreślenie monstrualnego głodu i zabójczej ambicji głównego bohatera, upiornego w swojej automotywacji korpo-psychola Lou Blooma. Jake Gylenhaal ma na koncie niemałą liczbę ciekawych ról, ale ten film to jego wisienka na torcie, ukoronowanie ekscentryczności i maniakalności znanej z "Donnie Darko", "Zodiaka" i "Labiryntu". Facet ma dobrą passę i teraz wzniósł się na wyżyny, na których ostatnio operuje jedynie Matthew McConaughey, gdy robi to, do czego został stworzony - grania dziwaków. Trzeci akt filmu, mistrzowsko zaaranżowany i rozłożony w czasie, z solidną dawką suspensu, skwitowano obrazem wymowniejszym niż tysiące innych. Lou Bloom celuje kamerą w mordercę w taki sposób, jakby to on posiadał broń i, w rzeczy samej, tak jest. Siła rażenia jest nawet potężniejsza. Znakomite kino, które już w tej chwili posiada wszystkie znamiona dzieła kultowego.


  

05. Mr. Turner (reż. Mike Leigh)


Czasem jest tak, że stary mistrz, choć daleki od nowatorstwa formy, potrafi dzięki swojej wiekowej mądrości jednym konkretnym pociągnięciem wyprodukować dzieło, które skupia większość jego atutów w płynnej formie, gdzie wszystkie elementy współgrają ze sobą harmonijnie. Czymś takim jest własnie "Mr. Turner". Chrząkający malarz, znakomicie wykreowany przez Spalla, to postać, która pomimo dość nieprzyjemnej maniery wykorzystywania bliskich mu osób, jest figurą sympatyczną i charyzmatyczną, wręcz stworzoną dla reżysera pokroju Leigha. Jest przede wszystkim też prawdziwym artystą, który nawet na łożu śmierci potrafi się zachwycić scenerią, gdzie młoda kobieta leży martwa. Portretowana epoka dała też pretekst Leighowi do charakterystycznego dla niego zamiłowania do zabawnych i bogatych językowo dialogów, nigdzie lepiej nie oddanych niż w postaci snobistycznego i napuszonego do granic możliwości konesera sztuki. Od strony formalnej, wizualne piękno zdjęć przerasta wszystko, co widziałem w tym roku (o ile nie w ostatnich latach), a konkurencja jest naprawdę silna. Leigh ze swoim operatorem stworzyli masę kadrów, które z powodzeniem oddają hold obrazom Turnera, a ich malarskość udowadnia jedynie po raz któryś, jak umiejętnie kino potrafi uchwycić daną chwilę na swoim własnym płótnie. Już wcześniej "Topsy Turvy" udowadniał pietyzm reżysera względem oddania konkretnego czasu historycznego ze wszystkimi jego niuansami i bogatą inscenizacją, czego rzecz jasna nie brakuje i w "Mr. Turnerze". Podobnie jak u Godarda, gdyby miałby to być ostatni film, lepiej się nie da. 



04. Only Lovers Left Alive (Tylko kochankowie przeżyją, reż. Jim Jarmusch)

Art horror ma się dobrze. Drugi z wielkich obrazów tegorocznych, która rozbija dobrze znaną konwencję i zaraża ją autorską wizją i indywidualnym stylem. Czyli, jak to u Jima: transowa rytmika narracji, ścieżka dźwiękowa zdradzająca konkretne osłuchanie w dobrych gatunkach, przeważnie wycofani emocjonalnie bohaterzy (poza jednym przypadkiem), doskonały dobór lokacji, potęgujący nokturnowy klimat całości, erudycyjne wtręty z historii z przeglądem zainteresowań bardzo oczytanego reżysera, charakterystycznie lakoniczny i niby śmiertelnie poważny humor. Jakby niewiele, gdyby to rozłożyć na dwie godziny, ale hipnotyczna moc obrazu połączona z prostą, ale jakże trafną ideą zobrazowania nieśmiertelności wampirów i ich wiecznej miłości, nieskruszonej przez kolejne epoki, składa się na rzecz nieodpartą w swoim zasępionym romantyzmie. To zdecydowanie najpiękniejszy obraz w karierze Nowojorczyka i obok "Truposza" jego najlepszy.


