Czas na małą retrospektywę. Ostatnio silnie eksploruję kino lat 90-tych, nadrabiając większość zaległości, jakie splamiły mój gust (choć filmy, które tutaj zamieściłem znam już od dłuższego czasu, co nie wyklucza oczywistych wyborów). A że okazja ku temu sprzyja, to postanowiłem się podzielić swoimi faworytami na blogu. W ogóle, nie wiem czy nie nastąpi ogólny wysyp retrospektywnych list, które mam nadzieję zachęcą kogoś do obejrzenia przynajmniej jednego ciekawego tytułu. Jest to pierwsza część listy, dla odmiany w kolejności alfabetycznej. Niektórych reżyserów umieściłem więcej niż jeden tytuł, z racji bardzo wysokiego i równego poziomu na jakim pracowali w ciągu dekady. No i czasem naprawdę nie sposób wybrać ten najlepszy film.
Aktorka, reż. Stanley Kwan, 1992
Chłopiec z ulicy guling, reż. Edward Yang, 1991
230 minutowe opus magnum Edwarda Yanga było artystycznym apogeum Tajwańskiej Nowej Fali, która była najsilniejszym nurtem w kinematografii światowej lat 90-tych. Iście powieściowy charakter fabuły filmu kreśli nam rozległy obraz życia w Tajpeju początku lat 60-tych, zdominowanym przez polityczne represje, niepewność społeczeństwa wobec przyszłości oraz co istotniejsze, brak tożsamości, skłaniającym wyalienowanych nastolatków do zakładania ulicznych gangów. Z wielu nieśpiesznie rozwijanych wątków w połowie wyłania się nam centralny, w którym miłość i pragnienie zmierzają ku tragicznemu zakończeniu. Piękny, żywy, smutny, bogaty, pozostający na zawsze w pamięci portret młodości. I najwybitniejszy film dekady.
Cienka czerwona linia, reż. Terrence Malick, 1998
W przeciwieństwie do świetnie zrealizowanego, ale błahego "Szeregowca Ryana" Spielberga, wówczas przyćmione i trochę niezrozumiane arcydzieło Malicka bardziej zainteresowane było wgłębianiem się w psychikę żołnierzy i mechanizmy rządzące wojną, aniżeli zachwycaniem widza efektownymi wybuchami czy szaleńczą wymianą ognia (których i tak jest sporo zresztą). Poetycki ton narracji, złożony w większości z monologów wewnętrznych protagonistów wspaniale został pogłębiony przez trafnie dobraną, atmosferyczną ścieżką dźwiękową, bardzo też służące pięknym zdjęciom plenerowym. Szczególne uznanie dla Malicka należy się za jego wykorzystanie znakomitej obsady aktorskiej - John Cusack, Sean Penn, Woody Harrelson wśród niej - nie dając żadnej ze swoich gwiazd głównej roli, a jedynie epizodyczne (choć James Caviezel jest najbliżej). Dwadzieścia lat po niesłychanym "Dni niebios" reżyser nakręcił najlepszy film w swojej karierze, amorficzny dramat wojenny, posiadający wiele z ducha "Czasu Apokalipsy".
Dni naszego szaleństwa/Chungking Express/Upadłe anioły/Happy Together, reż. Wong Kar-wai, 1990/1994/1995/1997
Najwybitniejszy reżyser dekady - stylista, fetyszysta i przede wszystkim niepoprawny romantyk wypełniał filmy jak "Chungking Express" czy "Dni naszego szaleństwa" portretami samotnych, pięknych, dwudziestokilkoletnich bohaterów, którzy wciąż poszukują miłości. Zmysłowa melancholia przypominała Antonionego z okresu trylogii, a fragmentaryczna narracja i popkulturowe aluzje były reminiscencją stylu Jean-Luc Godarda z dzieł pokroju "Męski, żeński", ale to co głównie czyniło filmy Kar-waia tak cudownymi i popularnymi wśród art-house'owej widowni tkwiło w neonowej barwie zdjęć i rozerotyzowanej atmosferze. Na tę chwilę wybrałbym "Upadłe anioły" jako najbardziej reprezentatywne dzieło, ale nie dam sobie uciąć ręki.
Dziura, reż. Tsai Ming-Liang, 1998
