Przejdź do głównej zawartości

Nowa jakość


Juventude em Marcha, reż. Pedro Costa, rok 2006

Światowa kinematografia nie często przynosi dzieła, o których bez wątpliwości można powiedzieć, że są sui generis. Portugalski reżyser Pedro Costa od dobrych kilkunastu lat potwierdza każdym nowym filmem swoją niezwykłość wobec reszty twórców, zaprzeczając także przekonaniu, że Portugalskie kino może pochwalić się jedynie osiągnięciami wiekowego Manoela De Oliveiry. Uznawany za najwybitniejsze dokonanie Costy, Juventude em Marcha to 160 minut hipnotyzującego, na w pół dokumentalnego, na w pół fabularnego pochodu przez zrujnowaną dzielnicę Lizbony, Fontainhas. Jest to trzecia część trylogii, w której reżyser przedstawia życie ludzi z marginesu społecznego, desperacko próbujących chwytać się wszystkiego, co mogłoby pozwolić im odbić się od dna. Nie ma co zbytnio wyjaśniać fabuły filmu, bo jej istnienie opiera się na minimum - istotą jest doświadczanie tego co widzimy i słyszymy, ale niech będzie. Trzeba od razu zaznaczyć, że bohaterom Costy w porównaniu z wcześniejszymi filmami powodzi się znacznie lepiej, bo w wyniku zniszczenia Fontainhas, zostali przeniesieni do innego, bardziej komfortowego miejsca. Głównego bohatera, starszego imigranta Venture, poznajemy w chwili, w której zostawia go żona, niszcząc przy okazji cały ich dobytek. Od tego czasu widzimy, jak Ventura odwiedza i spotyka różne osoby na swojej drodze, z których większość uważa za swoje dzieci. Słowem kluczowym, takim dobrze wyjaśniającym panujące między nimi relacje, jest przeszłość. Wydarzenia, życie, wszystko co kręciło się wokół Fontainhas powraca praktycznie w każdym dialogu, a Ventura pomimo otrzymania nowego mieszkania, wciąż powraca do swoich ruin. Jego ciągła tułaczka odkrywa przed nami Lizbonę ludzi biednych, harujących do upadłego, by móc zapewnić sobie przeżycie.

Estetycznie Costa na nowo definiuje minimalizm. Wyrazem tego jest jego spartańskie podejście do architektury. Większość scen nakręconych jest albo w dużych, białych pomieszczeniach (bardzo skromnie umeblowanych lub kompletnie pustych), albo w spowitych ciemnościami, do których przebija się jedynie struga światła. Ascetyzm rzadko bywa tak piękny wizualnie. Biel pustych pokoi, jak i brud ścian, z których odpada tynk w wydaniu Costy przypomina obrazy malarza. Takie dramatyzowanie przestrzeni, poprzez właściwie jej oczyszczanie, jest zabiegiem doskonale podkreślającym stan duchowy przede wszystkim Ventury. Odbierając mu Fontainhas, odebrali mu duszę i życie. Nie liczy się status materialny, tylko przynależność do miejsca. 

Estetyzmowi wtóruje też minimalizm narracyjny. Przejawia się on w bardzo długich ujęciach, w statycznych, często frontalnych kadrach, które podobnie ponad trzydzieści lat temu używała w pionierski sposób Chantal Akerman. Film jest pozbawiony jakiejkolwiek akcji, nic na ekranie się nie dzieje, właściwie przechodzimy z jednej, niemal niekończącej się sceny w drugą. Jest to zupełnie fascynujące z perspektywy obserwatora, bo uczy kompletnie innego podejścia do oglądania filmu. 

Oczywiście kino tak oryginalne, bezkompromisowe i trudne natychmiastowo jest szufladkowane dla nielicznych. Tłumaczy to fakt, dlaczego filmy Portugalczyka były do tej pory ciężkie do zdobycia nawet w języku angielskim (niezawodny Criterion rozwiązał ostatnio kwestię trylogii w pięknym stylu). Bycie wizjonerem nie zawsze musi się wiązać z poklaskiem mas - co najwyżej jego wyznawcami będzie wyrobiona publiczność art-house'owa. Zresztą, biorąc pod uwagę postawę Costy, nie jest to dla niego zbytnio istotne. Miał szansę stać się kimś na miarę Roberta Bressona przy okazji swoich pierwszych filmów, ale wybrał drogę, w której nie ma miejsca na kroczenie po czyichś śladach, bo ciekawiej jest na obrzeżach.

