
Wczoraj miałem nieprzyjemność obcować z dawno niespotykanym na taką skalę badziewiem filmowym pt: Gwałt. Przerażająco amatorsko zrealizowany, czy raczej niezrealizowany, właściwie porno zamaskowane jako kino zemsty, "Gwałt" jest tak debilny, że aż przecierałem oczy ze zdumienia. Pomijając idiotyczne dialogi rodem z najbardziej finezyjnych produkcji porno, szczególnie wysysała moją energię bezsensowna jatka, jaką urządzają dwie antybohaterki, przeplatana do tego ich bezsensowną kopulacją z przypadkowo napotkanymi mężczyznami. Tylko pozazdrościć wyzwolenia. Skończyło się na tym, że musiałem przewijać film, by wytrzymać do końca. A to mi się raczej nie zdarza. I tutaj jak na dłoni można zauważyć różnicę między tępą próbą łamania tabu w kinie a prawdziwym wstrząsem, jaki wywołuje na widzu opisywany przeze mnie już kiedyś Srpski film. Właściwie jeszcze odważniejszy w przemocy od "Gwałtu", pod swoją szokującą powierzchnią kryje jakąś treść. Nawet jeśli ktoś jej nie dostrzega, to znakomita realizacja mocno wynosi film na ponadprzeciętny poziom. A nie wiem co kryje "Gwałt", tym bardziej, że walorów estetycznych nie przedstawia żadnych. Na pewno nie kryje zemsty radykalnej feministki, bo twórczynie filmu to z jednej strony aktorka porno, a z drugiej pisarka, która parała się swego czasu prostytucją. Jedyne co mają na myśli to przemoc, gwałt, seks, mord, seks, mord, mord. Ta magiczna wyliczanka udowadnia, że od samego początku nie zakładały nic ambitnego. Niepoczytalność autorek i ich brak zrozumienia sztuki filmowej można co najwyżej brać za przykład, jak nie powinno się kręcić filmów. Aż smutno się robi, że "Gwałt" zaliczany jest do nowej ekstremy francuskiej, bo nawet jeśli znajdziemy wśród niej słabe pozycje, to żadna z nich pewnie nie sięga poziomu "Baise-moi".
Komentarze
Prześlij komentarz