Skoro zamieściłem swój top 10 filmów, to warto wrzucić także muzyczny. Tutaj z wyborem było trochę łatwiej, ponieważ jest znacznie większa ilość szans sprawdzenia czy dane dzieło faktycznie zawsze na mnie działa. Problemem raczej był wybór najlepszej płyty danego wykonawcy, bo w inny dzień równie dobrze Sgt. Pepper's Lonely Hearts Club Band i Kind Of Blue mogłyby wejść w zamian na listę. Prawdziwą katorgę miałem z Marvinem, bo po prostu nic nie dzieli I Want You, Here, My Dear i What's Goin On. Faworyt wśród nich zmienia mi się co tydzień, ale padło na ostatni tytuł, może dlatego, że znam go najdłużej. Jeszcze na koniec mała lista płyt, które były bardzo blisko, ale nie wylądowały w top 10: Roxy Music For Your Pleasure, Keith Jarrett The Koln Concert, The Beach Boys Pet Sounds, Depeche Mode Violator, D'Angelo Voodoo, Sly And The Family Stone There's A Riot Goin' On. Tyle w kwestii wyjaśnienia.
Dawno nie robiłem żadnej listy, więc dla odmiany wrzucam krótką z umiłowanymi horrorami z poprzedniej dekady. Nie był to okres szczególnie udany dla tego gatunku, więc niestety wyboru sporego nie miałem (albo nie dotarłem do skrytych perełek). Wyjaśnia to np. obecność na mojej liście filmu rodzaju "The Host", w połowie dramatu, w połowie horroru. Z tą klasyfikacją gatunkową to nie była taka prosta sprawa, ale gdy zestawiłem go z "Taxidermią" czy "Głodem miłości", dziełami również kategoryzowanymi jako horrory, wydał mi się zdecydowanie bardziej trafnym wyborem. The Host: Potwór, reż. Bong Joon-ho, rok 2006 Jak wyjaśniałem pokrótce we wstępie, jeden z paru filmów na liście, który nie jest czysty gatunkowo. Reżyser pomysłowo przemiela nurt Monster Movie przez społeczno-rodzinny dramat, wstrząsająco obrazując widzowi, że to własny rząd wydaje się bardziej przerażający niż ogromna, zmutowana ryba. Tak oryginalne, wciągające, a nawet niekiedy przej...
Jest tu parę rzeczy, które bardzo lubię, a nawet jedna, za którą jestem w stanie się pojedynkowac ( ,,Bitches Brew'').
OdpowiedzUsuńTez ,,Biały Album'' uważam, za najlepszą płyę Bitelsów.
,,Aja'' jest super, ale wolę trylogię Fagena, no i ta nowa równiez zajebiście wchodzi.
W swoim czasie zachwycałem się ,,Spirit of Eden'' , bez porównania bardziej mi się podobała, niż okrzyczane ,, Colours of Spring''
Marvin Gaye, to extraklasa, że ja pierdolę.
Nigdy nie słyszałem tej płyty Mingusa, w ogóle gościa praktycznie nie znam, choc trochę o nim czytałem.
Z Milesem łatwo nie było, bo on ma jeszcze z przynajmniej 3-4 mocarne dzieła, ale Bitches od dłuższego czasu oferuje mi najintensywniejsze doznania.
UsuńBitelsi to często mi się zmieniali, jeśli chodzi o fav płytę, jednak często Biały przodował. Jest ich najbardziej szalonym, bezkompromisowym, eklektycznym zbiorem. Bogactwo muzyczne poraża za każdym przesłuchaniem.
Z Fagenem wiadomo. Trylogia jest bardzo spoko, choć Nightfly moim zdaniem jednak tłamsi dwie następne, bo ma najwięcej kapitalnych hooków. Nowiutka owszem wchodzi super. W końcu to Fagen, jeden z moich zaledwie kilku niepodważalnych Bogów.
Talk Talk też dla mnie zawsze był najlepszy na swoich 2 ostatnich dziełach. Colours jest super w swojej kategorii, ale to jeszcze nie ta metafizyka co Spirit. W ogóle to jest zespół z najrówniejszą dyskografią świata. Żaden album nie stoi u mnie niżej niż 5/6.
Marvin to temat na niekończące się dysertacje. Ubóstwiam kolesia.
To gorąco polecam zapuścić się w świat Mingusa - poza Davisem najlepszy jazzowy artysta ever. Ba, jedyny, który mu dorównuje w jakości dokonań całego życia, a w kwestii najlepszej płyty nawet przebija.