Przejdź do głównej zawartości

Ulubione filmy

Na wzór rankingu "Sight & Sound" zamieszczam 10 filmów, które prawdopodobnie darzę największą miłością. Tego typu lista jest oczywiście zadaniem niewykonalnym, bo mógłbym ją zmieniać codziennie, dając innego Scorsese (Taksówkarz), dorzucając Malicka (Cienka czerwona linia albo Niebiańskie dni), Kubricka (2001: Odyseja kosmiczna), Fassbindera (Strach zżerać duszę albo Berlin Alexanderplatz), Rivette'a (Celine i Julie odpływają lub Duelle), Kazana (Wiosenna bujność traw), Cronenberga (Nierozłączni lub Crash), Coppolę (Czas apokalipsy, Ojciec chrzestny, w szczególności druga część), Raya (Johnny Guitar lub Ponad życie), Ozu (Późna wiosna), Bressona (Na los szczęścia, Baltazarze!) czy Akerman (Jeanne Dielman). Już na samą myśl takiego ograniczania się boli mnie głowa, więc za skrzywdzenie wymienionych filmów szczerze przepraszam, w szczególności lata 70., które mają tylko jeden tytuł na mojej liście. Choć niekoniecznie uważam Świt umarłych za najlepszy film tej dekady, to na jego korzyść działa przede wszystkim to, że widziałem go więcej razy od każdej wymienionej tutaj pozycji. No i zawiera w sobie wszystko, co kocham w horrorach. Koszmarnie bezsensownym pomysłem jest układanie filmów według zasady "który lepszy", stąd ułożenie chronologiczne.
Edit (19 wrzesień): Po zastanowieniu się wyrzucam jednak Szalonego Piotrusia Godarda na rzecz tego filmu, który przebywał tam ostatnio i od razu powinien być włączony - Chinatown. Odda to zarazem większą sprawiedliwość latom 70., dekadzie zdominowanej przez wybitne osiągnięcia Nowego Hollywood.

Zawrót głowy/Alfred Hitchcock/1958




Powiększenie/Michelangelo Antonioni/1966



Chinatown/Roman Polański/1974




Świt umarłych/George A. Romero/1978



Wściekły byk/Martin Scorsese/1980



Wybuch/Brian De Palma/1981



Miasto smutku/Hou Hsiao-Hsien/1989



Chłopiec z ulicy Guling/Edward Yang/1991




Spragnieni miłości/Wong Kar-Wai/2000



Mulholland Drive/David Lynch/2001




Komentarze

  1. I nawet części nie znam, świetnie!

    OdpowiedzUsuń
  2. Cieszę się! Może akurat coś Ci się spodoba :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Zapomniałem dodać, że również Brian De Palma mógłby być inny - albo "Świadek mimo woli", a może i "Carrie". Wong Kar-Wai to samo - "Chungking Express", "Upadłe anioły" i "Happy Together" wiecznie walczą ze sobą. Problem nie kończy się nawet na samym wyborze takowych filmów, bo często u jednego reżysera jest ciężko wybrać to najlepsze dzieło z filmografii. Ciekawe jak to będzie wyglądało za pięć lat.

    OdpowiedzUsuń
  4. Raczej spodoba - bo znaną mi część listy uwielbiam.

    Znasz film "Memories of Matsuko" (Kiraware Matsuko-no issho) z 2006 roku? Reżyserował Tetsuya Nakashima, jakoś tak mi skojarzyło się automatycznie. Popieprzony, ale nie bardziej niż niektóre Twoje propozycje :-)

    OdpowiedzUsuń
  5. To znaczy, że mamy podobny gust. Nice to know this :)

    Filmu nie znam w ogóle i z tego co widzę, wygląda dość ciekawie. Skoro jesteśmy wśród popieprzonych Azjatów, to widziałeś "Cold Fish" Shiona Sono z 2010 roku? Nawet tutaj opisywałem ten film. Szaleństwo wysokiej klasy. Zakładam, że innego zajoba - "I Saw the Devil" - masz zaliczonego, więc pomijam :P Z filmów azjatyckich jeszcze bardzo wysoko, blisko top 30-20 życia jest "Zagadka zbrodni" Bonga Joon-hoo. Każdemu kto nie widział polecam go. Absolutny majstersztyk.

