Przejdź do głównej zawartości

Zaległe Top 10 - 2010

Z tego całego mojego zapuszczenia nawet nie zamieściłem na blogu listy swoich ulubionych albumów poprzedniego roku. Trzy miesiące po fakcie nie świadczy zbyt dobrze o częstotliwości mojego pisania, ale właściwie pozycje z listy nie uległy żadnym zmianom w ciągu tego okresu. Co ciekawe - był to pierwszy rok od dawna, gdzie nie miałem faworyta na album roku kilka miesięcy wstecz - właściwie każda pozycja z pierwszych sześciu była brana pod uwagę. Równy rok, ale wydaje się, że bez wielkich dzieł.



10. Ariel Pink's Haunted Graffiti, Before Today ex aequo z Erykah Badu, New Amerykah Part Two: Return of the Ankh
Trudno znaleźć w muzyce coś podobnego co robi Pink - w tym sensie, że mało co brzmi tak źle od strony realizacyjnej (oczywiście jest to ruch zamierzony) i jest tak dobre od strony piosenkowej. Na tej najlepszej płycie od czasu "The Doldrums" (a może i nawet lepszej?) Pink z pełną swawolą tworzy hołd dla złotych, odgrzebywanych dziś na każdą stronę lat 80-tych, triumfując bardzo udaną serią przezabawnych, ultra melodyjnych kawałków z pogranicza nowej fali, psychodelicznego popu, Fleetwood Mac, Steely Dan, Madonny czy Styxa - wszystko rzecz jasna w estetyce lo-fi.
Co do Badu - płyta mi się podobała po wyjściu, ale ostatnio ją odświeżyłem i byłem zachwycony. Wniosek? Im więcej czasu upływa, tym tego typu płyty tylko zyskują. Recka tego growera tutaj.

09. The Roots, How I Got Over
Nie tylko Kanye West samplował biegunowo odległych artystów od dominujących w zainteresowaniach raperów standardach, bo Rootsi znakomicie posłużyli się królową weird folkowej sceny Joanną Newsom. Generalnie jest to bardzo rozśpiewany album, co przyczynia się do tego, że niesamowicie szybko wpada w ucho i w nim zostaje. The Roots od dawna są na wznoszącej (z jakiejś 11 lat co najmniej), więc tylko się cieszyć, że chłopakom nie brakuje konsekwencji, pomysłów i zapału, by ciągle dostarczać hip hop najwyższej próby. Zdecydowanie najlepszy album od czasu "Phrenology".

08. Cee-Lo, The Lady Killer
Tak jak Raphael Saadiq w 2008 roku, Cee-Lo na swoim diabelnie uwodzicielskim albumie znakomicie wskrzesza soul lat 60-tych, nie pozwalając nam zapomnieć jak wielki czar miały hity z wytwórni Motown. Były to czasy, gdy panowie wychodzili w smokingach na scenę i czarowali swoim głosem przy wtórowaniu dęciaków i chórków. Czegoś takiego, z lekkim sznytem nowoczesności można usłyszeć na płycie nowego lovermana. Żadne tam słodkości w stylu Ne-Yo - tutaj macie rasowy album, w którym nieodparty "F**k You" (zabawnie zmieniony na "Forget You" w oczyszczonej wersji) miesza na listach i nikt nie może nazwać go grzecznym.

07. José James, Blackmagic
Nowa nadzieja wokalnego jazzu stała się nową nadzieją soulu. O tym świetnym krążku pisałem tutaj.

06. Kayo Dot, Coyote
Przez jakiś czas mój album roku, ale jednak spadł w rankingu. Powody są dwa. Po pierwsze - jest to album, do którego trzeba mieć konkretny nastrój, nie można sobie go puścić w każdej chwili. Po drugie - niestety wydaje się trochę za krótki, przydałoby się dodać jeszcze z jakąś jedną kompozycję dłuższą, która nie pozostawiałaby lekkiego uczucia niedosytu. Po za tym - jest to najlepszy album Drivera, więc nie mam co też zbytnio narzekać. A tutaj znajduje się mój wcześniejszy rozentuzjazmowany wpis.

05. Arcade Fire, Suburbs
Zasłużony zdobywca nagrody Grammy za najlepszy album roku, The Suburbs był pod wieloma względami najambitniejszym tworem grupy - biorąc pod uwagę stronę aranżacyjną - jak i najskromniejszym - majestatyczność poprzednika została dosyć znacząco zredukowana. Zabieg ten się bardzo opłacił, bo jak uwielbiam "Neon Bible" to nie wiem czy chciałbym usłyszeć jej kopię. A tak grupa zmieniła trochę tor swojego kierunku artystycznego, zbliżając się do Springsteena z okresu "The River", a nawet zapuściła się w rejony disco w "The Sprawl II" - ich nieśmiała próba stworzenia własnego "Heart Of Glass".

04. Joanna Newsom, Have One on Me
Nie jest to Ys oczywiście, ale w roku, w którym wielkość miała znaczenie - Newsom wyszła bez wątpienia obronną ręką. Wcześniejszy zachwyt tutaj.








