Przejdź do głównej zawartości

Pompa i szmira, czyli 84 rozdanie Oskarów

Najgorsze nagrody filmowe po raz kolejny za nami. Po raz pierwszy postanowiłem poświęcić się i obejrzeć galę w całości, by zobaczyć jak to wszystko wypada. Już wiem, że będzie to ostatni raz. Nie dość, że jest to wyjątkowo nudna uroczystość, pretensjonalna i sztuczna do bólu, to te ciągle wylewające się z każdej strony laudacje sprawiły, że po pół godzinie chciało mi się wymiotować. Host programu, Billy Crystal, był tak samo nieśmieszny jak w swoich filmach, rzucając na prawo i lewo ogranymi, rasistowskimi żartami, z których widownia zresztą najbardziej się śmiała. Tematycznie 84 rozdanie podporządkowane było magii kina, stąd sporo w trakcie uroczystości było przemyśleń znanych aktorów o tym, co czyni film wielkim, co zrobić by kreacja była zapamiętana itd. Tutaj również nic ciekawego nikt nie powiedział.

Co do samych werdyktów i ułożenia kategorii - pożywki jak zawsze trochę jest. Już na początku absurdem było rozpoczęcie przyznawania Oskarów od tak ważnej kategorii jak najlepsze zdjęcia. Widocznie ten kto układał program uznał, że najlepiej jest ją wsadzić na sam początek, bo jej znaczenie nie jest zbyt wielkie. Kolejnym kuriozum była kategoria najlepszej piosenki - dwóch nominowanych. Ciężko doszukać się tutaj jakiejkolwiek logiki i zabawnie musiał czuć się wygrany.

Innym dużym minusem byli sami aktorzy wręczający Oskara. W większości nie popisali się niczym szczególnym, zapowiadając drętwie kolejne kategorie. Za jedyny plus trzeba uznać akcję mockumentary Roberta Downey Jr'a oraz podlaną szczyptą dobrego humoru zapowiedź Colina Firtha. Christopher Plummer wypadł za to zdecydowanie najlepiej z osób, które otrzymały statuetkę.

Co do najważniejszych kategorii, to cieszą mnie wygrane "Artysty" i "Rozstania", szczególnie tego drugiego, dla mnie bezsprzecznego arcydzieła. Pierwszy to pstryczek w nosa dla Amerykanów, bo nagroda nie powędrowała do ich rąk ani w kategorii reżysera, ani aktora, ani filmu. Dla zasady miła odmiana. Zakład Pitta i Clooneya został elegancko unieważniony przez Jeana Dujardina, który już w tej chwili prezentuje się jak dawna gwiazda Hollywood, w stylu Granta czy Gable'a. Teraz tylko czekać na propozycje w dużych amerykańskich filmach. Żałuję trochę, że Gary Oldman obszedł się smakiem. W sumie i tak jego nominacja jest sukcesem, bo wcześniej ani razu nie dostąpił tego "zaszczytu". Co ciekawe i zabawne w tym wszystkim, ale w pewnym sensie spójne z tematem przewodnim gali - dwaj najwięksi triumfatorzy, czyli "Artysta" i "Hugo", to obrazy ewidentnie naznaczone nostalgią, duchem starego kina. Bukmacherzy mieli nosa. Ja osobiście bardzo chciałem nagrody dla Malicka i jego "Drzewa życia", ale kino tak artystyczne i głębokie szans na przebicie się właściwie żadnych mieć nie mogło.

W studiu Canal + prowadzący, jak to zazwyczaj z nami bywa, byli wielkimi patriotami i bardzo liczyli na wygraną Agnieszki Holland. Na szczęście wygrał film, który wygrać musiał. Zresztą kategoria filmu nieanglojęzycznego od dawna jest kategorią traktowaną po macoszemu, pomijającą wiele wybitnych filmów w nominacjach, i co gorsze, dającą statuetkę tym, których już nikt w tej chwili nie pamięta. Przemówienie Farhadiego było najmądrzejsze ze wszystkich, dodające do tej całej farsy trochę poważniejszych, politycznych akcentów.