    OdpowiedzUsuń
  6. Napiszesz coś więcej o "Mieście smutku" i "Chłopcu z ulicy Guling"? Nigdy nie słyszałem o tych filmach :>
    Uwielbiałem kiedyś "Szalonego Piotrusia", tymczasem dzisiaj już nawet nie potrafię tego oglądać, jak zresztą większości utworów Godarda.

    OdpowiedzUsuń
  7. Oba są epickimi dramatami historycznymi, odwołującymi się do przykrych incydentów z bardzo burzliwej historii Tajwanu (tam naprawdę się dużo działo, polecam wiki). Film Hou jest bardziej statyczny i obserwacyjny, przypominający trochę filmowe transcendencje Ozu, bardzo piękny w swoim minimalizmie i oszczędności emocjonalnej. Wizualnie nie ma o czym mówić - większość kadrów to jak obrazy malarskie. Hou Hsiao-Hsien to w ogóle dla mnie jeden z bogów kina. Zaś o filmie Yanga pisałem na blogu przy okazji filmów z lat 90-tych, ale wkleję tutaj:

    "230 minutowe opus magnum Edwarda Yanga było artystycznym apogeum Tajwańskiej Nowej Fali, która była najsilniejszym nurtem w kinematografii światowej lat 90-tych. Iście powieściowy charakter fabuły filmu kreśli nam rozległy obraz życia w Tajpeju początku lat 60-tych, zdominowanym przez polityczne represje, niepewność społeczeństwa wobec przyszłości oraz co istotniejsze, brak tożsamości, skłaniający wyalienowanych nastolatków do zakładania ulicznych gangów. Z wielu nieśpiesznie rozwijanych wątków w połowie wyłania się nam centralny, w którym miłość i pragnienie zmierzają ku tragicznemu zakończeniu. Piękny, żywy, smutny, bogaty, pozostający na zawsze w pamięci portret młodości. I najwybitniejszy film dekady."

    Dodam, że ktoś używał porównania do Nicholasa Raya, "Buntownika bez powodu", i jest to jakiś trop. Generalnie na ten film nie ma madafaki. Czekam na jakąś ładną kopię w necie, bo niestety film chodzi w słabej jakości :(

    Dla mnie też większość filmów Godarda już nie to samo, ale "Szalonego Piotrusia" mogę oglądać ciągle - wszystko w nim uwielbiam. Jest w tym filmie radość, która szybko zaczęła znikać z twórczości Godarda.

    OdpowiedzUsuń
  8. Sprawdzę Bonga, znów dzięki. Do Azji mam podwójną słabość, niezależnie czy będzie to czarno-biały japoński ambient z lat 50-60, czy chińskie epickie cuda z lat 80. i 90., czy koreańskie komediodramaty lub hardcore'y z dwutysięcznych, czy znów Miyazaki. Kopalnia bez dna, a mimo pewnej mody wciąż ledwo znana.

    OdpowiedzUsuń
  9. Aha, "Zagadka zbrodni" = "Salinui chueok". No to widziałem oczywiście, nie raz!

    OdpowiedzUsuń
  10. Spodziewałem się, że znasz Bonga i ten tytuł, ale musiałem nim rzucić :) Widzę masz swój sposób kodowania tytułów - w oryginalnym przełożeniu na nasz alfabet ;) Ja też mam do Azji wielką słabość, tym bardziej, że gdzieś tak od czasu Tajwańskiej nowej fali, czyli połowy lat 80-tych, ruszyło się domino i worek wysypał się z masą genialnych rzeczy. Dobre określenie na japońców z lat 50-60 - ambient (choć nowa fala to wszystko rozpieprzyła i ją można nazwać jako wielką delirkę). Nawet jeśli ta moda jest, to ludzie zazwyczaj omijają to co godne, a skupiają się na łzawych, bezpłciowych dramacikach, ładnie nakręconych, ale niewiele różniących się od telenoweli. Dobrze, że kino gatunkowe co rusz dostarcza nam dobrą zabawę, w szczególności szaleni Koreańczycy. Studnia bez dna, ale ostatnio coś zadyszka jest. Może to chwilowe.

    OdpowiedzUsuń
  11. Myślę, sobie, że ciekawym eksperymentem byłoby po stworzeniu pierwszej takiej listy zapisywać, jak się zmienia. Co wyrzucasz (i na rzecz czego), co dokładasz. I tak przez lata - na ile by starczyło cierpliwości :). Oj, to byłaby w moim przypadku ciężka walka.
    Pozdrawiam serdecznie!

