Przejdź do głównej zawartości

Muzyka dla samobójców


Z braku większego ostatnio zainteresowania nowościami, odświeżam sobie twórczość niektórych wykonawców i jak to często u mnie bywa, przypadkiem trafiłem na dawno nie słuchane Red House Painters i wystarczyło to, by zainspirować mnie do napisania o moich odczuciach względem ich muzyki. Tytuł posta jest rzecz jasna pewną hiperbolą, ale w przypadku określenia nastroju, jaki panuje na dwóch pierwszych płytach zespołu, ma swoje uzasadnienie. Zwykło się go opisywać jako depresyjny. Wymowa tekstów, śpiew i melodie od pierwszych dźwięków stwarzały wrażenie, jakby ich twórca nie potrafił funkcjonować bez antydepresantów. Tego typu mizeria, cierpienie i zagubienie w muzyce od dawna miały swoją osobliwą moc, jeżeli traktowano je z odpowiednim umiarem.

Red House Painters należy do najwcześniejszych grup uprawiających slowcore, nurt, który jak sama nazwa wskazuje, charakteryzował się przede wszystkim powolną grą muzyków. W pierwszej połowie lat 90-tych, kiedy slowcore mocno się wyróżniał artystycznie na tle panującego wówczas grunge'u, można było wyodrębnić cztery grupy - American Music Club, Codeine, Low oraz bohatera mojego wpisu. Wszystkich łączyły minimalistyczne aranżacje; wolne, wręcz majestatyczne tempo; ponure, melancholijne melodie i teksty, w których egzystencja ludzka okazywała się nieraz ciężarem nie do udźwignięcia. W przypadku American Music Club i Red House Painters, do wpływów dochodził jeszcze folk-rock, a sporadycznie nawet country.


W przeciwieństwie do innych grup slowcore'owych, Red House Painters to tak naprawdę twórczość jednego człowieka, Marka Kozeleka - wokalisty, gitarzysty i tekściarza - osoby niezwykle wyróżniającej się na tle innych ówczesnych bohaterów sceny niezależnej. Kozelek, wskrzeszając styl Nicka Drake'a i wczesnego Leonarda Cohena, stworzył obraz introspektywnego poety, dla którego jedynym panaceum jest muzyka. W utworach jak "24" przedstawiał wizję człowieka, który boi się starości, a w "Lord kill the pain" z lekką nutą ironii prosił Boga o zabicie jego rodziny, dziewczyny i przyjaciela. Obydwa utwory pochodzą z mrocznego debiutu "Down Colorful Hill", wydanego w 1992 roku przez wytwórnię 4AD. Album złożony był z kilkuletnich utworów demo, które zostały później lekko zremiksowane. Doskonale zawartość dzieła zdradzała już sama okładka - zdjęcie łóżka w surowym pomieszczeniu w kolorze sepii. Pierwsze trzy kompozycje były nadzwyczajnie długie, trwające od siedmiu po dziesięć minut, w których marszowe tempo było idealnym tłem dla pełnego rezygnacji i zwątpienia głosu Kozeleka, wyśpiewującego teksty w rodzaju "prayers prayers prayers/always die in time". Po niesamowitym, najdłuższym na płycie utworze tytułowym przychodził przyjemny, melodyjny, zaledwie pięciominutowy odpoczynek "Japanese to English", który zdradzał kierunek jaki zespół miał obrać na drugim albumie, a "Lord kill the pain", najszybszy utwór w towarzystwie, trącił subtelnymi wpływami country w wydaniu lo-fi. Czuć w tym wszystkim balansowanie po cienkiej granicy, między dopuszczalną egzaltacją, a popadaniem w przesadną ekspresję, ale na szczęście prócz ostatniego utworu "Michael", Kozelekowi udało się uniknąć tego drugiego.

♫♫♫♫


Wydany rok później "Red House Painters (Rollercoaster)", z kolejną wspaniałą okładką w kolorze sepii, to dzieło o wiele dłuższe niż debiut, trwające aż 76 minut, ale niemalże doskonałe. Depresyjny styl "Down Colorful Hill" grupa kontynuowała w czterech długich kompozycjach - "Katy Song", "Funhouse", "Mother", "Strawberry Hill" - brzmiących nawet jeszcze bardziej rozpaczliwie niż na debiucie. Dodatkowo, pierwsze trzy utwory z powyżej wymienionych miały podobną, doskonale zbudowaną dramaturgię, która wzrastała powoli aż do ekstatycznego finału. Jednak dominującą stroną na albumie były krótsze klejnoty w rodzaju przejmującej ballady "New Jersey" czy rozmarzonego "Grace Cathedral Park", iskrzące się natchnionymi melodiami, będącymi efektem szybkiego dojrzewania Kozeleka jako autora. Album, pomimo iż nie najweselszy w warstwie lirycznej jest dosyć przystępny muzycznie i bez wątpienia stanowi dziś najlepszy punkt startowy dla niezaznajomionego z twórczością grupy słuchacza. Szkoda tylko, że w dalszym etapie kariery, Kozelek odszedł od stylu dwóch pierwszych płyt w stronę pogodniejszego, momentami miałkiego folku i alternatywnego rocka.

