Przejdź do głównej zawartości

Top 10 albumów 2012 roku

Świetny rok. Myślałem, że nie będzie tak dobry jak poprzedni, ale się myliłem. Ułożenie top 10 chyba jeszcze nigdy nie było dla mnie tak trudne jak w tym roku. Pomijając pierwszą pozycję, każda z następnych dziewięciu mogła właściwie wylądować wszędzie. 2013 ma przed sobą ogromnie dużo pracy, by dorównać poziomowi swojego poprzednika. Jeśli dalej będzie trwała tak udana nawałnica R&B, i ktoś nowy wyskoczy przy okazji w innych gatunkach, to powinno być dobrze. 



10. Jessie Ware - Devotion
Poza katowanym w radiostacjach Wildest Moments, trochę za bardzo przypominającym Adele, w każdym innym utworze Jessie redefiniuje pojęcie divy w XXI wieku. Subtelne, prawie nienarzucające się elektroniczne tło pysznie podbarwia elegancki i pełny seksapilu sound z najlepszych płyt Sade, a liźnięcia gitary z powodzeniem wtórują zmysłowym wokalom gwiazdy. Nieodparty popowy album i najlepszy kobiecy debiut od czasu Janelle Monae.
Ulubiony kawałek


09. Andy Stott - Luxury Problems
W posępnej, odhumanizowanej krainie Stotta jednak istnieje ludzki pierwiastek, który wprowadza jasność i ciepło. Wspaniała kontrybucja głosowa klasycznej śpiewaczki Alison Skidmore idealnie współgra z bardziej ambientowym brzmieniem niż w przypadku wcześniejszych epek Stotta. Przyszły klasyk. 
Ulubiony kawałek.



08. Twin Shadow - Confess
Kolejny artysta spoglądający po inspirację do lat 80.: trochę nowofalowego popu, trochę Springsteena, trochę r&b. Skąpany w technicolorowych barwach, George Lewis Jr. to bad boy jakiego nam trzeba - uwodziciel, kłamca, hulaka. I cholernie utalentowany piosenkarz. Duże refreny, nastrojowe synthy i tnące gitary, proste i konkretne teksty - oto przepis na świetne kompozycje. 
Ulubiony kawałek.


07. Flying Lotus - Until the Quiet Comes
Zawsze ceniłem Stevena Ellisona, ale jakoś nie mogłem usłyszeć tej zjawiskowości, na którą tyle osób wskazywało. Jednak zeszłoroczny album w końcu ją dla mnie odsłonił, dzięki czemu nawet te wcześniejsze uważam teraz za świetne rzeczy. Until... to jego bezsprzeczne arcydzieło - spójniejsze i bardziej zapadające w pamięć niż Cosmogramma, intensywniejsze w aurze niż Los Angeles. To właśnie ta magiczna aura - to senna, to sensualna - podbijana przez niesamowite featy kilku gości (Yorke znowu winner, panowie zapraszam na wspólną płytę) czyni ogromną różnicę. Muzyka płynie i relaksuje jak z najlepszych płyt jazzowych. FlyLo rzeczywiście tworzy muzykę przyszłości.
Ulubiony kawałek



06. Rufus Wainwright - Out of the Game
Powrót roku. Tak jak Pj Harvey w 2011 roku, kolejny mistrz po latach błądzenia, robi swoje i znowu rozdaje karty.
Ulubiony kawałek.



05. Kendrick Lamar - good kid, m.A.A.d city
Mój rówieśnik to zbawca hip hopu, koleś przerastający dziś każdego rapera co najmniej o dwie głowy. I bynajmniej nie chodzi mi tutaj o wzrost, bo ten nie jest zbyt imponujący. Za to talent muzyczny i liryczny przyprawia o zawrót głowy. Już roku temu jego mixtape był najlepszym rapowym albumem roku. Fonograficzny debiut, od jakiegoś czasu złota płyta w stanach, to najbardziej filmowy album w gatunku od czasu Fishscale Ghostface Killaha. Good kid jest raczej melancholijnym opusem, z rozmachem łączącym orkiestrowe sample z stonowanymi bitami. Nawet rzadko pojawiające się bangery są raczej skromne w środkach, to nie Rick Ross. Wszystko podporządkowane jest wizji, w której Lamar snuje bezcenne obserwacje osoby patrzącej z boku na życie w Compton. I zawsze w innym rytmie, innym głosie. Geniusz. Ya bish.
Ulubiony kawałek.