Ze wspomnianej wcześniej trylogii, prócz tego filmu, widziałem jeszcze pierwszą część - Bressonowski, nieziemsko ponury Ossos. Po jeszcze lepszym Juventude em Marcha nie mogę się doczekać momentu, gdy uda mi się obejrzeć jej środkową część, trzy godzinną No Quarto da Vanda. Wrażenia będą pewnie - tak jak przy dwóch poprzednich seansach - niezmiernie bogate i nowe.
★★★½

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Ulubione horrory z lat 2000-2009

Dawno nie robiłem żadnej listy, więc dla odmiany wrzucam krótką z umiłowanymi horrorami z poprzedniej dekady. Nie był to okres szczególnie udany dla tego gatunku, więc niestety wyboru sporego nie miałem (albo nie dotarłem do skrytych perełek). Wyjaśnia to np. obecność na mojej liście filmu rodzaju "The Host", w połowie dramatu, w połowie horroru. Z tą klasyfikacją gatunkową to nie była taka prosta sprawa, ale gdy zestawiłem go z "Taxidermią" czy "Głodem miłości", dziełami również kategoryzowanymi jako horrory, wydał mi się zdecydowanie bardziej trafnym wyborem.


The Host: Potwór, reż. Bong Joon-ho, rok 2006 Jak wyjaśniałem pokrótce we wstępie, jeden z paru filmów na liście, który nie jest czysty gatunkowo. Reżyser pomysłowo przemiela nurt Monster Movie przez społeczno-rodzinny dramat, wstrząsająco obrazując widzowi, że to własny rząd wydaje się bardziej przerażający niż ogromna, zmutowana ryba. Tak oryginalne, wciągające, a nawet niekiedy przejmujące …

Najlepsze filmy 2017 roku

To pierwsze podsumowanie od czasu 2013 roku, gdzie żaden z filmów nie zasłużył na miano arcydzieła. Ale wbrew pozorom to był dobry rok. Gdybym szedł śladem Cahiers du Cinema lub paru innych krytyków i postanowił uwzględnić 3. sezon "Twin Peaks" na swojej liście, to umieściłbym go na samym szczycie. Chociażby za ten nieprawdopodobny 8. odcinek. I korci mnie niezmiernie, bo pomimo ewidentnie serialowego formatu, ostatnie dzieło Lyncha i Frosta można również klasyfikować jako 18. godzinny film w duchu "Out 1" Rivette'a czy "Berlin Alexanderplatz" Fassbindera. Nawet dwa pierwsze odcinki miały pokaz kinowy w Cannes, a w przyszłym roku cały sezon zostanie puszczony w jednym z amerykańskich kin. Ale stwierdziłem, że lepiej jednak trzymać się propozycji stricte kinowych, żeby nie mącić zbytnio (choć gdybym faktycznie chciał wymieszać seriale z filmami, to zwycięzcą były 3. sezon "Pozostawionych" - najwspanialsza rzecz, jaką oglądałem w 2017 roku). …

Rodzina Soprano - popkulturowy majstersztyk

Fascynacja mafią/przestępczością zorganizowaną od niemalże pół wieku jest mocno zakorzeniona w świadomości kulturowej. Dzieje się to za sprawą głośnych filmów gangsterskich, tak często cytowanych w przeróżnych formach medialnych, żeby nie wymieniać tych najważniejszych: dwóch pierwszych części Ojca Chrzestnego Francisa Forda Coppoli, Chłopców z ferajny Martina Scorsese, Człowieka z blizną Briana De Palmy czy Dawno temu w Ameryce Sergio Leone. Gatunek filmów gangsterskich jest bez wątpienia niepodzielną własnością Amerykanów, choć pojawiają się wybitne wyjątki w postaci arcydzieł francuskiego reżysera Jean-Pierre'a Melville'a (Samuraj, W kręgu zła). O ile wpływ wczesnych filmów rodzaju Małego Cezara Mervyna Leroya, Wroga publicznego Williama Wellmana i oryginalnego Człowieka z blizną Howarda Hawksa na późniejsze arcydzieła gatunku jest niepodważalny, to jednak dopiero adaptacja powieści Mario Puzo dokonała znaczącej transformacji w sposobie portretowania mafii/gangsterów. Jak …