Przejdź do głównej zawartości

Syndrom drugiej płyty przezwyciężony

Vampire Weekend, Contra, rok 2010

Stare fatum ominęło jednego z największych bohaterów roku 2008. Wtedy, bardzo entuzjastycznie przyjęty debiut Vampire Weekend obiecywał, że pojawiła się grupa, która wyrasta na naszych oczach na coś nietuzinkowego w zalewie przeciętności, z jakiej składa się scena indie popowa. Ja może nie byłem tak zachwycony, jak co niektórzy, ale wyciągałem niekłamaną przyjemność ze słuchania ich muzyki. To co stanowiło o ich sile to wpływ afro popu, miłosiernie odrywający ich do dominujących standardów, w których podobni im woleli zanurzać się - często tonąć - w brytyjskich propozycjach z lat 80., niż  pić z innej , mniej skażonej wody źródlanej. Wobec tego, oczekiwania na drugą płytę, jak to bywa z bohaterami sezonu - były większe. Na szczęście Contra okazuje się nie tylko trochę lepsza od poprzedniczki, ale można ją odbierać jako oznakę kroku naprzód.

Pierwszy utwór od razu pokazuje, że w sumie jest podobnie, ale pewne rzeczy ulepszono i zmieniono. Utwory tak jak na debiucie są bezpretensjonalne, proste, żywiołowe - wprost na lato rzec można, pomimo zimowej daty wydania. Ezra Koenig jeszcze mocniej akcentuje naśladownictwo - zresztą z udanym skutkiem - maniery Paula Simona. Jego ciepły głos połączony z charakterystycznym dla tamtego muzyka delikatnym frazowaniem czyni cuda w niektórych momentach ich nowej muzyki. Jeśli wspomniałem o Simonie, to nie będzie niczym odkrywczym stwierdzić, że grupa obrała sobie za drogę wytyczną jego wspaniały album z 1986 roku, Graceland. Sporo utworów, jak White Sky czy I Think Ur a Contra brzmią jak wersje demo w porównaniu jakości do tamtego dzieła, ale dobre i to. Małżeństwo afro popu i typowego gitarowego indie na Contrze wydaje na świat dzieci nader sympatyczne. Utwory same w sobie są ciekawsze aranżacyjnie niż na debiucie. Pojawiają się nawiązania do electropopu (Giving Up The Gun bez problemów mógłby znaleźć się na drugiej płycie MGMT), swoje miejsce odnajduje bożek dzisiejszych czasów - autotune - w uroczym California English i gdzieniegdzie instrumentarium wykracza poza normalny skład. Generalnie dominują skoczne rytmy, co raczej nie czyni płyty jakoś szczególnie zróżnicowanym pod względem konstrukcji i tempa. Jednym z nielicznych wyłamań jest bardzo ciekawy utwór Taxi Club, zaskakujący jak na nich mało pogodnym nastrojem. 

Pomysły, jakkolwiek nie są wyszukane, świadczą o nieprzeciętnym zmyśle muzycznym grupy. Poważne aspiracje artystyczne w muzyce niezależnej można prześledzić od Talking Heads po Dirty Projectors, i Vampire Weekend nieśmiało próbuje wpasować się ze swoimi ambicjami w to zacne towarzystwo. O ile problem nie stanowi inwencja kompozytorska, to szwankuje wizja, która wybiegałaby dalej poza ich szlachetne inspiracje. Pełne optymizmu piosenki, wprowadzające słuchacza w dobre samopoczucie to za jednak trochę za mało. Dzieła w rodzaju Veckatimest czy Bitte Orca wymagają większego skupienia i wynagradzają z nawiązką czas z nimi spędzony. Contra zaś to wpada, to wypada z ucha, mając poziom w miarę równy, ale nie aż tak wysoki też. W sumie najbardziej mnie cieszy, że przynajmniej udało się im nie wpaść w starą pułapkę i przebić uznany debiut.
♫♫♫