Trzeci wielki reżyser z Tajwanu, Tsai Ming-Liang był z całej trójki największym minimalistą. W przeciwieństwie do Hou Hsiao-Hsiena, Tsai konsekwentnie drążył życie współczesnego Tajwanu, portretując ludzi samotnych, pragnących bliskiego kontaktu z drugą osobą. Swoją sztukę filmową opierał na wolnej, prawie niezauważalnej narracji oraz długich, hipnotyzujących ujęciach. W "Dziurze", wspaniałej miksturze filmu romantycznego, czarnej komedii i musicalu, obserwujemy Tajwan u schyłku millenium, nawiedzonego przez tajemniczy wirus i coś w rodzaju biblijnej ulewy. Na tle tego wyłania się para stałych bywalców filmów reżysera, Lee Kang-shenga i Yang Kuei-Mei, którzy grają żyjących samotnie sąsiadów. Akcja odbywa się w całości w ponurym bloku mieszkalnym, którego puste pomieszczenia są znakomicie wykorzystane w świetnie zainscenizowanych, musicalowych interludiach. Pomimo ciężkiej, apokaliptycznej symboliki, z filmu bije światło i nadzieja.
Festen, reż. Thomas Vinterberg, 1998
Hana-bi, reż. Takeshi Kitano, 1997
W bardzo zabawnym "Sonatine", Kitano rozsadzał konwencję filmów gangsterskich poprzez ukazywanie swoich bohaterów w ludzkim świetle, afirmujących życie, a nie tylko jako barbarzyńców, pragnących rozlewu krwi. W dojrzalszym i piękniejszym "Hana-bi" podobnie uczynił z dramatem sensacyjnym, którego centralną postacią jest milczący policjant grany przez niego samego. Scen przemocy nie uświadczymy tutaj tak wiele, jakby można było przypuszczać po tego rodzaju filmie, ale jak się pojawiają, to zawsze w najmniej spodziewanym momencie. Nie one są jednak najistotniejsze, bo to ciche cierpienie głównych bohaterów i ich walka z przeciwnościami losu czynią Hana-bi mądrym i bogatym doświadczeniem.
Piękna praca, reż. Claire Denise, 1999
Niezwykła enigma o zazdrości. Codzienne rytuały legionistów i pustka otaczającego ich pustynnego krajobrazu, w porażająco poetycki sposób przeniosła na obraz wybitna postać francuskiego kina kobiecego. Niespójnie prowadzona opowieść narratora-głównego bohatera odzwierciedla się w spokojnym i transowym, a czasem chaotycznym rytmie filmu, który bardzo służy niezwykłym zdjęciom. Fabularnie jest to luźne nawiązanie do noweli Hermana Melville'a "Billy Budd", ale przede wszystkim mamy tutaj do czynienia z ekstatycznym potwierdzeniem siły tkwiącej w obrazie.
Schronienie/Idol, reż. Todd Haynes, 1995/1998
Najwybitniejszy przedstawiciel głośnego New Queer Cinema zaczynał dekadę od kontrowersyjnego, zręcznie posiatkowanego na trzy segmenty "Poison", który przyniósł mu spore uznanie i główne nagrody na festiwalach w Sundance i Berlinie. Było to zaledwie preludium przed dwoma wybitnymi filmami, "Schronieniem" i "Idolem". W tym pierwszym, fantastycznie odtwarzającym Amerykę czasów Reagana, zademonstrował coś w rodzaju horroru psychologicznego, w którym Julianne Moore rewelacyjnie wcieliła się w postać pani domu, dla której własne środowisko staje się trucizną. W "Idolu", szalenie imaginacyjnym opowiedzeniu historii glam rocka, Hayes stworzył ekscentryczny kalejdoskop, opowiedziany brawurowo w stylu "Obywatela Kane'a". Spłodził przy okazji najbardziej oryginalny film muzyczny w historii, ale niestety mało kto zauważył to.
Szatańskie tango, reż. Bella Tarr, 1994
Prawdziwy maraton - siedem godzin czarno-białych zdjęć o nękanej przez deszcz, zatopionej w bagnie węgierskiej wiosce, na której aż nazbyt widać piętno komunistycznej ideologii gospodarczej. W niewyobrażalnie długich ujęciach (trwających nawet po 10 minut!) Tarr przedstawia los ludzi, którzy za wszelką cenę chcą uciec od swojej niedoli, zacząć życie od nowa. Tragikomiczne, kolosalnych rozmiarów arcydzieło, potwierdzające słowa Tomasza Manna, że prawdziwie zajmujące jest tylko to, co gruntowne.


