Przejdź do głównej zawartości

Albumy 2011 roku -- Top 10

Tak jak w tamtym roku, 2011 nie przyniósł mi mocnego kandydata na album roku. Znowu lawirowałem pomiędzy 5-6 pozycjami. Fakt, że w ogólnym rozrachunku rok 2011 muzycznie jest zdecydowanie silniejszy niż 2010, to jego top 5 wydaje mi się trochę słabsze niż tamte (swoją drogą w tej chwili wyglądające znacznie inaczej niż lista, którą wówczas zamieściłem). Na pewno nie przyniósł płyty na miarę „The ArchAndroid” Janelle Monae, którą póki co uważam za album dekady. Oczywiście kształt tego top 10 jest podyktowany taką a nie inną dyspozycją dnia, bo zapewne jutro lista wyglądałaby inaczej. Największy problem miałem dziś z ustawieniem pierwszej trójki - zmieniała mi się co chwilę. Zostało jak zostało – każdy album darzę prawie taką samą miłością, więc kolejność można uznać za umowną.

10. Wildcookie - Cookie Dough
Teksty roku. Narkotykowych referencji pada tutaj tyle, że się aż zastanawiam czy panowie sami czegoś nie biorą. Geniusz tkwi w ich popkulturowej wiedzy – „Serious Drug” z zabójczo chwytliwym zaśpiewem „Cocainnnne” wini właśnie ten narkotyk za to, że Smokey Robinson nie napisał więcej piosenek, a Richard Pryor się podpalił, zaś w „Heroine” Anthony Mills leniwie śpiewa, że heroina jest jego ulubionym jazzem, wymieniając Milesa Davisa i Raya Charlesa jako jednych z najsłynniejszych heroinistów. Sama muzyka to genialnie nieskomplikowana, oszczędna wariacja neo-soulu, z okazjonalnymi mrugnięciami w stronę jazzu, hip hopu i muzyki tanecznej. Wokalista Mills brzmi jak Cee-Lo na kwasie, zaś mastermind duetu, DJ Freddie Cruger z dużą zmyślnością tworzy dla niego odpowiednie tła, poruszając się zręcznie po różnych gatunkach. Słychać, że muzycy dobrze się bawili podczas nagrywania – atmosfera jest bardzo luźna, co w sumie nie powinno dziwić, gdy ktoś na leitmotiv wybiera narkotyki.

09. Terius Nash – 1977
Król czarnego popu niestety zawiódł, i nie wydał pod szyldem The-Dream swojego czwartego albumu. Na szczęście pozostawił po sobie w 2011 roku jakiś ślad, mianowicie ten znakomity mixtape, coś w rodzaju breakup albumu. Aż trochę dziwnie tak pisać, ale człowiek, który ukonstytuował w ostatnich latach jak R&B ma brzmieć, tutaj wypuścił się w rejony, które przypominają wyczyny Kanye Westa z dziś niezwykle wpływowej „808s & Heartbreak”, i co ciekawsze Abela Tesfaye z The Weeknd. Nie oznacza to, że ta zmiana mu nie służy – wręcz przeciwnie, genialny zmysł melodyczny Nasha sprawdzić mógłby się chyba w każdej konwencji. Piosenki są mroczne, formalnie dosyć ascetyczne, czasem bardzo osobiste w wyznaniach i nie pozbawione oskarżycielskich tonów typu „Stop fucking with me woman”. Nash nie tkwi w swojej mizerii przez cały czas, bo od czasu do czasu udaje mu się wyjść poza monochromatyczne barwy ciepłymi, stylistycznie bliskimi z trzema arcydziełami The-Dream balladami jak cudne „Wedding Crasher”. Choć Terius wymijał się od jednoznacznej odpowiedzi, to zorientowani szybko dostrzegli, że artysta sporo tekstów adresuje do Christiny Millian, z którą wówczas się rozstał. Warto dodać, że kto wie czy przy okazji Terius nie wylansował kolejnej w przyszłości wielkiej gwiazdy R&B – ślicznie śpiewająca Casha błyszczy jak najjaśniejsza gwiazda w „Silly”, występie solowym godnym burzy oklasków. Nie do końca jego „Here, My Dear”, ale jako muzyczna autoterapia „1977” jest bez wątpienia pełnym sukcesem.

