Przejdź do głównej zawartości

Riposta po 44 latach


The Beach Boys, The Smile Sessions, rok 2011

Najlepszy album 2011 roku właśnie się ukazał. Z tą małą uwagą, że oryginalnie miał wyjść w 1967 roku. Mityczne, zagubione arcydzieło The Beach Boysów, "Smile", porozrzucane, poprzerabiane, rekonstruowane na innych płytach zespołu, a także przez samego Briana Wilsona w 2004 roku, w końcu wybrzmiewa oficjalnie w wersji (z ogromem kolekcjonerskich dodatków*), która prawdopodobnie byłaby bliska tej z 1967 roku. Aż trudno uwierzyć, jakim cudem album takiego formatu, który miał być amerykańską ripostą na "Sierżanta Pieprza" Bitelsów czekał tyle lat na wydanie. W niedorzecznie przepakowanym w przełomowe albumy roku 1967, bazując na tym co teraz słyszymy (a od dawna wiedzieliśmy), można stwierdzić, że to właśnie jedynie dwa albumy Bitelsów i debiut Velvet Underground równa się z poziomem muzyki na "Smile". Jest też druga strona medalu. Choć ciężko mi to teraz ocenić, ale wydaje się, że szalenie idiosynkratyczna wizja amerykańskiej muzyki autorstwa Briana Wilsona, w której Gershwin, doo wop i cudowny, przed rock'n'rollowy śpiew poddany barokowej, bajkowej obróbce aranżacyjnej, potęgowanej przez głupiutkie, narkotyczne wizje tekściarza i drugiego współtwórcy większości materiału Van Dyke Parksa, byłaby chyba zbyt wymagającym zadaniem dla ówczesnych, zagubionych w lecie miłości słuchaczach. Bo trzeba sobie zadać pytanie, czy polifoniczne gierki wokalne Beach Boysów, które osiągnęły zenit swoich możliwości na "Smile", znalazłyby tak wielu zwolenników jak dzieła Bitelsów? Gdyby zestawić płytę z tamtymi eksperymentami i wytryskami psychodelicznej wyobraźni, to wydaje się tak inna, że pewnie spotkałaby się z podobnym niezrozumieniem w amerykańskiej prasie, co genialne "Pet Sounds". Kalumnie wygłaszane przez samego Hendrixa, określające muzykę zespołu jako "psychodelię z zakładu fryzjerskiego" na pewno nie pomagały wizerunkowi grupy.

Wytłumaczenia nieskończenia "Smile" są tak samo fascynujące jak sama muzyka. Świetne są historyjki w rodzaju "serce Wilsona złamało usłyszenie A Day In The Life i Strawberry Fields Forever" Bitelsów, ale prawda jest taka, że to jego zmagania z gwałtownie rosnącym narkotykowym uzależnieniem i buntem na własnym pokładzie przyczyniły się w końcu do upadku projektu. Ponoć największym adwersarzem Wilsona i Parksa był Mike Lowe, który już od wydania genialnego "Pet Sounds" zarzucał Wilsonowi podkopywanie statusu zespołu jako jednego z największych na świecie. Argument o tyle niedorzeczny, bo podyktowany po prostu sprzedażą płyt, a nie artystycznymi pobudkami. Historie paranoi oraz depresji Wilsona z tamtego okresu są źródłem wielu mitów i legend, zwiększających jedynie niesamowitą otoczkę wokół dzieła, ale to w nich trzeba szukać powodów, dlaczego nie ujrzało światła dziennego. Teraz powiedzenie "lepiej późno niż wcale" nabiera zupełnie nowego znaczenia.


Zasadniczą różnicą między "Smile" z 2004 roku, a tym z 67', jest oczywiście głos Wilsona. Posiadający wtedy piękno-smutną barwę, śpiewający często w wysokich tonacjach wraz z resztą anielskiego chóru zespołu, stanowi niezaprzeczalny atut w argumentacji między wersją 62-latka a 24-25-latka. Aranżacyjnie, obie wersje są do siebie dosyć podobne, ale każdy dobrze zaznajomiony z materiałem bez problemu wychwyci większość różnic. Najwięcej zmian można zauważyć oczywiście w harmoniach wokalnych, jak np. we wstępie "Child Is Father Of The Man", czy w doskonale tutaj brzmiącym "Vega-Tables" (najbardziej różniącym się utworem od swojej późniejszej wersji), albo w połowicznym lub całkowitym ich braku, jak w "Love to Say Dada" (na wersji z 2004 zatytułowanej "In Blue Hawaii") i instrumentalnym "Holidays" ("On a Holiday" u Wilsona). W najpiękniejszej kompozycji zespołu, "Surf's Up", w pierwszej części da się usłyszeć nawet rozrywające ogólną zadumę partie trąbki. Kończąc wątek porównania obu wersji, sekwencja uległa lekkiej zmianie oraz pozmieniano w kilku przypadkach tytuły utworów. Wszystkie powyższe różnice są raczej kosmetyczne, ale tak czy siak przemawiają moim zdaniem za wyższością pierwotnego materiału. Jego siłą i unikalnością zawsze była cykliczna budowa - centralne, dłuższe kompozycje obstawione zabawnymi i uroczymi winietami, stwarzającymi obraz wielkiego, epizodycznego szaleństwa. Śmiała, ogromnie ambitna metoda konstruowania tych centralnych kompozycji na zasadzie kilku różnych sekcji mieszczonych w popowym formacie, w postaci "Heroes and Villains" i megahitu "Good Vibrations" jest tego najdobitniejszym potwierdzeniem. Pod samym względem jakości produkcji, są oczywiście utwory odstające od siebie, dla przykładu "I'm In Great Shape", ale to sporadyczne wyjątki od generalnie dobrze brzmiącej całości.