230 minutowe opus magnum Edwarda Yanga było artystycznym apogeum Tajwańskiej Nowej Fali, która była najsilniejszym nurtem w kinematografii światowej lat 90-tych. Iście powieściowy charakter fabuły filmu kreśli nam rozległy obraz życia w Tajpeju początku lat 60-tych, zdominowanym przez polityczne represje, niepewność społeczeństwa wobec przyszłości oraz co istotniejsze, brak tożsamości, skłaniającym wyalienowanych nastolatków do zakładania ulicznych gangów. Z wielu nieśpiesznie rozwijanych wątków w połowie wyłania się nam centralny, w którym miłość i pragnienie zmierzają ku tragicznemu zakończeniu. Piękny, żywy, smutny, bogaty, pozostający na zawsze w pamięci portret młodości. I najwybitniejszy film dekady.

W przeciwieństwie do świetnie zrealizowanego, ale błahego "Szeregowca Ryana" Spielberga, wówczas przyćmione i trochę niezrozumiane arcydzieło Malicka bardziej zainteresowane było wgłębianiem się w psychikę żołnierzy i mechanizmy rządzące wojną, aniżeli zachwycaniem widza efektownymi wybuchami czy szaleńczą wymianą ognia (których i tak jest sporo zresztą). Poetycki ton narracji, złożony w większości z monologów wewnętrznych protagonistów wspaniale został pogłębiony przez trafnie dobraną, atmosferyczną ścieżką dźwiękową, bardzo też służące pięknym zdjęciom plenerowym. Szczególne uznanie dla Malicka należy się za jego wykorzystanie znakomitej obsady aktorskiej - John Cusack, Sean Penn, Woody Harrelson wśród niej - nie dając żadnej ze swoich gwiazd głównej roli, a jedynie epizodyczne (choć James Caviezel jest najbliżej). Dwadzieścia lat po niesłychanym "Dni niebios" reżyser nakręcił najlepszy film w swojej karierze, amorficzny dramat wojenny, posiadający wiele z ducha "Czasu Apokalipsy".

Najwybitniejszy reżyser dekady - stylista, fetyszysta i przede wszystkim niepoprawny romantyk wypełniał filmy jak "Chungking Express" czy "Dni naszego szaleństwa" portretami samotnych, pięknych, dwudziestokilkoletnich bohaterów, którzy wciąż poszukują miłości. Zmysłowa melancholia przypominała Antonionego z okresu trylogii, a fragmentaryczna narracja i popkulturowe aluzje były reminiscencją stylu Jean-Luc Godarda z dzieł pokroju "Męski, żeński", ale to co głównie czyniło filmy Kar-waia tak cudownymi i popularnymi wśród art-house'owej widowni tkwiło w neonowej barwie zdjęć i rozerotyzowanej atmosferze. Na tę chwilę wybrałbym "Upadłe anioły" jako najbardziej reprezentatywne dzieło, ale nie dam sobie uciąć ręki.