♫♫♫♫½

Komentarze

  1. "Down Colorful Hill" to świetna płyta. Szczególnie dziesięciominutowy utwór tytułowy. Drugiej nie znam, ale lubię za to bardzo przyjemne "Ocean Beach", gdzie mamy takie perełki jak "Summer Dress".

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja właśnie nie przepadam za "Ocean Beach" z powodu jej lekkości w porównaniu z wcześniejszymi, choć jest tam parę przyjemnych momentów. Co do highlighta pierwszej płyty zgadzam się.

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Ulubione horrory z lat 2000-2009

Dawno nie robiłem żadnej listy, więc dla odmiany wrzucam krótką z umiłowanymi horrorami z poprzedniej dekady. Nie był to okres szczególnie udany dla tego gatunku, więc niestety wyboru sporego nie miałem (albo nie dotarłem do skrytych perełek). Wyjaśnia to np. obecność na mojej liście filmu rodzaju "The Host", w połowie dramatu, w połowie horroru. Z tą klasyfikacją gatunkową to nie była taka prosta sprawa, ale gdy zestawiłem go z "Taxidermią" czy "Głodem miłości", dziełami również kategoryzowanymi jako horrory, wydał mi się zdecydowanie bardziej trafnym wyborem.


The Host: Potwór, reż. Bong Joon-ho, rok 2006 Jak wyjaśniałem pokrótce we wstępie, jeden z paru filmów na liście, który nie jest czysty gatunkowo. Reżyser pomysłowo przemiela nurt Monster Movie przez społeczno-rodzinny dramat, wstrząsająco obrazując widzowi, że to własny rząd wydaje się bardziej przerażający niż ogromna, zmutowana ryba. Tak oryginalne, wciągające, a nawet niekiedy przejmujące …

Najlepsze filmy 2017 roku

To pierwsze podsumowanie od czasu 2013 roku, gdzie żaden z filmów nie zasłużył na miano arcydzieła. Ale wbrew pozorom to był dobry rok. Gdybym szedł śladem Cahiers du Cinema lub paru innych krytyków i postanowił uwzględnić 3. sezon "Twin Peaks" na swojej liście, to umieściłbym go na samym szczycie. Chociażby za ten nieprawdopodobny 8. odcinek. I korci mnie niezmiernie, bo pomimo ewidentnie serialowego formatu, ostatnie dzieło Lyncha i Frosta można również klasyfikować jako 18. godzinny film w duchu "Out 1" Rivette'a czy "Berlin Alexanderplatz" Fassbindera. Nawet dwa pierwsze odcinki miały pokaz kinowy w Cannes, a w przyszłym roku cały sezon zostanie puszczony w jednym z amerykańskich kin. Ale stwierdziłem, że lepiej jednak trzymać się propozycji stricte kinowych, żeby nie mącić zbytnio (choć gdybym faktycznie chciał wymieszać seriale z filmami, to zwycięzcą były 3. sezon "Pozostawionych" - najwspanialsza rzecz, jaką oglądałem w 2017 roku). …

Rodzina Soprano - popkulturowy majstersztyk

Fascynacja mafią/przestępczością zorganizowaną od niemalże pół wieku jest mocno zakorzeniona w świadomości kulturowej. Dzieje się to za sprawą głośnych filmów gangsterskich, tak często cytowanych w przeróżnych formach medialnych, żeby nie wymieniać tych najważniejszych: dwóch pierwszych części Ojca Chrzestnego Francisa Forda Coppoli, Chłopców z ferajny Martina Scorsese, Człowieka z blizną Briana De Palmy czy Dawno temu w Ameryce Sergio Leone. Gatunek filmów gangsterskich jest bez wątpienia niepodzielną własnością Amerykanów, choć pojawiają się wybitne wyjątki w postaci arcydzieł francuskiego reżysera Jean-Pierre'a Melville'a (Samuraj, W kręgu zła). O ile wpływ wczesnych filmów rodzaju Małego Cezara Mervyna Leroya, Wroga publicznego Williama Wellmana i oryginalnego Człowieka z blizną Howarda Hawksa na późniejsze arcydzieła gatunku jest niepodważalny, to jednak dopiero adaptacja powieści Mario Puzo dokonała znaczącej transformacji w sposobie portretowania mafii/gangsterów. Jak …