

To bez dwóch zdań moje największe odkrycie muzyczne od dłuższego czasu (po raz kolejny chartsy na RYMie są nieocenione). Dwie pierwsze płyty angielskiego artysty Billa Faya, przez długi czas bardzo nieznanego i okrutnie zapomnianego, po czterdziestu latach od swojego wydania mogą się dziś pochwalić statusem "lost classic", który zresztą pasuje do nich jak ulał. Słowo zagubione jest tutaj szczególnie trafne, bo niestety długo "Bill Fay" i "Time Of The Last Persecution" były pozycjami trudno dostępnymi, chodzącymi za horrendalne sumy. Na szczęście zremasterowane reedycje z 2005 roku nie tylko zmieniły tą postać rzeczy, ale przede wszystkim wygrały sobie znakomite recenzje w prasie brytyjskiej, uwagę na którą od dawna zasługiwały. Jakoś tak się składa, że gdy zaczynam je słuchać, to od razu pojawia się mi pewien obraz przed oczami, więc pozwolę sobie na małą dawkę fantazji (w kilku miejscach podparta faktami):
Początkujący, mający na koncie zaledwie jeden singiel Bill Fay jest kolejnym angielskim muzykiem, który pragnie się przebić w Stanach Zjednoczonych. Mający kontrakt z wytwórnią Deram, wyrusza do Los Angeles, gdzie w dwa dni nagrywa bujnie zaaranżowany, przepełniony specyficzną angielską melancholią debiut, brzmiący niczym krzyżówka Boba Dylana czy Leonarda Cohena z filmowymi, hollywoodzkimi orkiestracjami. Dla porównania, jest mniej introspektywny, bardziej rozbuchany i zdecydowanie ciekawszy niż Nick Drake, ale nic to nie pomaga, bo album okazuje się komercyjną porażką. Niepowodzenie mocno odbija się na stanie psychicznym Faya, który popada w depresję, rozbija się po spelunach miasta aniołów, przepijając pieniądze, które zarabia na czyszczeniu basenów. Jakoś udaje mu się zebrać i nagrać drugi album, "Time Of The Last Persecution", tym razem w jeden dzień. Znika hollywoodzka ornamentyka debiutu, a na jej miejsce pojawia się surowa, nawiedzona i apokaliptyczna hybryda folk rocka z pastoralnym popem. Głos Faya jest zrezygnowany, sprawiając wrażenie jakby zaraz miał się załamać, co przekłada się na całość uderzającą defetystycznymi, depresyjnymi tonami. Niestety album podziela los poprzednika i przechodzi bez echa. Fay na kilka lat znika z radaru, pod koniec dekady nagrywa jeszcze trzeci album, ale jego premiera zostanie odsunięta aż do roku 2005. W tym właśnie roku wytwórnia Eclectic wydaje wszystkie trzy albumy artysty, z których dwa pierwsze z rozpędu określa się singer-songwriterskimi perełkami, a Jeff Tweedy z Wilco ogłasza się wielkim fanem artysty. Fortuna Faya, przynajmniej na kilka chwil, odwraca się.
Oba albumy - ♫♫♫♫½ (w tej chwili chyba trochę wyżej stawiam drugi album, ale jest to różnica na zasadzie, powiedzmy w skali pitchforka, 9.1 i 9.2)
Highlights: Methane River / Pictures of Adolf Again
Początkujący, mający na koncie zaledwie jeden singiel Bill Fay jest kolejnym angielskim muzykiem, który pragnie się przebić w Stanach Zjednoczonych. Mający kontrakt z wytwórnią Deram, wyrusza do Los Angeles, gdzie w dwa dni nagrywa bujnie zaaranżowany, przepełniony specyficzną angielską melancholią debiut, brzmiący niczym krzyżówka Boba Dylana czy Leonarda Cohena z filmowymi, hollywoodzkimi orkiestracjami. Dla porównania, jest mniej introspektywny, bardziej rozbuchany i zdecydowanie ciekawszy niż Nick Drake, ale nic to nie pomaga, bo album okazuje się komercyjną porażką. Niepowodzenie mocno odbija się na stanie psychicznym Faya, który popada w depresję, rozbija się po spelunach miasta aniołów, przepijając pieniądze, które zarabia na czyszczeniu basenów. Jakoś udaje mu się zebrać i nagrać drugi album, "Time Of The Last Persecution", tym razem w jeden dzień. Znika hollywoodzka ornamentyka debiutu, a na jej miejsce pojawia się surowa, nawiedzona i apokaliptyczna hybryda folk rocka z pastoralnym popem. Głos Faya jest zrezygnowany, sprawiając wrażenie jakby zaraz miał się załamać, co przekłada się na całość uderzającą defetystycznymi, depresyjnymi tonami. Niestety album podziela los poprzednika i przechodzi bez echa. Fay na kilka lat znika z radaru, pod koniec dekady nagrywa jeszcze trzeci album, ale jego premiera zostanie odsunięta aż do roku 2005. W tym właśnie roku wytwórnia Eclectic wydaje wszystkie trzy albumy artysty, z których dwa pierwsze z rozpędu określa się singer-songwriterskimi perełkami, a Jeff Tweedy z Wilco ogłasza się wielkim fanem artysty. Fortuna Faya, przynajmniej na kilka chwil, odwraca się.