04. Steven A. Clark - Fornication Under Consent of the King
Tego jegomościa odkryłem dzięki artykułowi ze Spina, więc jestem dozgonnie wdzięczny jego autorowi za wskazanie mi kolejnego objawienia r&b. Clark to jeszcze lepszy melodysta i wokalista niż Twin Shadow, którego trochę przypomina. Każdy z dziesięciu utworów na jego płycie to perełka, oparta na prostej i zabójczo efektywnej kombinacji głębokiego i tęsknego wokalu, dosyć otwartych wyznań i elokwentnie wykorzystanego arsenału dźwiękowego swojego gatunku. Co więcej, płyta ma rozsądną sekwencję, bo w trakcie trwania staje się wolniejsza i bardziej refleksyjna. Artysta równie blisko ma do quiet stormu, co do futurystycznych brzmień jego rówieśników. Mam nadzieję, że muzyk z Miami szybko się przebije wyżej, bo wykosił rewelacyjne dzieło.
Ulubiony kawałek.


03. BJ the Chicago Kid - Pineapple Now-Laters
Wcześniejsze objawienie niż to powyższe. Chłopak przemówi do tych, co kochają zarówno Maxwella i D'Angelo, jak i starszych mistrzów (Gaye, Mayfield), z odpowiednią domieszką hip hopu okolic nieodżałowanego J Dilli. Slow jamy Bryana Sledge są nieprawdopodobnie zmysłowe, a żywsze kawałki wzorcowo zrytmizowane. Rzadko w ostatnich latach tak dobrze i mądrze godzono świat soulu z hip hopem. A zdolność do pisania wspaniałych i cudnie miękkich hooków musiał Sledge dostać od istoty wyższej, bo trudno mi uwierzyć, że taki utwór jak Sex Is The Best Breakfast powstał z przypadku. Bo każdy niuans z jego paszczy to wydarzenie samo w sobie. Nostalgia, Ultra i House of Baloons tego roku - wybitny mixtape obiecujący wielką karierę.
Najlepszy kawałek


02. Miguel - Kaleidoscope Dream
Już znakomity debiut All I Want Is You, przez wielu krytykowany za wtórność, a była to po prostu zrzynka z Prince'a najwyższych lotów, udowadniał, że Miguel Jontel Pimentel to obok Oceana, najwybitniejszy twór r&b ostatnich lat. Debiut miał nieszczęśliwy timing (rok przed szaleństwem z alt-r&b), ale drugi album,  wsparty kapitalną kampanią promocyjną z wypuszczanymi co miesiąc epkami, uczynił go gwiazdą. Miguel, w swojej ciepłej i elastycznej barwie, ultraseksownych utworach i charakterystycznej prezencji buduje wizerunek geniusza muzyki popowej. Kiedy trzeba jest wyzywający, czuły lub introwertyczny, praktycznie zawsze ma świetną melodię pod ręką, doskonale czyta nowe trendy, zarazem sprytnie sięga do korzeni dalekich od soulowego rodowodu. W Adorn, jednym z dwóch singli roku, tworzy Sexual Healing naszych czasów, a w buzującym od napięcia Arch & Point zapuszcza się w alternatywny pop. Lubieżne arcydzieło. 
Najlepszy kawałek.


01. Frank Ocean - Channel Orange
Frank Ocean oficjalnie stał się Marvinem Gayem naszych czasów. Nagrał drugi album w tej dekadzie, któremu przyznałem maksymalną notę (tutaj pierwszy). Pyramids, drugi singiel roku, to coś na kształt Like A Rolling Stone w czarnej muzyce - praktycznie mała rewolucja. Już w tej chwili Channel Orange jest albumem kanonicznym - What's going on naszej generacji. Dla odmiany, by nie zanudzać nikogo kolejnymi zachwytami, odsyłam do chyba mojego ulubionego tekstu poświęconego płycie i samemu artyście (ten akurat został napisany tuż przed słynnym już (i ważnym) wyznaniem artysty o dawnej miłości do mężczyzny). Już początkowa teza autora jest genialna i doskonale umiejscawia Oceana - wśród największych.
Najlepszy kawałek.

Reszta listy tutaj

Komentarze

  1. Lektura tego artykułu o Franku uprzyjemniła mi przed chwilą podróż pociągiem. Znakomity.

    OdpowiedzUsuń
  2. Super :) Właśnie takie teksty inspirują, by pisać co raz lepiej i lepiej.

    OdpowiedzUsuń
  3. A co do Clarka, to podobało mi się, jak nawiązał okładką do "Blacksummer's Night". Pewnie oddawanie długu wdzięczności :-)

    OdpowiedzUsuń
  4. Pewnie tak. W końcu niedaleko to stylistycznie od jego muzyki :) Już wie Maxwell kogo może brać na support. A płytę w całości słuchałeś?