03. Maps to the Stars (Mapy gwiazd, reż, David Cronenberg)

Filmografia Cronenberga z XXI wieku to najciekawszy i najbardziej niedoceniany zbiór prac, jaki można napotkać. Był dramat o schizofreniku, mistrzowsko oddający złożoności umysłu chorego (Pająk); była szalenie zwodnicza transfiguracja (Historia przemocy), była rozsadzana przez homoerotyczne podteksty baśń gangsterska (z najlepiej zainscenizowaną walką tego wieku) [Wschodnie obietnice]; był zdystansowany, szalenie intelektualny dramat historyczno-biograficzny nieprzypominający zbytnio tego typu produkcji (Niebezpieczna metoda); i na koniec była bezkompromisowa, antykapitalistyczna diatryba (Cosmopolis). Każdy film inny, lecz szalenie interesujący, w wielu przypadkach trawiony przez podobne obsesje. "Mapy gwiazd" można nazwać Hollywoodzką wersją "Kaliguli", mindfuckową wywrotką "Sunset Blvd", pełną psychotycznych popisów rodem z "Najdroższej mamusi".

Scenariusz Wagnera, ewidentnie wymierzony jako zemsta na środowisko fabryki snów, jest materiałem nierównym, sporządzonym jakby na chybił trafił, już przed samą koncepcją powstania skazanym na nieświeżość, bo wszystko powiedziano jakieś 60 lat wcześniej i soczyściej. Jad, jaki wypluwa się z tej wizji niekoniecznie bywa śmieszny i kpiarski, tak jak być może zakładał scenarzysta (rozmowa na temat fekaliów), ale gdy trafia, jest genialnie okrutny (reakcja Moore'a na nieszczęście swojej rywalki). To, co wynosi film na wyżyny to oczywiście reżyseria Cronenberga, który poprzez charakterystyczny dla siebie zabieg obserwowania wszystkiego z dystansu, w stylu zupełnie nieostentacyjnym i formalnie rygorystycznym, balansuje szaleństwa Wagnera, wyłuskując z niego konkretną esencję. Edypowe wątki nagle się rozrastają i klarownie ze sobą zaziębiają, będąc centrum całej fabuły. W filmie łamane są tabu, które w Hollywood łamane są rzadko albo nigdy, co tylko zwiększa dziką radość. Jak w przypadku wszystkich filmów zdeprawowanego Davida, transgresyjne "Mapy gwiazd" pozostawiają wiele treści do przetrawienia, nawet jeśli w swoich kulturowych odniesieniach są zbyt zdezaktualizowane i w większości nieczytelne dla polskiego widza. Jednak próby ukazania ciężaru sławy nastolatka, siły oddziaływania przeszłości na teraźniejszość oraz zależności psychologicznych występujących w tak zepsutym, głupim i darwinowskim środowisku przynajmniej prowokują do dyskusji, dzięki czemu już sama analiza materiału przynosi dużą frajdę. Film może "pochwalić" się niezbyt przychylną krytyką (Hollywood nie lubi tak bezkompromisowych ataków), ale w dobie przehajpu jest dziełem faktycznie aspirującym do gwiazd.



2. Wolf of the Wall Street (Wilk z Wall Street, reż. Martin Scorsese)

Filmografia Martina Scorsese ma wiele twarzy, ale tą najlepszą wydaje mi się ta, w której jego reżyseria jest najbardziej narcystyczna i obsesyjna. Dwa filmy, moim zdaniem najlepsze w jego karierze, w pełni uchwyciły powyższy sposób działania: "Wściekły byk" i "Król komedii". Z jednej strony, narcyzm przejawiał się w absolutnie popisowym stylu reżyserii, ukazując pełną gamę środków filmowych użytych dla maksymalnego efektu, z drugiej strony siła ukazywanych obrazów sugerowała, że ich twórca wyrażał w swoim bohaterach tak naprawdę siebie (w obu przypadkach Scorsese dość konkretnie pozmieniał kształt scenariuszy, wypełniając je swoją osobowością). "Wściekły byk" zaciekle degradował męskość do poziomu tępej, brutalnej siły wymierzonej w najbliższych i ujmował swoją autokrytyką (był to pierwszy film Marty'ego po tym, jak o mało nie stracił życia z powodu uzależnienia od kokainy), zaś "Król komedii" wrzucał widza w szalenie niekomfortowe śledzenie poczynań spragnionego sławy komika, bezlitośnie przy tym drwiąc z mediów i pojęcia celebryty.