Oba albumy - ♫♫♫♫½ (w tej chwili chyba trochę wyżej stawiam drugi album, ale jest to różnica na zasadzie, powiedzmy w skali pitchforka, 9.1 i 9.2)
Highlights: Methane River / Pictures of Adolf Again
Właśnie go słucham, dzięki tobie facet ma nowego fana. Trochę w stylu Cata Stevensa, którego bardzo lubię. Szkoda, że nie pisałeś o tekstach piosenek, warto było coś o nich skrobnąć.
OdpowiedzUsuńFajnie, że się podoba pan Fay :) W teksty się pobieżnie wsłuchiwałem, i sprawiają wrażenie ciekawych, ale generalnie mało który słuchacz zwraca na nie szczególną uwagę, więc pominąłem ten wątek.
OdpowiedzUsuńDavid Tibet też jest jego fanem. Coptic Cat nawet wydał jakieś pozycje firmowane jego nazwiskiem.
OdpowiedzUsuńSłuchałem sporo "Time Of The Last Persecution" i mi się całkiem podoba ale osobiście, z takich folkowych lost classików wolę Jaksona C. Franka ( http://songsforloversandgangsters.blogspot.com/search/label/Jackson%20C.%20Frank ), Simona Finna(http://songsforloversandgangsters.blogspot.com/2011/03/simon-finn-jerusalem.html )czy Dave'a Bixby'ego ( http://songsforloversandgangsters.blogspot.com/search/label/Dave%20Bixby ).
... a nawet Charlesa Mansona wolę;).
OdpowiedzUsuńOgólnie fajny wpis. Proszę więcej takich.
pzdr
Dzięki :) Z tych rzeczy co wymieniłeś to kojarzę jedynie Finna z nazwiska, tamtych dwóch w ogóle, będę musiał obadać. Mansona to powinni powiesić do góry nogami i zadać mu z tysiąc ciosów nożem, tak żeby cierpiał jak najdłużej. I hate this guy.
OdpowiedzUsuńPozdrawiam
Ja jestem wielkim fanem jego twórczości:). "Lie" to dla mnie totalny kult.
OdpowiedzUsuńZresztą Beach Boysi wykonywali jeden z jego utworów: http://www.youtube.com/watch?v=WRObQ3AojC0
Powinieneś kojarzyć ich wersje: http://www.youtube.com/watch?v=MGmUESMQOgY
Dennis Wilson się bodajże przyjaźnił z Mansonem, więc nie dziwne, że wykonywali jego utwór. Kiedyś widziałem jakiś film fabularny chyba o Beach Boysach, i tam był wątek z Mansonem, śmiesznie ukazany. Wokół Mansona roztaczał się taki mrok, że aż tv parowało :) Zaskoczyłeś mnie z tym fanostwem. Fajnie Axl zagrał jego kawałek na Spaghetti Incident, ale moja generalna niechęć do takich beznadziejnie głupich istot jak Manson nie pozwala mi sięgnąć po jego "Lie". Szkoda mi czasu :)
OdpowiedzUsuńTen komentarz został usunięty przez autora.
OdpowiedzUsuńNie biorą się znikąd, ale swoje rozczarowania i gorycze nie muszą przekładać na bezsensowne odwety/działania itd. Nie był kozłem ofiarnym, a wręcz miał szczęście, że mu znieśli karę śmierci. Trzeba mieć też talent do takiego przeinaczania tekstów Beatlesów :p Czytałem w biografii Polańskiego o silnych powiązaniach Mansona z satanistami, co też może wiele tłumaczyć (szczególnie do sekty, której miał należeć). W tym wszystkim śliczna Tate miała niewiarygodnego pecha.