08. Bon Iver – Bon Iver, Bon Iver
Najsamotniejszy i najsmutniejszy człowiek świata na swoim drugim albumie wciąż nim pozostaje, ale poczynione zmiany - wyjście z kabiny leśnej, zebranie kilku muzyków, otworzenie się na bardziej ekspansywne brzmienie – dało efekt totalnie piorunujący w swoim cichym pięknie. Kruchy, płaczliwy głos Justina Vernona i generalnie smutny jak diabli nastrój płyty może dla wielu być smętny do nieskończonej potęgi, ale żeby tak przynudzać, w stylistyce country-rockowo-soft-rockowej to też sztuka. Chciałbym z 5 innych wykonawców tak biegłych w tej sztuce (dla przykładu Wilco się stara od kilku płyt, ale wychodzi z tego straszne przeciętniactwo, tatusiowaty rock). Myślałem, że Bon Iver nie da rady przeskoczyć kapitalnego debiutu, ale tutaj jest jeszcze bardziej wzruszająco, szczególnie w melodiach, które niby na początku nie odkrywają w pełni swojego uroku, ale po czasie narastają i zadamawiają się w słuchaczu na dobre. Często są to krótkie wycinki, jakieś subtelne frazy, ale potrafią w mgnieniu oka odmienić cały utwór. Bogate, znakomite aranżacje mienią się szeroką kolorystyką, co jest sporą zmianą wobec, co by nie mówić, raczej hermetycznej muzyki z debiutu. Jak słusznie zauważono w Village Voice – Vernon od początku zdradzał aspiracje do pójścia w panoramiczne klimaty, i chwała mu za to. Przyszły bywalec kanonów.

07. Mayer Hawthorne – How Do You Do
Tradycyjny, uwodzicielski soul-pop w ostatnich latach przypomnieli nam wybornie panowie Raphael Saadiq i Cee-lo. Oczywiście są czarni. Gdyby osobie nie wiedzącej jak wygląda Mayer puścić jego drugi album, to dosyć prawdopodobną sytuacją byłoby uznanie przez nią, że artysta jest czarny. Następnie jedno spojrzenie na okładkę albumu i zdziwienie mogłoby być spore – Mayer jest jednak biały! Nie dość, że facet jest pieśniarzem wysokiej klasy, to jeszcze z taktem i klasą porusza się po diabelnie śliskiej powierzchni dobrego, czarnego popu. Umiejętność pisania utworów w duchu rhythm & bluesowym z czasów hegemonii Motown musiał wyssać z mlekiem matki, bo napisanie utworu w rodzaju „Get to Know You” nie może być przypadkowym darem od niebios. Mayer słodzi, łka, uwodzi, śpiewa falsetem a międzyczasie muzyka jest radosna, lekka, optymistyczna, pełna życia . „How Do You Do” nie byłoby też tak dobre, gdyby nie akompaniujący Mayerowi muzycy – ich wyczucie, precyzja i profesjonalizm są niepodważalne. Super aranże, super melodie, super groove’y - piękny hołd dla klasycznego R&B, i zarazem muzyka na każdą porę dnia.

06. The Diogenes Club - The Diogenes Club
Retromania ciągle żywa – popularny w Internecie duet nagrywa znakomity debiutancki długograj i wydaje się, że zgłasza pretensje do zastąpienia Junior Boys na szczycie syntetycznego popu. Kolejny taki album i Boysy będą musieli zgłosić kapitulację.







05. Escort – Escort
Kolejni rewizjoniści – tym razem kilkunasto osobowy zespół disco z Brooklynu, wręcz wyjęty żywcem z końcówki lat 70-tych i początku lat 80-tych. Dowodzony przez klawiszowca Eugene’a Cho i gitarzystę Dana Balisa, ze śliczną divą Adeline Michele na czele, Escort ma wielką szansę stać się głównym towarem eksportowym Nowojorskiej sceny tanecznej, zastępując niedawno rozwiązane LCD Soundsystem na tronie. Brzmienie zakorzenione w klasycznym disco, z echami Jacksona z „Off The Wall” i „Thriller”, Chic, Prince’a i Donny Summer, skąpane w produkcyjnym blasku, syntezatorze, trąbkach, smyczkach, polirytmiach, żeńskich chórkach, funkowo basowo-gitarowej orgii, jest uroczo retro-kiczowate i ponad wszelką miarę epickie – nawet jeśli utwory mają długość singlową. Około pięć lat zajęło zespołowi nagranie debiutanckiego albumu - w tym wypadku czas zrobił swoje. Jedynie mam nadzieję, że drugi album nie zajmie im następne pięć lat. Wraz z F. Oceanem i The Weekndem, największe dla mnie tegoroczne objawienie.

