Przejdź do głównej zawartości

Sfejsbukuj mnie


The Social Network, reż. David Fincher, rok 2010

Dwa najpewniejsze serwisy sumujące opinie krytyków - Metacritic i Rotten Tomatoes - jak na dłoni wskazują nam, że właśnie doświadczamy rzadkiego zjawiska kulturowego. Tym zjawiskiem jest rzekomo wybitny amerykański film Davida Finchera, The Social Network. Nie po raz pierwszy stawiani jesteśmy w sytuacji, w której głośna premiera zza Oceanu przybywa do nas odziana w splendor i tytuły rodzaju "Film roku". Z doświadczenia można wywnioskować, że nie zawsze podzielaliśmy entuzjazm amerykanów. Wystarczy przypomnieć sobie reakcje towarzyszące "Aż poleje się krew".

Od dawien dawna amerykańscy krytycy literaccy poszukują tzw. "Wielkiej amerykańskiej powieści", która w stopniu najbliższym rzeczywistości odzwierciedla danego ducha czasu, w jakim znalazł się kraj. Za przykład może posłużyć chociażby twórczość Williama Faulknera czy Thomasa Pynchona. Analogicznie do tego konceptu, od dłuższego czasu krytycy filmowi wytężają wzrok za wielkim amerykańskim filmem. Problem mają niemały, bo kino mainstream'owe zdominowane jest przez produkcje 3D, remaki czy sequele, a niezależne, skromniej skrojone produkcje nie do końca wpisują się w opis powyższego konceptu, bo ich zasięg jest o wiele mniejszy. Stąd często dochodzi do przesady w pochwale albo czystej histerii, gdy pojawi się jakaś ciekawsza pozycja. Dowodem są np. stwierdzenia Petera Traversa z czasopisma Rolling Stone, który przy okazji recenzowania The Social Network stwierdził, że to współczesny Rashomon. Ten kto oglądał arcydzieło Kurosawy doskonale wie, że takie porównanie wobec dzieła Finchera jest wprost kuriozalne. Tego typu opinii można znaleźć więcej, ale ta może posłużyć jako idealna charakterystyka wyolbrzymionego hajpu.

W jednym trzeba się zgodzić z amerykańskimi krytykami. Mianowicie, że film uchwycił ducha dzisiejszych czasów. Historia powstania najpopularniejszego serwisu społecznościowego jest także historią o kondycji młodzieży w XXI wieku. Jak celnie ujął Jim Hoberman w Village Voice - "Facebook osiąga sukces w tym stopniu, że kompensuje coś, czego brak w życiu ludzi - utraconego poczucia sąsiedztwa, dalszej rodziny czy solidarności w pracy". Słabnąca komunikacja w bezpośrednich relacjach międzyludzkich doprowadziła m.in. do tego, że ludzie wolą się porozumiewać przez internet - czy to wylewać na kogoś pomyje lub wypowiadać się na aktualne wydarzenia. Właśnie to pierwsze uczynił główny bohater filmu, założyciel Facebooka Mark Zuckerberg (grany przez Jesse'a Eisenberga). Po tym jak jego dziewczyna zrywa z nim, w pijackiej zemście Mark zamieszcza obraźliwy komentarz na jej temat i następnie tworzy stronę Facemash, pozwalającą użytkownikom oceniać atrakcyjność studentek Harvardu. W efekcie nie tylko zostaje znienawidzony przez płeć piękną, ale także zawieszony przez władze uczelni za pogwałcenie regulaminu. Swoim osiągnięciem zwraca uwagę braci bliźniaków Winklevoss, którzy proponują mu współpracę przy tworzeniu strony. Wtedy właśnie rodzi się idea serwisu Facebook.

O tym, co pozwala wyróżnić The Social Network wśród rzeszy innych tegorocznych premier, to oczywiście socjologiczny aspekt. Gdyby jednak odebrać ten decydujący element, właściwie zostalibyśmy z bardzo dobrze nakręconym filmem, który nie zawiera porażających oryginalnością rozwiązań technicznych i fabularnych. Jego dynamiczny montaż i dbałość o szczegóły przypomina trochę mój ulubiony film Finchera "Zodiak", i tak jak on, oparty jest nie tyle o samą akcję, co bardziej dialog, nieraz niezwykle zabawny. Znakomity scenariusz Aarona Sorkina bez wątpienia będzie niejednokrotnie nagradzany. Retrospekcyjna narracja filmu zbudowana jest z dwóch jednocześnie prowadzonych rozpraw sądowych wymierzonych przeciwko Zuckerbergowi. Daje to ciekawy efekt, ale na pewno nie ma w tym żadnej łamigłówki rodzaju Rashomona, bo wszystko w filmie Finchera jest diabelsko przejrzyste. Na szczęście gra aktorska stanęła na wysokości zadania i w szczególności rola Eisenberga jako wyalienowanego geniusza czy Justina Timberlake'a jako charyzmatycznego paranoika Seana Parkera jest godna pochwały.