OdpowiedzUsuńCo do McCarthy'ego, przeczytam kiedyś oczywiście "Dziecię Boże". Cormac to mistrz. Muszę nabyć "Suttree", a w domu czeka też inna, wczesna pozycja z jego dorobku.
btw Słyszałeś już Death Grips?
OdpowiedzUsuńhttp://www.youtube.com/watch?v=uqcTVVUFnKQ Polecam. Jedna z fajniejszych płyt tego roku...
"Nie biorą się znikąd, ale swoje rozczarowania i gorycze nie muszą przekładać na bezsensowne odwety/działania itd."
Jak "wyrzutki społeczne", ludzie niedostosowani w końcu popełniają samobójstwo to stają się często romantycznymi legendami, albo biednymi nieudacznikami - ale gdy zwracają się przeciwko niemu to robi się z nich potworów.
Nie wydaje mi się to szczególnie uczciwym obrazem takich ludzi...
Watro się chyba w tym kontekście przypatrzeć Ameryce, tym co robiła i co teraz robi (ludobójstwa na znacznie większą skale) a może ogólnie społeczeństwu?
Ale to rozmowa na inną okazje... po strzępkach twojego światopoglądu które zawarte są w twoich wypowiedziach sądzę, że cokolwiek bym nie napisał w tym kontekście sprawi że zabrzmię dla ciebie jak nawiedzony świr:).
Dla mnie zabrzmisz jak ofiara społeczeństwa. A ja, jeśli powiem, że "From Hell" (po twoich wypowiedziach strzelam że nie czytałeś) jest dla mnie czymś na kształt biblii to dla ciebie zabrzmię jak ofiara wykreowanego przez popkulturę(sic!) romantycznego kultu seryjnych morderców.
Oba obrazy będą pewnie kłamliwe...
To zabawne jak łatwo nadziać się na przepaść kulturową... szczególnie że zaczęliśmy w punkcie który nas obu bardzo interesuje. Może lepiej było by porozmawiać o równie fascynującym (lub nawet bardziej jeśli o muzykę chodzi) C. Franku. W każdym razie "Lie" też daj szansę...
"o silnych powiązaniach Mansona z satanistami"
To chyba już później. Boyd Rice i Michael Moynihan zresztą się z nim spotykali w pierdlu. Acz teorii i legend było pewnie więcej niż jesteśmy w stanie spamiętać... więc nie będę się kłócił.
W każdym razie, jeśli idzie o ilość zabójstw to hipisi wygrywaj z satanistami (czy tam metalowcami) o kilka głów:).
"Nie był kozłem ofiarnym"
Był. Cała sprawa była narzędziem w rękach polityków i mediów. Tak naprawdę to był narkotykowy bonzo związany między innymi z Hells Angels. Zabójstwo Tate było logistyczną pomyłką w wojnach narkotykowych. Mansona to tam nawet nie było...
"Suttree" przyszło do mnie kilka dni temu ale mam w tej chwili coś innego do roboty... Okultura wydała książkę Jodorowskyego do której chce dosiąść w pierwszej kolejności.
Pozdrawiam.
Krzysztof
"Watro się chyba w tym kontekście przypatrzeć Ameryce, tym co robiła i co teraz robi (ludobójstwa na znacznie większą skale) a może ogólnie społeczeństwu?"
OdpowiedzUsuńTaki argument można od dawna wyciągać przeciwko Ameryce. Opinia, że to kraj, który ma największą liczbę seryjnych morderców (trzymając się tematu :P) mówi sama za siebie.
Nie brzmisz jak nawiedzony świr, spokojnie :)
"Dla mnie zabrzmisz jak ofiara społeczeństwa. A ja, jeśli powiem, że "From Hell" (po twoich wypowiedziach strzelam że nie czytałeś) jest dla mnie czymś na kształt biblii to dla ciebie zabrzmię jak ofiara wykreowanego przez popkulturę(sic!) romantycznego kultu seryjnych morderców.
Oba obrazy będą pewnie kłamliwe..."