Tak już na sam koniec powiem, co mnie najbardziej zgorszyło. Oczywiście Oskar dla Meryl Streep. Tysiące nominacji, dwie wygrane, więc pytam się po co trzeci triumf? Za co? Nawet sama zainteresowana w pierwszej reakcji żartobliwie odniosła się do tego. Być może ma świadomość, że Oskara przyznano jej bardziej za zasługi, za to, że była w ostatnich kilkunastu latach wiecznym statystą, a nie za jakąś szczególnie wybitną rolę. Wiadomo nie od dziś, że wcielanie się w postacie historyczne jest idealnie bezpiecznym ruchem, znacznie zwiększającym szansę na wygranie. No i po raz kolejny to się potwierdziło. Szkoda, bo każdą kolejną rolą potwierdzająca swoją elastyczność i talent Michele Williams zdecydowanie najbardziej zasługiwała na to wyróżnienie. Skandaliczne pominięcia w nominacjach Michaela Fassbendera i Ryana Goslinga, w ogóle filmu "Drive" (!) w wielu kategoriach, czy "Melancholii", skłania mnie jeszcze mocniej niż w tamtym roku do wniosku, że jedyne co można zrobić z tymi Oskarami, to ich nie przyznawać, zakończyć raz na zawsze to idiotyczne hochsztaplerstwo.

Komentarze

  1. To jest jedna wielka rewia mody. Też kiedyś zarwałem dla niej noc. Też obiecałem sobie, że już nigdy nie zmarnuję w ten sposób czasu. I od razu lepiej się żyje.

    OdpowiedzUsuń
  2. Masz rację. Raz zobaczyłem, przekonałem się co to jest, podziękowałem :) A propos tej rewii mody - wywiady na czerwonym dywanie to największe włażenie w dupę aktorom jakie w życiu widziałem. Żenada jednym słowem.

    OdpowiedzUsuń
  3. O wreszcie relacja, którą chciało mi się doczytać do końca. Co do nagród, to interesowała mnie tylko kwestia "Rozstania", chyba oczywista nawet dla Akademii.

    OdpowiedzUsuń
  4. Troszkę marudzicie (nawet, powiedziałbym, trochę na wyrost), więc i ja pomarudzę ;). Pominięcie - po raz kolejny - Lubezkiego za zdjęcia do "Drzewa życia" (a wcześniej za wybitną operatorską robotę przy "Ludzkich dzieciach" na rzecz "Labiryntu Fauna") oraz nagroda dla "Hugo" za efekty specjalne, to jakieś kurioza. Jednak sama gala znacznie lepsza niż w zeszłym roku - kilka ładnych przemów ("Saving Face", Farhadi, Plummer i Streep, która pokazała klasę), kilka udanych prezentacji (Chris Rock, Emma Stone, Muppety). Oczywiście same nominacje raczej nieciekawe i powierzchowne, ale należy pamiętać, że to Amerykańskie Nagrody Filmowe, a nie Światowe (jak niektórzy nieraz myślą) i oddają jakąś wypadkową amerykańskich gustów, dla których "Melancholia", "Drive" czy taki "Szpieg" (który nie dostał nom. za najlepszy film na rzecz czego? "Ofiar Wojny"? Filmu o WTC?) to jednak kino mniej przystępne (a i tak to wciąż przecież kino w pewnym stopniu komercyjne). Mimo wszystko - nie było źle, miło było niektóre twarze zobaczyć (czy np. przejąć się anorektyczną sylwetką Angeliny albo Rose Byrne), ale przede wszystkim trzeba starać się nie myśleć jednak o Oscarach jako specjalnie poważnych nagrodach...

    OdpowiedzUsuń
  5. Mariusz - miło mi :) No mnie kwestia "Rozstania" interesowała najbardziej też. Reszta to w ramach ciekawości, choć jako uczestnik kościoła Malicka liczyłem na mały cud, ale nikt nie zamienił nominacji w Oskara, więc wina się nie napiję.

    Karol - Odniosę się do ostatniego zdania na początek - właśnie Oskary sprawiają wrażenie, jakby były właśnie tak prestiżowe, ważne, jedyne w swoim rodzaju. Stąd takie podejście do nich jest jak najbardziej uwarunkowane. Masz rację z Lubezkim - to czysta kpina, bo zdjęcia "Drzewa życia" to tylko w ramki oprawiać. Jasne, że pamiętamy o formule Oskarów, że są to Amerykańskie nagrody filmowe, ale mogliby znaleźć wiele lepszych filmów niż to, co w końcu wybierają. Niestety ciągle u nich działa poprawność polityczna, stąd Oskar dla czarnoskórej aktorki, stąd wybór filmów, które politycznie są konserwatywne, są łzawe, sentymentalne itd. Ja tam się nie przejąłem anorektyczną sylwetką Jolie, ale za to wspaniale wyglądała Michele Williams - ta kobieta ma w sobie tyle naturalnego uroku, że dosłownie bije na głowę większość tych sztucznych, nic nie wartych "lasek" jak Camerion Diaz. Marudzić sobie lubimy, więc co tu zrobić ;)

