Przejdź do głównej zawartości

Slasher znów triumfuje


Behind the Mask: The Rise of Leslie Vernon, reż. Scott Glosserman, rok 2006

"It's convention, we have to respect it" - Leslie Vernon

Za złotą erę slasherów uznaje się końcówkę lat 70-tych i początek lat 80-tych. Wtedy wówczas sale kinowe zalały takie perełki jak "Halloween", "Piątek 13-tego", "Koszmar z ulicy Wiązów", "Slumber party massacre", "Moja krwawa walentynka", czy "The House on Sorority row". Slashery w większości były produkcjami charakterystycznymi dla swoich czasów: tandetne, tanie, pełne luk scenariuszowych, z marnym, drewnianym aktorstwem, wylewającym się gdzie popadnie mizoginizmem i sporą ilością scen gore. Po wielu latach zapomnienia, gdy opinia głównie wśród widzów uległa mocnej poprawie, uzyskały zasłużony kultowy status (mówię tu chociażby o trzech ostatnich pozycjach z wyżej wymienionych). Dla mnie od samego początku była to świetna, odmóżdzająca rozrywka, w perfidny sposób żywiąca się humorem niskich lotów. W głównej mierze dla tego rodzaju kina można zaobserwować respekt w „Behind The Mask: The Rise of Leslie Vernon”, filmie będącym połączeniem mockumentary w stylu klasycznego i kontrowersyjnego „Człowiek pogryzł psa” z konwencjonalnym slasherem pod „Piątek 13-tego”. Jego twórca z widoczną radością oddał się wielkiej autotematycznej grze z regułami nurtu, grze która nigdy nie wydaje się efekciarska, nawet jeśli nie jest niczym nowym w horrorze, bo pierwszy podjął ją Wes Craven przy okazji „Nowego koszmaru” i znakomitego „Krzyku”. Dlatego nie bez przyczyny przytoczyłem na samym początku cytat z filmu, bo to właśnie konwencja jest wszystkim w hołdzie Scotta Glossermana.

W filmie, podobnie do fabuły „Człowiek pogryzł psa”, obserwujemy działania młodej ekipy dokumentalistów, której jakimś cudem udało się nawiązać kontakt z seryjnym mordercą Leslie Vernonem. Trzeba koniecznie dodać, że świat jaki przedstawiany jest tutaj to świat lekko zniekształcony, bo Jason Voorhees, Freddy Krueger i Michael Myers nie są filmowymi postaciami ze słynnych horrów, lecz żyjącymi naprawdę boogeymenami. Grupa dowodzona przez dziennikarkę Taylor Gentry zastaje Vernona w trakcie przygotowań do dzieła jego życia, czyli wielkiej rzezi nastolatków na starej farmie. Vernon jawi się jako osoba dosyć sympatyczna, posiadająca silną charyzmę, na pozór dosyć normalna, gdyby wykluczyć jego makabryczne hobby. To wszystkie jego uwagi na temat metodologii swojej pracy stanowią najsilniejszy punkt filmu. Dzięki temu wiemy jak powoli, ale efektywnie morderca wkręca swoją wybraną ofiarę w chorą grę; jak przygotować miejsce ostatecznej rozgrywki, by nikt z niego nie uszedł cało; jak ważna dla oprawcy i ofiary jest symbolika falliczna i joniczna (!); że szafa jest miejscem świętym, którego nie wolno naruszać; w końcu jak potrzebny jest psychopacie tzw. Ahab, osoba starająca się przeciwstawić złu (w tej roli nikt inny jak Robert Englund). Ten komiczny wymiar spojrzenia od kuchni w wielu momentach jest o wiele ciekawszy niż niektóre akademickie dysertacje na temat użytych tropów w slasherach.

