
Nie mogło się obyć bez koszmarnych pomyłek rzecz jasna, którą była nagroda dla Sandry (Bulldog) Bullock. Należy ona do aktorek, które nie mają ani jednej wybitnej kreacji na koncie, a z tymi dobrymi to trzeba by było pewnie mocno poszukać, by znaleźć coś zacnego (może miasto gniewu?), więc tym bardziej dziwi decyzja Akademii (zabawne, bo oni zwracają głównie uwagę na całokształt aktora, ale być może wygrała poprawność polityczna roli Bulldoga). Oskar dla Jeffa Bridgesa jak najbardziej zasłużony - aktor tak charakterystyczny jak on już wcześniej powinien zgarnąć go, ale dobrze, że w końcu to nastąpiło. "Dude" zwyciężył. To, że Waltz wygra to było wiadomo od dawna i potwierdza moją teorię, że za drugoplanowe role, nagrody dostają ostatnio ci aktorzy, którzy stworzyli bardzo widowiskowe role (jak Heath Ledger i Javier Bardem). Ale i tak to mało istotne (nie chcę wspominać o nieanglojęzycznych filmach, bo to od jakiegoś czasu lekka kpina, jeśli chodzi o triumfatorów). Oglądanie imprezy to strata czasu - lepiej przeczytać wyniki rano i tak jak ja, pobawić się z nudów w komentowanie.
Komentarze
Prześlij komentarz