Ciekawie napisał w swojej recenzji dziennikarz Guardiana, uznając "Smile" za pierwszą oznakę psychologicznego spustoszenia używania LSD, przejawu mrocznej strony narkotykowego doświadczenia, które słyszy się na późniejszych płytach Barretta czy Skipa Spence'a. I trudno mu nie przyznać racji, bo przykłady jakie podaje mówią same za siebie - żeby wymienić przerażające, złowieszcze "Fire" czy chłodne, samotne "Wind Chimes". Doprawdy, nie da się znaleźć czegoś podobnego w historii muzyki popularnej, więc powinniśmy się czuć szczęśliwą generacją, że to właśnie teraz legendarny album doczekał swojej oficjalnej premiery w domniemanie prawdziwym kształcie.
♫♫♫♫ 

*Do nabycia jest wersja 2 CD (oryginalny materiał z bonusami, fragmentami sesji) albo limitowany, przebogato wydany boks, w którym znajduje się aż 5 płyt z mnóstwem sesji nagraniowych, utworów demo itd., 2 płytami winylowymi, 2 singlami 7 calowymi, 60 stronicową książeczką.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Ulubione horrory z lat 2000-2009

Dawno nie robiłem żadnej listy, więc dla odmiany wrzucam krótką z umiłowanymi horrorami z poprzedniej dekady. Nie był to okres szczególnie udany dla tego gatunku, więc niestety wyboru sporego nie miałem (albo nie dotarłem do skrytych perełek). Wyjaśnia to np. obecność na mojej liście filmu rodzaju "The Host", w połowie dramatu, w połowie horroru. Z tą klasyfikacją gatunkową to nie była taka prosta sprawa, ale gdy zestawiłem go z "Taxidermią" czy "Głodem miłości", dziełami również kategoryzowanymi jako horrory, wydał mi się zdecydowanie bardziej trafnym wyborem.


The Host: Potwór, reż. Bong Joon-ho, rok 2006 Jak wyjaśniałem pokrótce we wstępie, jeden z paru filmów na liście, który nie jest czysty gatunkowo. Reżyser pomysłowo przemiela nurt Monster Movie przez społeczno-rodzinny dramat, wstrząsająco obrazując widzowi, że to własny rząd wydaje się bardziej przerażający niż ogromna, zmutowana ryba. Tak oryginalne, wciągające, a nawet niekiedy przejmujące …

Najlepsze filmy 2017 roku

To pierwsze podsumowanie od czasu 2013 roku, gdzie żaden z filmów nie zasłużył na miano arcydzieła. Ale wbrew pozorom to był dobry rok. Gdybym szedł śladem Cahiers du Cinema lub paru innych krytyków i postanowił uwzględnić 3. sezon "Twin Peaks" na swojej liście, to umieściłbym go na samym szczycie. Chociażby za ten nieprawdopodobny 8. odcinek. I korci mnie niezmiernie, bo pomimo ewidentnie serialowego formatu, ostatnie dzieło Lyncha i Frosta można również klasyfikować jako 18. godzinny film w duchu "Out 1" Rivette'a czy "Berlin Alexanderplatz" Fassbindera. Nawet dwa pierwsze odcinki miały pokaz kinowy w Cannes, a w przyszłym roku cały sezon zostanie puszczony w jednym z amerykańskich kin. Ale stwierdziłem, że lepiej jednak trzymać się propozycji stricte kinowych, żeby nie mącić zbytnio (choć gdybym faktycznie chciał wymieszać seriale z filmami, to zwycięzcą były 3. sezon "Pozostawionych" - najwspanialsza rzecz, jaką oglądałem w 2017 roku). …

Rodzina Soprano - popkulturowy majstersztyk

Fascynacja mafią/przestępczością zorganizowaną od niemalże pół wieku jest mocno zakorzeniona w świadomości kulturowej. Dzieje się to za sprawą głośnych filmów gangsterskich, tak często cytowanych w przeróżnych formach medialnych, żeby nie wymieniać tych najważniejszych: dwóch pierwszych części Ojca Chrzestnego Francisa Forda Coppoli, Chłopców z ferajny Martina Scorsese, Człowieka z blizną Briana De Palmy czy Dawno temu w Ameryce Sergio Leone. Gatunek filmów gangsterskich jest bez wątpienia niepodzielną własnością Amerykanów, choć pojawiają się wybitne wyjątki w postaci arcydzieł francuskiego reżysera Jean-Pierre'a Melville'a (Samuraj, W kręgu zła). O ile wpływ wczesnych filmów rodzaju Małego Cezara Mervyna Leroya, Wroga publicznego Williama Wellmana i oryginalnego Człowieka z blizną Howarda Hawksa na późniejsze arcydzieła gatunku jest niepodważalny, to jednak dopiero adaptacja powieści Mario Puzo dokonała znaczącej transformacji w sposobie portretowania mafii/gangsterów. Jak …