Przejdź do głównej zawartości

Spełnienie marzeń kinomana, czyli kilka słów o arcydziele Edgara Wrighta i Simona Pegga




The World's End, reż. Edgar Wright, rok 2013


Zdarzyło mi się już w tym roku obejrzeć filmy wybitne (Du Zhan, Upstream Color i Berberian Sound Studio), zachwycić się niesłusznie niedocenianym obrazem (Passion Briana De Palmy), tu i ówdzie trafić na całkiem imponujące propozycje z rejonów bardziej nawiedzonych (Obecność, The Lords Of Salem), ale żaden z nich nie zaoferował takiej ilości filmowej magii, co The World’s End. Ostatnia odsłona luźnej trylogii Three Flavours Cornetto to kino krystaliczne i najbardziej nieodparty mikst komedii, science fiction i akcji nie tylko całego lata, ale prawdopodobnie ostatnich trzech. Nie żebym się tego nie spodziewał. Pomysłowość i wyczucie różnych konwencji panowie zafundowali już w wybornym pastiszu i hołdzie nurtu zombie (Wysyp żywych trupów) oraz kumplowskiej komedii policyjnej (Ostre psy). Oba filmy, spełnienie młodocianych marzeń Edgara Wrighta i Simona Pegga, w kontekście najnowszej propozycji trzeba jednak traktować inaczej – jako brawurowe posługiwanie się szerokim sztafażem gatunkowym, uwalniające endorfiny u każdego, kto ma w sercu George A. Romero, Kult czy Zabójczą broń

The World’s End jest już czymś więcej, bo niezwykle ujmującą opowieścią o nostalgii i gonitwie za młodocianą wolnością, podbitą słodko-gorzką obserwacją o 40-latkach zagnieżdżonych w pozornym komforcie, z którego próbuje ich wydobyć były lider grupy, Gary King (mistrzowsko wykreowany przez Pegga). King, w przeciwieństwie do swoich przyjaciół nigdy nie wydoroślał, żyjąc nieustannie bez ograniczeń i konsekwencji. Jego ubiór, gust i zachowanie nie zmieniły się od czasu młodości – wciąż jest to ten sam czarny płaszcz, ta sama koszulka The Sisters of Mercy. Nie uległ zmianie również cel, bowiem pragnie skończyć to, czego nie udało mu się za młodu, czyli pijacką marszrutę w ciągu całego dnia przez 12 pubów w rodzimym mieście. Zbierając całą bandę, King co rusz wyciąga z magicznego worka dawne rekwizyty i wspomnienia – stary, rozpadający się samochód, wysłużone kasety magnetofonowe - nieustannie przy tym przysparzając sytuacji do śmiechu. Ale są one równoważone nie mniejszą ilością niegłupich refleksji o dorosłości, alienacji i braku celu w życiu.

Przez pierwsze pół godziny film jest perfekcyjną komedią o spotkaniu po latach, by następnie przekształcić się w szalone science fiction w wydaniu apokaliptycznym.  Twist w akcji jest tak nagły, że nawet osoba, która czytała o gatunkowym rodowodzie obrazu może się go nie spodziewać. Wprowadzenie schematów fabularnych kina science fiction posiada oczywiście swój cel. Wzorując się w największym stopniu na Inwazji porywaczy ciał, Wright i Pegg sprytnie wplatają do historii swój komentarz wobec dzisiejszych czasów. W ich ujęciu świat pędzi nieubłaganie ku homogenizacji – wszystko musi być takie same, podporządkowane ścisłym kanonom, nie uznające indywidualnego ducha. Dobitnie podkreśla to komiczna sekwencja, w której protagoniści opuszczając pub trafiają do następnego, który… jest identyczny jak poprzedni. Gdzie indziej z pubu pozostaje jedynie wspomnienie, bo teraz jest dyskoteką. Nie lepiej jest z ludźmi – identyczne pragnienia, sposób bycia, mowa. Także przyjaciele Kinga wpisują się w ten model. Ciężko się mu z tym pogodzić, bowiem żyje on według kreda zapożyczonego z hymnu jego pokolenia, Loaded Primal Scream, samplującego słowa Petera Fondy: We wanna be free to do what we wanna do/And we wanna get loaded/And we wanna have a good time. Utwór ten, tak jak i wiele innych z najlepszej ścieżki dźwiękowej tego roku, w punkt ilustruje tęsknotę za czymś, co już nigdy nie powróci. Doorsi prowadzą wstawionych bohaterów do kolejnego pubu, Kylie Minogue zaprasza na retro disco, a widz w ekscytacji wlecze się wraz z nimi.  

Niemniej imponujące od strony dźwiękowej są sceny akcji. Choreografia walk i ich montaż jest wyborny. Koncept zaczerpnięty z Pijanego mistrza, w którym King i reszta stają się lepszymi wojownikami, im bardziej się pijani, okazał się strzałem w dziesiątkę. Film łączy najlepsze elementy Wysypu żywych trupów i Ostrych psów, by poprzez dojrzalszy i bardziej zniuansowany scenariusz wynieść styl autorów do rangi wybitnej sztuki. 