Owszem, showmaństwo najlepszego rodzaju znajdziemy w niemal każdym filmie reżysera, poczynając od wybitnych "Taksówkarza" czy "Goodfellas", ale te filmy są zdecydowanie mniej samokrytyczne i skomplikowane w porównaniu z powyższymi, przy czym dość momentami niebezpiecznie kierujące się w celebrację najgorszych postaw. Amoralność w kinie jest jak najbardziej ceniona, lecz gloryfikacja broni (Taxi) czy bycia przestępcą (Goodfellas) w takiej estetycznej glamoryzacji może przynieść niepożądane efekty uboczne. Znakomitego "Wilka z Wall Street" zapisać można dokładnie do tej grupy, z dodatkową nutką szaleństwa, która pobrzmiewała wcześniej w doskonałej i niedocenianej kafkowskiej czarnej komedii "Po godzinach". Jego satyryczne, agresywne zacięcie jest nazbyt widoczne i pod tym względem film jako obraz Ameryki Reagana lat 80. a właściwie jej spuścizny, która przeobraziła się w latach 90. w krwiożerczy kapitalizm (za co dziękować możemy chociażby "Wall Street" Olivera Stone'a), sprawdza się kompletnie, lecz niestety zdążył też doprowadzić do masy nieporozumień i oskarżeń typu "reżyser nie wypowiada swojego komentarza i nie ukazuje ofiar". Owe zarzuty chyba najlepiej sparował pisarz Bret Easton Ellis twierdząc, że ofiary Belforta to jeszcze więksi idioci i chciwi materialiści niż sam protagonista. Dlatego brak moralizacji jest tutaj kluczowym sukcesem, bo pomimo silnej identyfikacji z bohaterami i ich szalonymi imprezami, upadek jest pokazany dobitnie i tak nagle, że otrzeźwienie po tej czarownej jeździe przychodzi szybko i gwałtownie, gdzie w "Goodfellas" czy "Taksówkarzu" owego momentu albo nie było (kibicowaliśmy Travisowi), albo był przytłumiony (koniec końców nie tylko główny bohater ubolewa nad tym jak skończył, ale także i widz).

Ponad wszystko jednak, Wilk to komediowe tour de force, pełne świetnych sekwencji, których kulminacja przychodzi w mistrzowskim mini filmie w filmie, słynnym już quualudesowym przedawkowaniu. Przeważnie zbolały i manieryczny, zbyt mocno starający się DiCaprio okazuje się nomen omen królem komedii - przez bite trzy godziny swoją niepohamowaną energią trzyma cały film w ryzach i, choć drugi plan jest pełny polotu (genialne cameo Matthew McConaughey'a to rzecz z innego świata, szkoda jedynie, że tak krótkie), to przyćmiewa ich na każdym kroku swoją prześmieszną mimiką, gestykulacją i artykulacją. Tak genialnej roli po tym bardziej popularnym niż cenionym warsztatowo aktorze nikt nie mógł się spodziewać. Scorsese, kręcąc swój najlepszy film od czasu "Goodfellas", pod koniec nawet powtarza jego zakończenie, szalenie efektywną puentę, jednocześnie psując jej siłę poprzez ukazanie prawdziwego Belforta. To właśnie w zakończeniu ujawnia się cała problematyczność w odbiorze filmu. Jeden nieprzemyślany ruch autora spotęgował gorzki posmak wydarzeń po premierze. Belfort z przewidywalną dla siebie postawą wykorzystał rozgłos filmu, by po raz kolejny zbijać niemały majątek, bo jakże inaczej - jego książka zaczyna sprzedawać się lepiej, a on sam otrzymuje zaproszenia na seminaria dotyczące osiągania sukcesu. Może nie osiąga to ekstremów sytuacji związanej z zamachem na Reagana pod wpływem Travisa Bickle'a, ale w kontekście całości jest nawet bardziej obrzydliwym i skrajnie pesymistycznym obrazem kultury, w jakiej przyszło nam żyć. To trochę odbiera wartość jedynej w ostatnim ćwierćwieczu pozycji Marty'ego, która moc ma zbliżoną do jego największych osiągnięć. 