    OdpowiedzUsuń
  5. Skoro wystawili za darmo do ściągnięcia, to się nawet nie zastanawiałem :-) Na pewno mojego podsumowania też nie ominie. Choć i tak myślę, że najlepsze jeszcze przed nim.

    Zajrzałem na RateYourMusic i jestem w szoku: 3 oceny! W tym jedna zdaje się Twoja.

    OdpowiedzUsuń
  6. Jasne. Jest obietnicą na przyszłość. No, ja ją dodałem do bazy, bo okazało się, że nikt wcześniej o niej nie słyszał. Wielka szkoda, ale na RYMie taka muzyka nie jest zbytnio popularna i ceniona, stąd często jest bardzo mało ocen i sporo braków.

    OdpowiedzUsuń
  7. Ciekawe zestawienie. Poniżej trochę moich opinii o ubiegłym roku w muzyce... Pozdrawiam :)

    http://winylowyumysl.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Ulubione horrory z lat 2000-2009

Dawno nie robiłem żadnej listy, więc dla odmiany wrzucam krótką z umiłowanymi horrorami z poprzedniej dekady. Nie był to okres szczególnie udany dla tego gatunku, więc niestety wyboru sporego nie miałem (albo nie dotarłem do skrytych perełek). Wyjaśnia to np. obecność na mojej liście filmu rodzaju "The Host", w połowie dramatu, w połowie horroru. Z tą klasyfikacją gatunkową to nie była taka prosta sprawa, ale gdy zestawiłem go z "Taxidermią" czy "Głodem miłości", dziełami również kategoryzowanymi jako horrory, wydał mi się zdecydowanie bardziej trafnym wyborem.


The Host: Potwór, reż. Bong Joon-ho, rok 2006 Jak wyjaśniałem pokrótce we wstępie, jeden z paru filmów na liście, który nie jest czysty gatunkowo. Reżyser pomysłowo przemiela nurt Monster Movie przez społeczno-rodzinny dramat, wstrząsająco obrazując widzowi, że to własny rząd wydaje się bardziej przerażający niż ogromna, zmutowana ryba. Tak oryginalne, wciągające, a nawet niekiedy przejmujące …

Rodzina Soprano - popkulturowy majstersztyk

Fascynacja mafią/przestępczością zorganizowaną od niemalże pół wieku jest mocno zakorzeniona w świadomości kulturowej. Dzieje się to za sprawą głośnych filmów gangsterskich, tak często cytowanych w przeróżnych formach medialnych, żeby nie wymieniać tych najważniejszych: dwóch pierwszych części Ojca Chrzestnego Francisa Forda Coppoli, Chłopców z ferajny Martina Scorsese, Człowieka z blizną Briana De Palmy czy Dawno temu w Ameryce Sergio Leone. Gatunek filmów gangsterskich jest bez wątpienia niepodzielną własnością Amerykanów, choć pojawiają się wybitne wyjątki w postaci arcydzieł francuskiego reżysera Jean-Pierre'a Melville'a (Samuraj, W kręgu zła). O ile wpływ wczesnych filmów rodzaju Małego Cezara Mervyna Leroya, Wroga publicznego Williama Wellmana i oryginalnego Człowieka z blizną Howarda Hawksa na późniejsze arcydzieła gatunku jest niepodważalny, to jednak dopiero adaptacja powieści Mario Puzo dokonała znaczącej transformacji w sposobie portretowania mafii/gangsterów. Jak …

Filmy roku 2016

10.  Rycerz Pucharów (Knight of Cups), reż. Terrence Malick

Malick kręci już tylko hermetyczne poematy o zadęciu symfonicznym, ale tutaj nawet Hollywoodzka apatia potrafi zahipnotyzować. Wszystko dzięki niewidzialnemu montażowi. 

09.  Zaproszenie (The Invitation), reż. Karyn Kusama

Niezła zabawa z oczekiwaniami widza: to tylko kolejna niezręczna kolacja czy coś zupełnie innego? Choć bez zaskoczeń, to jednak umiejętne wykorzystanie lokacji jako ziemi obiecanej dla... Bez spoilerów. 

08. Hush, reż. Mike Flanagan

Home Invasion w soczystej postaci. Mniej ironiczne i zabawne od "Następny jesteś ty", ale bardziej kinetyczne i surowe. Przez co odrobinkę lepsze. 

07. Ostatnia rodzina, reż. Jan P. Matuszyński

Aktorstwo jest znakomite (poza szarżującym Ogrodnikiem), ale zadziwia dojrzałość reżysera debiutanta. Wszystko jest tu duszne, przepełnione mrokiem i depresją. Świata zewnętrznego niemal nie widzimy - tylko cztery ściany i ludzkie dramaty. 

06. Syn Szawła (Saul fia), reż. Laszlo Nem…