    OdpowiedzUsuń
  12. Też o tym myślałem :) Tak, jest to ciężka walka, bo np. coś odświeżę w blureju, i głowię się czemu nie dałem tego tytułu na listę. Powinno się ją rozszerzyć do 300 tytułów.

    Pozdrawiam również

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Ulubione horrory z lat 2000-2009

Dawno nie robiłem żadnej listy, więc dla odmiany wrzucam krótką z umiłowanymi horrorami z poprzedniej dekady. Nie był to okres szczególnie udany dla tego gatunku, więc niestety wyboru sporego nie miałem (albo nie dotarłem do skrytych perełek). Wyjaśnia to np. obecność na mojej liście filmu rodzaju "The Host", w połowie dramatu, w połowie horroru. Z tą klasyfikacją gatunkową to nie była taka prosta sprawa, ale gdy zestawiłem go z "Taxidermią" czy "Głodem miłości", dziełami również kategoryzowanymi jako horrory, wydał mi się zdecydowanie bardziej trafnym wyborem.


The Host: Potwór, reż. Bong Joon-ho, rok 2006 Jak wyjaśniałem pokrótce we wstępie, jeden z paru filmów na liście, który nie jest czysty gatunkowo. Reżyser pomysłowo przemiela nurt Monster Movie przez społeczno-rodzinny dramat, wstrząsająco obrazując widzowi, że to własny rząd wydaje się bardziej przerażający niż ogromna, zmutowana ryba. Tak oryginalne, wciągające, a nawet niekiedy przejmujące …

Rodzina Soprano - popkulturowy majstersztyk

Fascynacja mafią/przestępczością zorganizowaną od niemalże pół wieku jest mocno zakorzeniona w świadomości kulturowej. Dzieje się to za sprawą głośnych filmów gangsterskich, tak często cytowanych w przeróżnych formach medialnych, żeby nie wymieniać tych najważniejszych: dwóch pierwszych części Ojca Chrzestnego Francisa Forda Coppoli, Chłopców z ferajny Martina Scorsese, Człowieka z blizną Briana De Palmy czy Dawno temu w Ameryce Sergio Leone. Gatunek filmów gangsterskich jest bez wątpienia niepodzielną własnością Amerykanów, choć pojawiają się wybitne wyjątki w postaci arcydzieł francuskiego reżysera Jean-Pierre'a Melville'a (Samuraj, W kręgu zła). O ile wpływ wczesnych filmów rodzaju Małego Cezara Mervyna Leroya, Wroga publicznego Williama Wellmana i oryginalnego Człowieka z blizną Howarda Hawksa na późniejsze arcydzieła gatunku jest niepodważalny, to jednak dopiero adaptacja powieści Mario Puzo dokonała znaczącej transformacji w sposobie portretowania mafii/gangsterów. Jak …

Filmy roku 2016

10.  Rycerz Pucharów (Knight of Cups), reż. Terrence Malick

Malick kręci już tylko hermetyczne poematy o zadęciu symfonicznym, ale tutaj nawet Hollywoodzka apatia potrafi zahipnotyzować. Wszystko dzięki niewidzialnemu montażowi. 

09.  Zaproszenie (The Invitation), reż. Karyn Kusama

Niezła zabawa z oczekiwaniami widza: to tylko kolejna niezręczna kolacja czy coś zupełnie innego? Choć bez zaskoczeń, to jednak umiejętne wykorzystanie lokacji jako ziemi obiecanej dla... Bez spoilerów. 

08. Hush, reż. Mike Flanagan

Home Invasion w soczystej postaci. Mniej ironiczne i zabawne od "Następny jesteś ty", ale bardziej kinetyczne i surowe. Przez co odrobinkę lepsze. 

07. Ostatnia rodzina, reż. Jan P. Matuszyński

Aktorstwo jest znakomite (poza szarżującym Ogrodnikiem), ale zadziwia dojrzałość reżysera debiutanta. Wszystko jest tu duszne, przepełnione mrokiem i depresją. Świata zewnętrznego niemal nie widzimy - tylko cztery ściany i ludzkie dramaty. 

06. Syn Szawła (Saul fia), reż. Laszlo Nem…