Przejdź do głównej zawartości

Posty

Wyświetlanie postów z marzec, 2012

Slasher znów triumfuje

Behind the Mask: The Rise of Leslie Vernon, reż. Scott Glosserman, rok 2006

"It's convention, we have to respect it" - Leslie Vernon

Za złotą erę slasherów uznaje się końcówkę lat 70-tych i początek lat 80-tych. Wtedy wówczas sale kinowe zalały takie perełki jak "Halloween", "Piątek 13-tego", "Koszmar z ulicy Wiązów", "Slumber party massacre", "Moja krwawa walentynka", czy "The House on Sorority row". Slashery w większości były produkcjami charakterystycznymi dla swoich czasów: tandetne, tanie, pełne luk scenariuszowych, z marnym, drewnianym aktorstwem, wylewającym się gdzie popadnie mizoginizmem i sporą ilością scen gore. Po wielu latach zapomnienia, gdy opinia głównie wśród widzów uległa mocnej poprawie, uzyskały zasłużony kultowy status (mówię tu chociażby o trzech ostatnich pozycjach z wyżej wymienionych). Dla mnie od samego początku była to świetna, odmóżdzająca rozrywka, w perfidny sposób żywiąca się humor…

Przedwieczny magazyn

Z czystego obowiązku oznajmiam, że magazyn "Coś na progu" już w sprzedaży. Życzę miłej lektury!

Krótkie przemyślenia - 6

Kilka ostatnich w kilku zdaniach:


Hudsucker Proxy, reż. Joel Coen/Ethan Coen, rok 1994

Coenowie od początku swojej kariery wygłaszają co jakiś czas panegiryk na cześć kina i w tym uroczym, fantastycznie wystylizowanym dziele nie jest inaczej. Postmodernistyczny kocioł dekad – z jednej strony echa wielkiej depresji i nowego ładu, z drugiej agresywny kapitalizm końcówki lat 50-tych – w scenerii jak z obrazów Normana Rockwella wypada imponująco, bo Coenowie mają świetną rękę do władania różnorodnymi konwencjami. Właściwie najtrafniej byłoby określić ten film jako odtworzenie powszechnej w latach 30-tych i 40-tych screwball comedy. Poruszany w filmie motyw od pucybuta od milionera, cała ta pogoń za amerykańskim snem jest doskonale znany w amerykańskim kinie, ale dzięki sprawności formalnej reżyserów i zabawnemu scenariuszowi historia Norville’a Barnesa wydaje się świeża i ani na chwilę nudna. Powiedziałbym nawet, że pełne rozmachu i inwencji inscenizacje dorównują szalonym wizjom Terry’ego…