Oba obrazy są kłamliwe, bo i mnie od dawna interesowała tematyka seryjnych moderców. To swoista charakterystyka popkultury, jej ciemnej strony, jakże fascynującej. To że nie pochwalam Mansona nie oznacza, że jestem ofiarą społeczeństwa. Zresztą pisałem już tutaj o filmach z motywem serial killer, co samo o sobie świadczy :) From Hell, jeśli chodzi Ci o komiks, to nie czytałem, widziałem za to film, dosyć średni. Za to komiks mnie zainteresował, i to bardzo nawet.
"W każdym razie, jeśli idzie o ilość zabójstw to hipisi wygrywaj z satanistami (czy tam metalowcami) o kilka głów:)."
Nie zgodziłbym się :) Poczytaj sobie o black metalowcach, także osobnych przypadkach osób związanych z około okultystyczną tematyką - nawet wczoraj natrafiłem na dwa przykłady, których wcześniej nie znałem. Postawiłbym na remis raczej :)
"Był. Cała sprawa była narzędziem w rękach polityków i mediów. Tak naprawdę to był narkotykowy bonzo związany między innymi z Hells Angels. Zabójstwo Tate było logistyczną pomyłką w wojnach narkotykowych. Mansona to tam nawet nie było..."
Oczywiście to miał być przykład czegoś, ale w tym wypadku słusznie go skazano. Ten przypadek nawet więcej mówi - kończy spektakularnie hipisowski sen, okazuje się, że gwiazdy hollywood, żyjące beztrosko, nawet nie zamykające drzwi zbytnio do swoich mieszkań, są w ogromnym zagrożeniu. Wystarczy poczytać co się działo tuż po zabójstwach, jak Polańskiego i jego żonę atakowano za rozpustny tryb życia, podejrzewano o orgie i inne jazdy. Media zrobiły konkretną nagonkę i bańka z idealnym snem hipisów pękła. Dodać Altamont i mamy rok katastrofy, ten 1969.
Co do Masona, miał należeć do satanistycznej frakcji, Proces, która miała siedzibę w Londynie, a później się przeniosła do Stanów. Ale jak mówisz, teorii jest tysiące, co moim zdaniem też wpływa na ciekawą otoczkę wokół. Ja takie sprawy lubię. Czytam teraz "Wadę ukrytą" Pynchona i akcja książki dzieje się tuż po morderstwach Tate i reszty, i co chwilę czuć sprawę Mansona unoszącą się w powietrzu jak niebezpieczny gaz, nawet same wypowiedzi bohaterów wskazują, że przez te wydarzenie L.A. ogarnęła paranoja. Bajeczna sprawa.
Jak jak trafię na jakąś kaskę, to od razu zakupię "Suttree" :)
Ten komentarz został usunięty przez autora.
OdpowiedzUsuńFilm "From Hell" jest bardzo zły i niewiele ma wspólnego z komiksem (w komiksie nie ma nawet postaci granej przez Deepa).
OdpowiedzUsuń"Media zrobiły konkretną nagonkę i bańka z idealnym snem hipisów pękła. Dodać Altamont i mamy rok katastrofy, ten 1969. "
Nie tylko hipisowski sen pęka. Rozpada się mit amerykańskiego snu, kompromitują się władze itd . Swoją drogą na ten okres datuje się powstanie Gore. Ostatnio nad tym zresztą siedziałem bo zajmowałem się książką Piotrka Sawickiego o której już pisał Marcin... Też tę książkę polecam.
Zobacz film "Żywe tarcze" Bogdanovicha. Powinien cię zainteresować. Jeśli ogląda się go ze świadomością kontekstu społeczno/politycznego to można uznać go za arcydzieło.
Już zacząłem polować za komiksem :) Sawicki bardzo fajnie pisał na stronie horror.com.pl, więc pewnie książka daje radę. Czytałem zresztą jakieś recki o niej.
OdpowiedzUsuńAmerykański sen po hipisach wciąż funkcjonował, ale bardzo mocno nadszarpnięty. Watergate roztrzaskało wszystko co mogło.
Targets jest od dawna na wishliście, nawet miałem na dniach oglądać :) Ciekawie go zrobiono, i sam temat kolesia strzelającego do przychodniów zbiegał się ciekawie z zabójstwem senatora Kennedy'ego, stąd obawiali się, że film przepadnie w kinach. Jak się okazało, było na odwrót, film trafił w jakiś nerw.