A Play Button

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Ulubione horrory z lat 2000-2009

Dawno nie robiłem żadnej listy, więc dla odmiany wrzucam krótką z umiłowanymi horrorami z poprzedniej dekady. Nie był to okres szczególnie udany dla tego gatunku, więc niestety wyboru sporego nie miałem (albo nie dotarłem do skrytych perełek). Wyjaśnia to np. obecność na mojej liście filmu rodzaju "The Host", w połowie dramatu, w połowie horroru. Z tą klasyfikacją gatunkową to nie była taka prosta sprawa, ale gdy zestawiłem go z "Taxidermią" czy "Głodem miłości", dziełami również kategoryzowanymi jako horrory, wydał mi się zdecydowanie bardziej trafnym wyborem.


The Host: Potwór, reż. Bong Joon-ho, rok 2006 Jak wyjaśniałem pokrótce we wstępie, jeden z paru filmów na liście, który nie jest czysty gatunkowo. Reżyser pomysłowo przemiela nurt Monster Movie przez społeczno-rodzinny dramat, wstrząsająco obrazując widzowi, że to własny rząd wydaje się bardziej przerażający niż ogromna, zmutowana ryba. Tak oryginalne, wciągające, a nawet niekiedy przejmujące …

Rodzina Soprano - popkulturowy majstersztyk

Fascynacja mafią/przestępczością zorganizowaną od niemalże pół wieku jest mocno zakorzeniona w świadomości kulturowej. Dzieje się to za sprawą głośnych filmów gangsterskich, tak często cytowanych w przeróżnych formach medialnych, żeby nie wymieniać tych najważniejszych: dwóch pierwszych części Ojca Chrzestnego Francisa Forda Coppoli, Chłopców z ferajny Martina Scorsese, Człowieka z blizną Briana De Palmy czy Dawno temu w Ameryce Sergio Leone. Gatunek filmów gangsterskich jest bez wątpienia niepodzielną własnością Amerykanów, choć pojawiają się wybitne wyjątki w postaci arcydzieł francuskiego reżysera Jean-Pierre'a Melville'a (Samuraj, W kręgu zła). O ile wpływ wczesnych filmów rodzaju Małego Cezara Mervyna Leroya, Wroga publicznego Williama Wellmana i oryginalnego Człowieka z blizną Howarda Hawksa na późniejsze arcydzieła gatunku jest niepodważalny, to jednak dopiero adaptacja powieści Mario Puzo dokonała znaczącej transformacji w sposobie portretowania mafii/gangsterów. Jak …

Filmy roku 2016

10.  Rycerz Pucharów (Knight of Cups), reż. Terrence Malick

Malick kręci już tylko hermetyczne poematy o zadęciu symfonicznym, ale tutaj nawet Hollywoodzka apatia potrafi zahipnotyzować. Wszystko dzięki niewidzialnemu montażowi. 

09.  Zaproszenie (The Invitation), reż. Karyn Kusama

Niezła zabawa z oczekiwaniami widza: to tylko kolejna niezręczna kolacja czy coś zupełnie innego? Choć bez zaskoczeń, to jednak umiejętne wykorzystanie lokacji jako ziemi obiecanej dla... Bez spoilerów. 

08. Hush, reż. Mike Flanagan

Home Invasion w soczystej postaci. Mniej ironiczne i zabawne od "Następny jesteś ty", ale bardziej kinetyczne i surowe. Przez co odrobinkę lepsze. 

07. Ostatnia rodzina, reż. Jan P. Matuszyński

Aktorstwo jest znakomite (poza szarżującym Ogrodnikiem), ale zadziwia dojrzałość reżysera debiutanta. Wszystko jest tu duszne, przepełnione mrokiem i depresją. Świata zewnętrznego niemal nie widzimy - tylko cztery ściany i ludzkie dramaty. 

06. Syn Szawła (Saul fia), reż. Laszlo Nem…