04. Frank Ocean – Nostalgia, Ultra
Rozpięty pomiędzy nowoczesnością a tradycyjnością – Ocean naturalnie wyrasta dla mnie na nowego Marvina Gaye’a, stylowego amanta-pieśniarza, kogoś z o wiele ciekawszą osobowością i wizją artystyczną niż chociażby Trey Songz. Debiutancki longplay ma się ukazać w 2012, i już teraz czekam na niego z wielką niecierpliwością. Wcześniejsza recenzja tutaj.

03. Drake – Take Care
W Rolling Stonie Jon Dolan zabawnie opisał okładkę „Take Care” – „Drake siedzi samotnie w głębiach posiadłości, którą mógł kupić od Jimmy Page’a z lat 70-tych […] pewnie uprawiał seks dwie minuty temu, ale wygląda jakby jego pies przed chwilą został rozjechany przez śmieciarkę.” Trafnie oddaje to zawartość płyty, która na wierzchu jest epicka w rozmachu, ale w środku smutna w duchu. To też ten oczekiwany przeze mnie wielki popowy moment roku - nie tylko dla samego Drake’a, ale dla całego mainstreamu. To już nie jest nawet hip hop czy r&b, nie da się tej muzyki zaszufladkować w jedną konkretną kategorię. Wyznania przemienia w hymny milioner playboy z ukrytym sercem – tym jest Drake i mnie osobiście taka persona fascynuje. I proszę mi znaleźć dziś w muzyce popowej kogoś kto w pierwszym tygodniu sprzedaje prawie 700 tys. egzemplarzy albumu z tak radykalną rekonstrukcją elementarnych gatunków czarnej muzyki. W prawie każdym utworze fortepian jest głównym instrumentem, nastrojowość całości sięga wyżyn najlepszych płyt R&B, Drake śpiewa i rapuje - wszystko oczywiście pod patronem studyjnej korekty - robiąc imponujące wrażenie dzięki swojej niezwykłej muzykalności i otwartości. Tutaj nie tylko refreny są chwytliwe, ale i same wersy zawierają sporo świetnych momentów, fraz do zapamiętania.

„Take Care” od czasu swojej premiery niewiarygodnie urosło w moich oczach. Zaczynało od skromnej oceny 6/10, i recenzja, którą miałem w zarysach miała dosyć krytyczny wydźwięk, ale podczas jej pisania i międzyczasie słuchania albumu szybko zrozumiałem, że moje pierwsze odczucia były błędne. Przy każdym kolejnym przesłuchaniu moja miłość tylko wzrastała. Recenzja jaka ostatecznie wylądowała na blogu teraz wydaje mi się powściągliwa, pohamowana w entuzjazmie. Czemu Drake przegrywa w takim razie z The Weekndem i PJ Harvey? Niestety trafił mu się bubel w postaci utworu „HYFR”, a cała płyta ma sporadyczne mikro wahania w poziomie, bo takie „Look What You've Done” jest tylko dobre. W przypadku „House Of Balloons” i „Let England Shake” o słabościach nie ma mowy. Tak czy siak pierwsza trójka jest tak blisko siebie, że równie dobrze mógłbym ją dać ex aequo.

02. PJ Harvey – Let England Shake
Jakoś tak się stało, że akcje najwybitniejszej singer-songwriterki lat 90-tych po wspaniałym „Stories from the City, Stories from the Sea” zaczęły dramatycznie spadać. „Uh huh Her” było tak przeciętne i mdłe, że do tej pory nic z niej nie pamiętam, i nawet nie chce mi się do niej wracać. „White Chalk” z kolei ze swoim wiktoriańskim pięknem i nowym stylem śpiewania Polly wydawał się krokiem w ciekawą stronę. Niestety efekt tamtego albumu osłabiła kolaboracja z Johnem Parishem na „A Woman a Man Walked By”, która okazała się niezbyt udaną próbą ukazania dwóch natur Harvey – tej gwałtownej, i tej wrażliwej. Nic dziwnego, że po tamtej płycie jakoś nie czekałem zaciekle na jej nowe nagrania, uważając, że wpadła w muzyczną depresje, z której nieprędko wyjdzie. Z tego powodu szok jaki przeżyłem po wysłuchaniu „Let England Shake” był ogromny – tak pasjonującej, pięknej, poruszającej, równej płyty Polly nie nagrała od czasu swojego metafizycznego arcydzieła „To Bring You My Love”. Umyślnie archaiczna lirycznie, gdzie dominują mocne, krwawe opisy starć wojennych, w szczególności bitwy o Gallipoli, płyta została wymodelowana na kontestacyjny folk-rock z końcówki z lat 60-tych, bogato zaaranżowany na szerokie instrumentarium, z ciepłym, przestrzennym brzmieniem (rzecz nagrana została w starym kościele), zaśpiewana przez Harvey na wyższych niż zazwyczaj rejestracjach, co już zaczęła zresztą stosować na wysokości „White Chalk”. Dosyć prominentnym na płycie instrumentem jest autoharfa, co szybko rzuciło porównania do Joni Mitchell i Joanną Newsom. Ale dla mnie show i tak kradną dęciaki (piękna ballada "All and Everyone" ), dodające wcześniej nie słyszanej u tej pani, nowej jakości. To też niezwykle rytmiczna płyta, ze znakomitymi w swojej prostocie i chwytliwości riffami w hymnie „The Glorious Land”. Dużo by mówić o tej płycie, ale i tak już wszystko napisano, więc pozostaje tylko słuchać kolejny raz.

