
Stare fatum ominęło jednego z największych bohaterów roku 2008. Wtedy, bardzo entuzjastycznie przyjęty debiut Vampire Weekend obiecywał, że pojawiła się grupa, która wyrasta na naszych oczach na coś nietuzinkowego w zalewie przeciętności, z jakiej składa się scena indie popowa. Ja może nie byłem tak zachwycony, jak co niektórzy, ale wyciągałem niekłamaną przyjemność ze słuchania ich muzyki. To co stanowiło o ich sile to wpływ afro popu, miłosiernie odrywający ich do dominujących standardów, w których podobni im woleli zanurzać się - często tonąć - w brytyjskich propozycjach z lat 80., niż pić z innej , mniej skażonej wody źródlanej. Wobec tego, oczekiwania na drugą płytę, jak to bywa z bohaterami sezonu - były większe. Na szczęście Contra okazuje się nie tylko trochę lepsza od poprzedniczki, ale można ją odbierać jako oznakę kroku naprzód.
Pierwszy utwór od razu pokazuje, że w sumie jest podobnie, ale pewne rzeczy ulepszono i zmieniono. Utwory tak jak na debiucie są bezpretensjonalne, proste, żywiołowe - wprost na lato rzec można, pomimo zimowej daty wydania. Ezra Koenig jeszcze mocniej akcentuje naśladownictwo - zresztą z udanym skutkiem - maniery Paula Simona. Jego ciepły głos połączony z charakterystycznym dla tamtego muzyka delikatnym frazowaniem czyni cuda w niektórych momentach ich nowej muzyki. Jeśli wspomniałem o Simonie, to nie będzie niczym odkrywczym stwierdzić, że grupa obrała sobie za drogę wytyczną jego wspaniały album z 1986 roku, Graceland. Sporo utworów, jak White Sky czy I Think Ur a Contra brzmią jak wersje demo w porównaniu jakości do tamtego dzieła, ale dobre i to. Małżeństwo afro popu i typowego gitarowego indie na Contrze wydaje na świat dzieci nader sympatyczne. Utwory same w sobie są ciekawsze aranżacyjnie niż na debiucie. Pojawiają się nawiązania do electropopu (Giving Up The Gun bez problemów mógłby znaleźć się na drugiej płycie MGMT), swoje miejsce odnajduje bożek dzisiejszych czasów - autotune - w uroczym California English i gdzieniegdzie instrumentarium wykracza poza normalny skład. Generalnie dominują skoczne rytmy, co raczej nie czyni płyty jakoś szczególnie zróżnicowanym pod względem konstrukcji i tempa. Jednym z nielicznych wyłamań jest bardzo ciekawy utwór Taxi Club, zaskakujący jak na nich mało pogodnym nastrojem.
Pomysły, jakkolwiek nie są wyszukane, świadczą o nieprzeciętnym zmyśle muzycznym grupy. Poważne aspiracje artystyczne w muzyce niezależnej można prześledzić od Talking Heads po Dirty Projectors, i Vampire Weekend nieśmiało próbuje wpasować się ze swoimi ambicjami w to zacne towarzystwo. O ile problem nie stanowi inwencja kompozytorska, to szwankuje wizja, która wybiegałaby dalej poza ich szlachetne inspiracje. Pełne optymizmu piosenki, wprowadzające słuchacza w dobre samopoczucie to za jednak trochę za mało. Dzieła w rodzaju Veckatimest czy Bitte Orca wymagają większego skupienia i wynagradzają z nawiązką czas z nimi spędzony. Contra zaś to wpada, to wypada z ucha, mając poziom w miarę równy, ale nie aż tak wysoki też. W sumie najbardziej mnie cieszy, że przynajmniej udało się im nie wpaść w starą pułapkę i przebić uznany debiut.
♫♫♫
A Play Button
Komentarze
Prześlij komentarz