Trzeci wielki reżyser z Tajwanu, Tsai Ming-Liang był z całej trójki największym minimalistą. W przeciwieństwie do Hou Hsiao-Hsiena, Tsai konsekwentnie drążył życie współczesnego Tajwanu, portretując ludzi samotnych, pragnących bliskiego kontaktu z drugą osobą. Swoją sztukę filmową opierał na wolnej, prawie niezauważalnej narracji oraz długich, hipnotyzujących ujęciach. W "Dziurze", wspaniałej miksturze filmu romantycznego, czarnej komedii i musicalu, obserwujemy Tajwan u schyłku millenium, nawiedzonego przez tajemniczy wirus i coś w rodzaju biblijnej ulewy. Na tle tego wyłania się para stałych bywalców filmów reżysera, Lee Kang-shenga i Yang Kuei-Mei, którzy grają żyjących samotnie sąsiadów. Akcja odbywa się w całości w ponurym bloku mieszkalnym, którego puste pomieszczenia są znakomicie wykorzystane w świetnie zainscenizowanych, musicalowych interludiach. Pomimo ciężkiej, apokaliptycznej symboliki, z filmu bije światło i nadzieja.


W bardzo zabawnym "Sonatine", Kitano rozsadzał konwencję filmów gangsterskich poprzez ukazywanie swoich bohaterów w ludzkim świetle, afirmujących życie, a nie tylko jako barbarzyńców, pragnących rozlewu krwi. W dojrzalszym i piękniejszym "Hana-bi" podobnie uczynił z dramatem sensacyjnym, którego centralną postacią jest milczący policjant grany przez niego samego. Scen przemocy nie uświadczymy tutaj tak wiele, jakby można było przypuszczać po tego rodzaju filmie, ale jak się pojawiają, to zawsze w najmniej spodziewanym momencie. Nie one są jednak najistotniejsze, bo to ciche cierpienie głównych bohaterów i ich walka z przeciwnościami losu czynią Hana-bi mądrym i bogatym doświadczeniem.

Niezwykła enigma o zazdrości. Codzienne rytuały legionistów i pustka otaczającego ich pustynnego krajobrazu, w porażająco poetycki sposób przeniosła na obraz wybitna postać francuskiego kina kobiecego. Niespójnie prowadzona opowieść narratora-głównego bohatera odzwierciedla się w spokojnym i transowym, a czasem chaotycznym rytmie filmu, który bardzo służy niezwykłym zdjęciom. Fabularnie jest to luźne nawiązanie do noweli Hermana Melville'a "Billy Budd", ale przede wszystkim mamy tutaj do czynienia z ekstatycznym potwierdzeniem siły tkwiącej w obrazie.

Najwybitniejszy przedstawiciel głośnego New Queer Cinema zaczynał dekadę od kontrowersyjnego, zręcznie posiatkowanego na trzy segmenty "Poison", który przyniósł mu spore uznanie i główne nagrody na festiwalach w Sundance i Berlinie. Było to zaledwie preludium przed dwoma wybitnymi filmami, "Schronieniem" i "Idolem". W tym pierwszym, fantastycznie odtwarzającym Amerykę czasów Reagana, zademonstrował coś w rodzaju horroru psychologicznego, w którym Julianne Moore rewelacyjnie wcieliła się w postać pani domu, dla której własne środowisko staje się trucizną. W "Idolu", szalenie imaginacyjnym opowiedzeniu historii glam rocka, Hayes stworzył ekscentryczny kalejdoskop, opowiedziany brawurowo w stylu "Obywatela Kane'a". Spłodził przy okazji najbardziej oryginalny film muzyczny w historii, ale niestety mało kto zauważył to.

Prawdziwy maraton - siedem godzin czarno-białych zdjęć o nękanej przez deszcz, zatopionej w bagnie węgierskiej wiosce, na której aż nazbyt widać piętno komunistycznej ideologii gospodarczej. W niewyobrażalnie długich ujęciach (trwających nawet po 10 minut!) Tarr przedstawia los ludzi, którzy za wszelką cenę chcą uciec od swojej niedoli, zacząć życie od nowa. Tragikomiczne, kolosalnych rozmiarów arcydzieło, potwierdzające słowa Tomasza Manna, że prawdziwie zajmujące jest tylko to, co gruntowne.
Komentarze
Prześlij komentarz