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Ulubione horrory z lat 2000-2009

Dawno nie robiłem żadnej listy, więc dla odmiany wrzucam krótką z umiłowanymi horrorami z poprzedniej dekady. Nie był to okres szczególnie udany dla tego gatunku, więc niestety wyboru sporego nie miałem (albo nie dotarłem do skrytych perełek). Wyjaśnia to np. obecność na mojej liście filmu rodzaju "The Host", w połowie dramatu, w połowie horroru. Z tą klasyfikacją gatunkową to nie była taka prosta sprawa, ale gdy zestawiłem go z "Taxidermią" czy "Głodem miłości", dziełami również kategoryzowanymi jako horrory, wydał mi się zdecydowanie bardziej trafnym wyborem.


The Host: Potwór, reż. Bong Joon-ho, rok 2006 Jak wyjaśniałem pokrótce we wstępie, jeden z paru filmów na liście, który nie jest czysty gatunkowo. Reżyser pomysłowo przemiela nurt Monster Movie przez społeczno-rodzinny dramat, wstrząsająco obrazując widzowi, że to własny rząd wydaje się bardziej przerażający niż ogromna, zmutowana ryba. Tak oryginalne, wciągające, a nawet niekiedy przejmujące …

Filmy roku 2016

10.  Rycerz Pucharów (Knight of Cups), reż. Terrence Malick

Malick kręci już tylko hermetyczne poematy o zadęciu symfonicznym, ale tutaj nawet Hollywoodzka apatia potrafi zahipnotyzować. Wszystko dzięki niewidzialnemu montażowi. 

09.  Zaproszenie (The Invitation), reż. Karyn Kusama

Niezła zabawa z oczekiwaniami widza: to tylko kolejna niezręczna kolacja czy coś zupełnie innego? Choć bez zaskoczeń, to jednak umiejętne wykorzystanie lokacji jako ziemi obiecanej dla... Bez spoilerów. 

08. Hush, reż. Mike Flanagan

Home Invasion w soczystej postaci. Mniej ironiczne i zabawne od "Następny jesteś ty", ale bardziej kinetyczne i surowe. Przez co odrobinkę lepsze. 

07. Ostatnia rodzina, reż. Jan P. Matuszyński

Aktorstwo jest znakomite (poza szarżującym Ogrodnikiem), ale zadziwia dojrzałość reżysera debiutanta. Wszystko jest tu duszne, przepełnione mrokiem i depresją. Świata zewnętrznego niemal nie widzimy - tylko cztery ściany i ludzkie dramaty. 

06. Syn Szawła (Saul fia), reż. Laszlo Nem…

Rodzina Soprano - popkulturowy majstersztyk

Fascynacja mafią/przestępczością zorganizowaną od niemalże pół wieku jest mocno zakorzeniona w świadomości kulturowej. Dzieje się to za sprawą głośnych filmów gangsterskich, tak często cytowanych w przeróżnych formach medialnych, żeby nie wymieniać tych najważniejszych: dwóch pierwszych części Ojca Chrzestnego Francisa Forda Coppoli, Chłopców z ferajny Martina Scorsese, Człowieka z blizną Briana De Palmy czy Dawno temu w Ameryce Sergio Leone. Gatunek filmów gangsterskich jest bez wątpienia niepodzielną własnością Amerykanów, choć pojawiają się wybitne wyjątki w postaci arcydzieł francuskiego reżysera Jean-Pierre'a Melville'a (Samuraj, W kręgu zła). O ile wpływ wczesnych filmów rodzaju Małego Cezara Mervyna Leroya, Wroga publicznego Williama Wellmana i oryginalnego Człowieka z blizną Howarda Hawksa na późniejsze arcydzieła gatunku jest niepodważalny, to jednak dopiero adaptacja powieści Mario Puzo dokonała znaczącej transformacji w sposobie portretowania mafii/gangsterów. Jak …