Filmy o martwych nastolatkach wykorzystały chyba już każdą możliwą konfigurację, ale co by o nich nie mówić, stanowią też doskonały grunt dla intertekstualnych nawiązań i metaironii. W tamtym roku Wes Craven w czwartej odsłonie „Krzyku” w niezły sposób zabawił się tropem „final girl” i schematem filmu w filmie. Jednak parę lat wcześniej jego młodszy kolega po fachu poszedł nawet jeszcze dalej, bo przez właściwie cały film każdą charakterystykę slashera zmienił w doprawdy śmieszne i pełne dystansu wywody, napakowane licznymi aluzjami do doskonale nam znanych dzieł. Nawet przemiana z mockumentary w ostatnich dwóch kwadransach w standardowy slasher z gatunku „polowanie na zwierzynę”, z obowiązkowym i wcale niegłupim zwrotem akcji nie umniejszyła siły jego koncepcji. W rezultacie otrzymaliśmy wyśmienitą odę do jednego z najbardziej kiczowatych, ale i elektryzujących nurtów w historii horroru.
★★★½

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Ulubione horrory z lat 2000-2009

Dawno nie robiłem żadnej listy, więc dla odmiany wrzucam krótką z umiłowanymi horrorami z poprzedniej dekady. Nie był to okres szczególnie udany dla tego gatunku, więc niestety wyboru sporego nie miałem (albo nie dotarłem do skrytych perełek). Wyjaśnia to np. obecność na mojej liście filmu rodzaju "The Host", w połowie dramatu, w połowie horroru. Z tą klasyfikacją gatunkową to nie była taka prosta sprawa, ale gdy zestawiłem go z "Taxidermią" czy "Głodem miłości", dziełami również kategoryzowanymi jako horrory, wydał mi się zdecydowanie bardziej trafnym wyborem.


The Host: Potwór, reż. Bong Joon-ho, rok 2006 Jak wyjaśniałem pokrótce we wstępie, jeden z paru filmów na liście, który nie jest czysty gatunkowo. Reżyser pomysłowo przemiela nurt Monster Movie przez społeczno-rodzinny dramat, wstrząsająco obrazując widzowi, że to własny rząd wydaje się bardziej przerażający niż ogromna, zmutowana ryba. Tak oryginalne, wciągające, a nawet niekiedy przejmujące …

Najlepsze filmy 2017 roku

To pierwsze podsumowanie od czasu 2013 roku, gdzie żaden z filmów nie zasłużył na miano arcydzieła. Ale wbrew pozorom to był dobry rok. Gdybym szedł śladem Cahiers du Cinema lub paru innych krytyków i postanowił uwzględnić 3. sezon "Twin Peaks" na swojej liście, to umieściłbym go na samym szczycie. Chociażby za ten nieprawdopodobny 8. odcinek. I korci mnie niezmiernie, bo pomimo ewidentnie serialowego formatu, ostatnie dzieło Lyncha i Frosta można również klasyfikować jako 18. godzinny film w duchu "Out 1" Rivette'a czy "Berlin Alexanderplatz" Fassbindera. Nawet dwa pierwsze odcinki miały pokaz kinowy w Cannes, a w przyszłym roku cały sezon zostanie puszczony w jednym z amerykańskich kin. Ale stwierdziłem, że lepiej jednak trzymać się propozycji stricte kinowych, żeby nie mącić zbytnio (choć gdybym faktycznie chciał wymieszać seriale z filmami, to zwycięzcą były 3. sezon "Pozostawionych" - najwspanialsza rzecz, jaką oglądałem w 2017 roku). …

Rodzina Soprano - popkulturowy majstersztyk

Fascynacja mafią/przestępczością zorganizowaną od niemalże pół wieku jest mocno zakorzeniona w świadomości kulturowej. Dzieje się to za sprawą głośnych filmów gangsterskich, tak często cytowanych w przeróżnych formach medialnych, żeby nie wymieniać tych najważniejszych: dwóch pierwszych części Ojca Chrzestnego Francisa Forda Coppoli, Chłopców z ferajny Martina Scorsese, Człowieka z blizną Briana De Palmy czy Dawno temu w Ameryce Sergio Leone. Gatunek filmów gangsterskich jest bez wątpienia niepodzielną własnością Amerykanów, choć pojawiają się wybitne wyjątki w postaci arcydzieł francuskiego reżysera Jean-Pierre'a Melville'a (Samuraj, W kręgu zła). O ile wpływ wczesnych filmów rodzaju Małego Cezara Mervyna Leroya, Wroga publicznego Williama Wellmana i oryginalnego Człowieka z blizną Howarda Hawksa na późniejsze arcydzieła gatunku jest niepodważalny, to jednak dopiero adaptacja powieści Mario Puzo dokonała znaczącej transformacji w sposobie portretowania mafii/gangsterów. Jak …