„Let England Shake” już w tej chwili brzmi jak klasyk i przez dobre pół roku był moim albumem roku. Uznałem jednak, że wybranie go na 1 miejsce będzie trochę za oczywiste, bo po pierwsze został nagrany przez artystkę od dawna uznaną za wielką, więc tak czy siak można było się spodziewać , że z którymś kolejnym albumem PJ odzyska wigor i przywali potężnie, bo jej możliwości są po prostu ogromne. Po drugie - i co ważniejsze - chciałem wypromować nowego artystę, który jest stricte współczesny, młody, oryginalny, wcześniej nieznany. Kimś takim właśnie jest The Weeknd. Oczywiście poza wszelkimi wątpliwościami, „Let England Shake” zasłużenie wygrywa w większości zestawień magazynów muzycznych i dziennikarzy.

01. The Weeknd – House Of Balloons
Ze wszystkich wymienionych tutaj artystów Abel Tesfaye był najpłodniejszy – wydał trzy mixtape’y, z czego HOB to arcydzieło dekadenckiego R&B, drugi „Thursday” to trochę wymęczona, mniej melodyjna wariacja pierwszego, a wypuszczone dziś, znakomite „Echoes Of Silence” to mniej więcej podobna stylistyka, ale kierująca go w nowe, momentami jeszcze dziwniejsze kierunki (kawałek Initiation). Śpiewający głównie falsetem, czasem go nadużywając, The Weeknd na debiutanckim mixtapie najpełniej wyćwiczył jedyną w swoim rodzaju sztukę futurystycznego Noir R&B, gdzie pozbawiony radości hedonizm przemienia się w dekadencko-depresyjną degrengoladę konsumującego duże ilości narkotyków muzyka. Rob Harvilla chyba najkompletniej wyraził się w opisaniu zalet muzyki młodego Kanadyjczyka – „Smukłe, złośliwe, zamroczone narkotykami, soft pornograficzne, i absolutnie cudowne, HOB i Thursday są artystycznymi albumami z piekła do pieszczenia się, narcystyczną orgią zniszczonych dusz skazanych na ciągłe blaknięcie, dopóki nie znikną całkowicie.” Rezygnacja i zmęczenie, bijąca zarówno z tekstów jak i muzyki, w świecie hip hopu i R&B zdominowanego przez megalomańskie lamenty Drake’a i Kanye Westa, jest w wydaniu The Weeknd nawet bardziej przekonywająca, bo Abel niczego nie zmyśla, nie musi przyjmować żadnej pozy – bierze tylko przykłady z własnego życia. W dobie co raz mocniej zaznaczającej się w czarnej muzyce introspektywności i wątpliwości co do własnej osoby, The Weeknd wydaje się logicznym krańcem ,miejscem w które mało kto się może zapuścić. Dzięki temu mrocznemu i dramatycznemu napięciu, życiu na krawędzi, oddawaniu się pustej rozpuście, „House Of Balloons” jest moim albumem roku. A pamiętam jeszcze, że bałem się, że po HOB artysta szybko się wyeksploatuje na następnych mixtape’ach, ale myliłem się, bo Abel nie kipnie z powodu braku kreatywności – prędzej stanie się to za sprawą narkotyków.