03. Sufjan Stevens, The Age Of Adz
Karkołomny pomysł aranżacyjny - zgrzyty, bity, hałasy elektroniczne zestawione z charakterystycznymi dla Sufjana barokowymi orkiestracjami i fantastycznymi chórkami - mógł się skończyć przeładowaniem brzmieniowym i niespójnością stylistyczną, ale tak się na szczęście nie stało. Ekscentryczna, śmiała wizja Stevensa szybko została przyjęta jako wariactwo a'la "Kid A", a wykorzystanie autotune'a (25 minutowy kolos pod koniec jako oda dla nowego bożka współczesnej muzyki) i pierwsze wulgaryzmy na płycie musiały być nie lada szokiem dla zarówno dziennikarzy, jak i fanów artysty. W całym tym tyglu najwspanialsze było to, że z każdym następnym odtworzeniem słuchacz mógł odkryć coś nowego, bo płyta wymagała, wręcz wymuszała cierpliwości z naszej strony, a to w czasach szybkiego słuchania jest moim zdaniem bezcenne.

02. Janelle Monáe, The ArchAndroid
Wszystkie gwiazdki R&B i okolic lepiej niech się strzegą i lękają, bo właśnie pojawiła się nowa postać na rynku, która może bardzo dużo namieszać. O wybornym koncept-albumie Janelle tutaj.














01. Kanye West, My Beautiful Dark Twisted Fantasy
Wiem, jestem nudny, bo wybrałem oczywistość, coś co było potwornie hajpowane przez prasę muzyczną i wygrywało praktycznie w każdym rankingu. Dalej twierdzę, że żadne to arcydzieło i równie dobrze w innym nastroju mógłbym zamienić miejscami Westa z Newsom dla przykładu, ale krążek mesjasza Westa wydaje się chyba najlepszym dziełem wypuszczonym w tamtym roku, niezwykle urzekającym w swoim nieintencjonalnym megalomaństwie i monumentalizmie. Jakimkolwiek cynikiem by West nie był, udało mu się tak z niczego nagrać najlepszy album w swojej karierze. Brawa za to. Wcześniejszy wpis tutaj.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Ulubione horrory z lat 2000-2009

Dawno nie robiłem żadnej listy, więc dla odmiany wrzucam krótką z umiłowanymi horrorami z poprzedniej dekady. Nie był to okres szczególnie udany dla tego gatunku, więc niestety wyboru sporego nie miałem (albo nie dotarłem do skrytych perełek). Wyjaśnia to np. obecność na mojej liście filmu rodzaju "The Host", w połowie dramatu, w połowie horroru. Z tą klasyfikacją gatunkową to nie była taka prosta sprawa, ale gdy zestawiłem go z "Taxidermią" czy "Głodem miłości", dziełami również kategoryzowanymi jako horrory, wydał mi się zdecydowanie bardziej trafnym wyborem.


The Host: Potwór, reż. Bong Joon-ho, rok 2006 Jak wyjaśniałem pokrótce we wstępie, jeden z paru filmów na liście, który nie jest czysty gatunkowo. Reżyser pomysłowo przemiela nurt Monster Movie przez społeczno-rodzinny dramat, wstrząsająco obrazując widzowi, że to własny rząd wydaje się bardziej przerażający niż ogromna, zmutowana ryba. Tak oryginalne, wciągające, a nawet niekiedy przejmujące …

Rodzina Soprano - popkulturowy majstersztyk

Fascynacja mafią/przestępczością zorganizowaną od niemalże pół wieku jest mocno zakorzeniona w świadomości kulturowej. Dzieje się to za sprawą głośnych filmów gangsterskich, tak często cytowanych w przeróżnych formach medialnych, żeby nie wymieniać tych najważniejszych: dwóch pierwszych części Ojca Chrzestnego Francisa Forda Coppoli, Chłopców z ferajny Martina Scorsese, Człowieka z blizną Briana De Palmy czy Dawno temu w Ameryce Sergio Leone. Gatunek filmów gangsterskich jest bez wątpienia niepodzielną własnością Amerykanów, choć pojawiają się wybitne wyjątki w postaci arcydzieł francuskiego reżysera Jean-Pierre'a Melville'a (Samuraj, W kręgu zła). O ile wpływ wczesnych filmów rodzaju Małego Cezara Mervyna Leroya, Wroga publicznego Williama Wellmana i oryginalnego Człowieka z blizną Howarda Hawksa na późniejsze arcydzieła gatunku jest niepodważalny, to jednak dopiero adaptacja powieści Mario Puzo dokonała znaczącej transformacji w sposobie portretowania mafii/gangsterów. Jak …

Filmy roku 2016

10.  Rycerz Pucharów (Knight of Cups), reż. Terrence Malick

Malick kręci już tylko hermetyczne poematy o zadęciu symfonicznym, ale tutaj nawet Hollywoodzka apatia potrafi zahipnotyzować. Wszystko dzięki niewidzialnemu montażowi. 

09.  Zaproszenie (The Invitation), reż. Karyn Kusama

Niezła zabawa z oczekiwaniami widza: to tylko kolejna niezręczna kolacja czy coś zupełnie innego? Choć bez zaskoczeń, to jednak umiejętne wykorzystanie lokacji jako ziemi obiecanej dla... Bez spoilerów. 

08. Hush, reż. Mike Flanagan

Home Invasion w soczystej postaci. Mniej ironiczne i zabawne od "Następny jesteś ty", ale bardziej kinetyczne i surowe. Przez co odrobinkę lepsze. 

07. Ostatnia rodzina, reż. Jan P. Matuszyński

Aktorstwo jest znakomite (poza szarżującym Ogrodnikiem), ale zadziwia dojrzałość reżysera debiutanta. Wszystko jest tu duszne, przepełnione mrokiem i depresją. Świata zewnętrznego niemal nie widzimy - tylko cztery ściany i ludzkie dramaty. 

06. Syn Szawła (Saul fia), reż. Laszlo Nem…