Nie jest to może tak znakomity dramat społeczny, jak wielu sądzi, ale sprawdza się jako kronika naszych czasów i przykład filmu, który opiera swoją siłę przede wszystkim na dobrym scenariuszu i aktorstwie. Jak znajoma słusznie stwierdziła, teraz wystarczy nam poczekać na film o NK.
★★★

Komentarze

  1. mnie się bardziej podoba pomysł na film o 4chanie. widziałbym to jako taką współczesną reinterpretację piekła dantego;)

    OdpowiedzUsuń
  2. No mnie się pomysł na film o NK w ogóle nie podoba ( i oby nic takiego nie powstało), bo pewnie byłby to najnudniejszy film świata, ale kto wie czy nie nastąpi jakiś wysyp tego rodzaju produkcji. Z tym 4chanem to nie wiem - czekajmy lepiej na dobrą ekranizację Krwawego południka, gdzie masz coś w rodzaju podróży przez piekło Dantego, a tym piekłem jest dziki zachód rzecz jasna.

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Ulubione horrory z lat 2000-2009

Dawno nie robiłem żadnej listy, więc dla odmiany wrzucam krótką z umiłowanymi horrorami z poprzedniej dekady. Nie był to okres szczególnie udany dla tego gatunku, więc niestety wyboru sporego nie miałem (albo nie dotarłem do skrytych perełek). Wyjaśnia to np. obecność na mojej liście filmu rodzaju "The Host", w połowie dramatu, w połowie horroru. Z tą klasyfikacją gatunkową to nie była taka prosta sprawa, ale gdy zestawiłem go z "Taxidermią" czy "Głodem miłości", dziełami również kategoryzowanymi jako horrory, wydał mi się zdecydowanie bardziej trafnym wyborem.


The Host: Potwór, reż. Bong Joon-ho, rok 2006 Jak wyjaśniałem pokrótce we wstępie, jeden z paru filmów na liście, który nie jest czysty gatunkowo. Reżyser pomysłowo przemiela nurt Monster Movie przez społeczno-rodzinny dramat, wstrząsająco obrazując widzowi, że to własny rząd wydaje się bardziej przerażający niż ogromna, zmutowana ryba. Tak oryginalne, wciągające, a nawet niekiedy przejmujące …

Najlepsze filmy 2017 roku

To pierwsze podsumowanie od czasu 2013 roku, gdzie żaden z filmów nie zasłużył na miano arcydzieła. Ale wbrew pozorom to był dobry rok. Gdybym szedł śladem Cahiers du Cinema lub paru innych krytyków i postanowił uwzględnić 3. sezon "Twin Peaks" na swojej liście, to umieściłbym go na samym szczycie. Chociażby za ten nieprawdopodobny 8. odcinek. I korci mnie niezmiernie, bo pomimo ewidentnie serialowego formatu, ostatnie dzieło Lyncha i Frosta można również klasyfikować jako 18. godzinny film w duchu "Out 1" Rivette'a czy "Berlin Alexanderplatz" Fassbindera. Nawet dwa pierwsze odcinki miały pokaz kinowy w Cannes, a w przyszłym roku cały sezon zostanie puszczony w jednym z amerykańskich kin. Ale stwierdziłem, że lepiej jednak trzymać się propozycji stricte kinowych, żeby nie mącić zbytnio (choć gdybym faktycznie chciał wymieszać seriale z filmami, to zwycięzcą były 3. sezon "Pozostawionych" - najwspanialsza rzecz, jaką oglądałem w 2017 roku). …

Rodzina Soprano - popkulturowy majstersztyk

Fascynacja mafią/przestępczością zorganizowaną od niemalże pół wieku jest mocno zakorzeniona w świadomości kulturowej. Dzieje się to za sprawą głośnych filmów gangsterskich, tak często cytowanych w przeróżnych formach medialnych, żeby nie wymieniać tych najważniejszych: dwóch pierwszych części Ojca Chrzestnego Francisa Forda Coppoli, Chłopców z ferajny Martina Scorsese, Człowieka z blizną Briana De Palmy czy Dawno temu w Ameryce Sergio Leone. Gatunek filmów gangsterskich jest bez wątpienia niepodzielną własnością Amerykanów, choć pojawiają się wybitne wyjątki w postaci arcydzieł francuskiego reżysera Jean-Pierre'a Melville'a (Samuraj, W kręgu zła). O ile wpływ wczesnych filmów rodzaju Małego Cezara Mervyna Leroya, Wroga publicznego Williama Wellmana i oryginalnego Człowieka z blizną Howarda Hawksa na późniejsze arcydzieła gatunku jest niepodważalny, to jednak dopiero adaptacja powieści Mario Puzo dokonała znaczącej transformacji w sposobie portretowania mafii/gangsterów. Jak …