Pozostając przy słowie autorzy, bo jest ono tutaj jak najbardziej na miejscu, nasuwa mi się jeszcze jedna myśl. Pozycja Edgara Wrighta w świecie kina gatunkowego. Tym filmem udowodnił mi, że jeśli wybierać tego najwszechstronniejszego, najrówniejszego i po prostu najlepszego w tym obszarze, to właśnie jego. Refn powoli zaczyna zjadać własny ogon, zaś Tarantino, choć nieustannie w formie znakomitej, momentami za mocno żeruje na innych źródłach i nie jest w stanie nakręcić czegoś, co chwyci mnie za serce. Wright z pomocą Pegga tego dokonał. Z tego powodu będę niejednokrotnie wybierał się na tournee po angielskich pubach z moim ulubionym komikiem i jego niemniej znakomitymi kompanami. Gra jest warta kufla.   
★★★

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Ulubione horrory z lat 2000-2009

Dawno nie robiłem żadnej listy, więc dla odmiany wrzucam krótką z umiłowanymi horrorami z poprzedniej dekady. Nie był to okres szczególnie udany dla tego gatunku, więc niestety wyboru sporego nie miałem (albo nie dotarłem do skrytych perełek). Wyjaśnia to np. obecność na mojej liście filmu rodzaju "The Host", w połowie dramatu, w połowie horroru. Z tą klasyfikacją gatunkową to nie była taka prosta sprawa, ale gdy zestawiłem go z "Taxidermią" czy "Głodem miłości", dziełami również kategoryzowanymi jako horrory, wydał mi się zdecydowanie bardziej trafnym wyborem.


The Host: Potwór, reż. Bong Joon-ho, rok 2006 Jak wyjaśniałem pokrótce we wstępie, jeden z paru filmów na liście, który nie jest czysty gatunkowo. Reżyser pomysłowo przemiela nurt Monster Movie przez społeczno-rodzinny dramat, wstrząsająco obrazując widzowi, że to własny rząd wydaje się bardziej przerażający niż ogromna, zmutowana ryba. Tak oryginalne, wciągające, a nawet niekiedy przejmujące …

Rodzina Soprano - popkulturowy majstersztyk

Fascynacja mafią/przestępczością zorganizowaną od niemalże pół wieku jest mocno zakorzeniona w świadomości kulturowej. Dzieje się to za sprawą głośnych filmów gangsterskich, tak często cytowanych w przeróżnych formach medialnych, żeby nie wymieniać tych najważniejszych: dwóch pierwszych części Ojca Chrzestnego Francisa Forda Coppoli, Chłopców z ferajny Martina Scorsese, Człowieka z blizną Briana De Palmy czy Dawno temu w Ameryce Sergio Leone. Gatunek filmów gangsterskich jest bez wątpienia niepodzielną własnością Amerykanów, choć pojawiają się wybitne wyjątki w postaci arcydzieł francuskiego reżysera Jean-Pierre'a Melville'a (Samuraj, W kręgu zła). O ile wpływ wczesnych filmów rodzaju Małego Cezara Mervyna Leroya, Wroga publicznego Williama Wellmana i oryginalnego Człowieka z blizną Howarda Hawksa na późniejsze arcydzieła gatunku jest niepodważalny, to jednak dopiero adaptacja powieści Mario Puzo dokonała znaczącej transformacji w sposobie portretowania mafii/gangsterów. Jak …

Filmy roku 2016

10.  Rycerz Pucharów (Knight of Cups), reż. Terrence Malick

Malick kręci już tylko hermetyczne poematy o zadęciu symfonicznym, ale tutaj nawet Hollywoodzka apatia potrafi zahipnotyzować. Wszystko dzięki niewidzialnemu montażowi. 

09.  Zaproszenie (The Invitation), reż. Karyn Kusama

Niezła zabawa z oczekiwaniami widza: to tylko kolejna niezręczna kolacja czy coś zupełnie innego? Choć bez zaskoczeń, to jednak umiejętne wykorzystanie lokacji jako ziemi obiecanej dla... Bez spoilerów. 

08. Hush, reż. Mike Flanagan

Home Invasion w soczystej postaci. Mniej ironiczne i zabawne od "Następny jesteś ty", ale bardziej kinetyczne i surowe. Przez co odrobinkę lepsze. 

07. Ostatnia rodzina, reż. Jan P. Matuszyński

Aktorstwo jest znakomite (poza szarżującym Ogrodnikiem), ale zadziwia dojrzałość reżysera debiutanta. Wszystko jest tu duszne, przepełnione mrokiem i depresją. Świata zewnętrznego niemal nie widzimy - tylko cztery ściany i ludzkie dramaty. 

06. Syn Szawła (Saul fia), reż. Laszlo Nem…