1. Under the Skin (Pod moją skórą, reż. Jonathan Glazer)

Wyjątkowo perwersyjny wymiar nadaje tutaj zatrudnienie bogini Scarlett - gwiazdy, o której śnią miliony mężczyzn na całym świecie. W tym filmie okazuje się przybyszką z kosmosu, która uwodzi, a następnie oddaje na pożarcie. Lepszej metafory kobiecego wampiryzmu w tym roku nie było. Z dala od bogiń-femme fatale Sin City, czy lata świetne od innej głośno komentowanej kreacji aktorki, "transcendentalnej" Lucy, Scarlett poruszająca się po ulicach Glasgow to dla mnie najbardziej ikoniczny moment roku w kinie. Niby nie jest to nowy proceder - już wcześniej wiele aktorek próbowało odrzeć się z hollywoodzkiej boskości, ale w przeciwieństwie do swoich koleżanek po fachu, przeważnie podążających za Oskarem, Scarlett niemal całą pracę wykonuje jedynie swoją obecnością, będąc nomen omen elementem zupełnie nie z tego świata w szarej i zwyczajnej Szkocji. 

Eliptyczna narracja dla osób nieznających książkowego źródła może okazać się nieczytelna, co jak to często bywa doprowadza do zarzutów, jakoby film był pretensjonalny i niezrozumiały. Synteza s-f, artystycznego horroru, cinema verite i awangardy, przedstawiona w stylu, jakiego nie powstydziłby się wybitny Nicolas Roeg, akurat w moim poczuciu ani na chwilę nie trafia w te rejony, bowiem Glazer  nie dość, że ma wspaniałe wyczucie, to także przejmująco w trzecim akcie odbija się od zdystansowanej obserwacji w stronę kina humanistycznego, w którym dochodzi do zaskakującej, ale jakże przygnębiającej wolty. Ironia jest okrutna, pesymizm przytłaczający. Słowo arcydzieło w ostatnich latach jest dość często nadużywane, ale jeżeli coś w tym roku nim jest, to właśnie ten film. Być może najlepsza kinowa propozycja od czasu "Mistrza" Paula Thomasa Andersona. 


Najlepsze role pierwszoplanowe:

01. Leonardo DiCaprio (Wilk z Wall Street)
02. Matthew McConaughey (Witaj w klubie) [Kolejny genialny rok tego pana, a może i najlepszy. Jeszcze lepsza rola poniżej w kategorii serialowej]
03. Essie Davis (Babadook)
04. Timothy Spall (Mr. Turner)
05. Philip Seymour Hoffman (Bardzo poszukiwany człowiek)

Najlepsze role drugoplanowe:

01. Michael Fassbender (Zniewolony)
02, Eva Green (Sin City 2: Damulka warta grzechu)
03. James Gandolfini (Brudna forsa)
04. Sam Shepard (Chłód w lipcu)
05. Nina Hoss (Bardzo poszukiwany człowiek)


--------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Najlepsze seriale roku

                                                                               
10. Game of Thrones (Gra o tron) 4 sezon

                                                          09. Banshee II sezon
                                                                             
08. Justified V sezon

07. Mad Men połowa VII sezonu

06. The Knick

05. Fargo

04. Penny Dreadful (Dom grozy)

03. Hannibal II sezon

02. True Detective (Detektyw)

01. The Americans (Zawód: Amerykanin) II sezon


Najlepsze role:

01. Matthew McConaughey (Detektyw)
01. Matthew Rhys i Keri Russell (Zawód: Amerykanin)
03. Billy Bob Thornton (Fargo)
04. Eva Green (Dom grozy)
05. Mads Mikkelsen (Hannibal)
06. Clive Owen (The Knick)
07. Martin Freeman (Fargo)
08. Jon Hamm (Mad Men)
09. Walton Goggins (Justified)
10.  Elisabeth Moss (Mad Men)