Komentarze

  1. Lista całkiem ciekawa, nie znałem paru interesujących pozycji. Niemniej jednak brakuje mi w dwudziestce np. Adele czy najnowszego albumu The Black Keys ... pominięcia jak najbardziej celowe?
    Pozdrawiam
    coffeetea

    OdpowiedzUsuń
  2. The Black Keys nie słuchałem nawet, bo nie przepadam za nimi jakoś szczególnie. Co do Adele - jest na liście, ale dalszym miejscu, sporo jej zabrakło do top 20, choć to bardzo dobra rzecz w swoim przedziale. Rok był bardzo mocny, więc musiałem pominąć wiele pozycji, które w innym mogły się spokojnie znaleźć wyżej.
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Ulubione horrory z lat 2000-2009

Dawno nie robiłem żadnej listy, więc dla odmiany wrzucam krótką z umiłowanymi horrorami z poprzedniej dekady. Nie był to okres szczególnie udany dla tego gatunku, więc niestety wyboru sporego nie miałem (albo nie dotarłem do skrytych perełek). Wyjaśnia to np. obecność na mojej liście filmu rodzaju "The Host", w połowie dramatu, w połowie horroru. Z tą klasyfikacją gatunkową to nie była taka prosta sprawa, ale gdy zestawiłem go z "Taxidermią" czy "Głodem miłości", dziełami również kategoryzowanymi jako horrory, wydał mi się zdecydowanie bardziej trafnym wyborem.


The Host: Potwór, reż. Bong Joon-ho, rok 2006 Jak wyjaśniałem pokrótce we wstępie, jeden z paru filmów na liście, który nie jest czysty gatunkowo. Reżyser pomysłowo przemiela nurt Monster Movie przez społeczno-rodzinny dramat, wstrząsająco obrazując widzowi, że to własny rząd wydaje się bardziej przerażający niż ogromna, zmutowana ryba. Tak oryginalne, wciągające, a nawet niekiedy przejmujące …

Rodzina Soprano - popkulturowy majstersztyk

Fascynacja mafią/przestępczością zorganizowaną od niemalże pół wieku jest mocno zakorzeniona w świadomości kulturowej. Dzieje się to za sprawą głośnych filmów gangsterskich, tak często cytowanych w przeróżnych formach medialnych, żeby nie wymieniać tych najważniejszych: dwóch pierwszych części Ojca Chrzestnego Francisa Forda Coppoli, Chłopców z ferajny Martina Scorsese, Człowieka z blizną Briana De Palmy czy Dawno temu w Ameryce Sergio Leone. Gatunek filmów gangsterskich jest bez wątpienia niepodzielną własnością Amerykanów, choć pojawiają się wybitne wyjątki w postaci arcydzieł francuskiego reżysera Jean-Pierre'a Melville'a (Samuraj, W kręgu zła). O ile wpływ wczesnych filmów rodzaju Małego Cezara Mervyna Leroya, Wroga publicznego Williama Wellmana i oryginalnego Człowieka z blizną Howarda Hawksa na późniejsze arcydzieła gatunku jest niepodważalny, to jednak dopiero adaptacja powieści Mario Puzo dokonała znaczącej transformacji w sposobie portretowania mafii/gangsterów. Jak …

Filmy roku 2016

10.  Rycerz Pucharów (Knight of Cups), reż. Terrence Malick

Malick kręci już tylko hermetyczne poematy o zadęciu symfonicznym, ale tutaj nawet Hollywoodzka apatia potrafi zahipnotyzować. Wszystko dzięki niewidzialnemu montażowi. 

09.  Zaproszenie (The Invitation), reż. Karyn Kusama

Niezła zabawa z oczekiwaniami widza: to tylko kolejna niezręczna kolacja czy coś zupełnie innego? Choć bez zaskoczeń, to jednak umiejętne wykorzystanie lokacji jako ziemi obiecanej dla... Bez spoilerów. 

08. Hush, reż. Mike Flanagan

Home Invasion w soczystej postaci. Mniej ironiczne i zabawne od "Następny jesteś ty", ale bardziej kinetyczne i surowe. Przez co odrobinkę lepsze. 

07. Ostatnia rodzina, reż. Jan P. Matuszyński

Aktorstwo jest znakomite (poza szarżującym Ogrodnikiem), ale zadziwia dojrzałość reżysera debiutanta. Wszystko jest tu duszne, przepełnione mrokiem i depresją. Świata zewnętrznego niemal nie widzimy - tylko cztery ściany i ludzkie dramaty. 

06. Syn Szawła (Saul fia), reż. Laszlo Nem…