Przejdź do głównej zawartości

Zapomniane arcydzieło lat 90.

Czasem nie ma to jak powrót do muzyki, którą jeszcze parę lat temu słuchało się z wypiekami na twarzy. W większości przypadków, tego typu sentymentalne wycieczki pozostają dziwnym i fascynującym artefaktem z przeszłości, nie posiadającym już tej mocy, którą posiadał w okresie inicjacji. Zainteresowanie dokonaniami bohatera tego wpisu przypadało na okres mojej fascynacji britpopem. Zespoły, które wtedy uwielbiałem - chociażby Blur i Pulp - dalej robią na mnie wielkie wrażenie, ale w przypadku odświeżania dwóch pierwszych płyt Suede - szczególnie tej drugiej - byłem lekko zdumiony. Nie spodziewałem się emocji bliskich mojemu pierwszemu poznawaniu tego dzieła. Dlatego postanowiłem napisać coś o nim, by być może przypomnieć komuś o jego istnieniu.



Suede, Dog Man Star, rok 1994

Teatralny, tragicznie romantyczny, nad wyraz ambitny i nieprzeciętnie ponury Dog Man Star okazał się w 1994 roku łabędzim śpiewem Suede. Tuż przed końcem jego nagrania, odszedł drugi filar grupy, gitarzysta Bernard Butler. Napięcie towarzyszące w czasie nagrywania tej płyty między wokalistą Brettem Andersonem okazało się dla wyjątkowo uzdolnionego Butlera nie do wytrzymania. Jego odejście zakończyło pierwszy etap w karierze zespołu; żywot krótki, ale pełny chwały. Do jego wyżyn artystycznych nigdy nie udało się już zespołowi dosięgnąć, choć zdarzyły się im później jeszcze dwa świetne albumy (Coming Up i Head Music). Swego czasu prasa brytyjska bardzo często porównywała Andersona i Butlera do słynnego duetu Morrissey-Marr z The Smiths, pokładając w nich ogromne nadzieje, które przerodzą się nie tylko w królowanie na krajowym rynku, ale także w podbój od dawna wówczas nieosiągalnej Ameryki. Stąd oczekiwania wobec drugiego albumu Suede były ogromne. Choć Ameryka pozostała niewzruszona (pomimo dobrych recenzji), to rozpatrywanie albumu poprzez komercyjne wyniki nie ma większego znaczenia. Jego najbardziej niesamowitym aspektem pozostaje fakt, że pomimo wyniszczającego konfliktu wewnątrz grupy, w jakiś zupełnie magiczny sposób duet songwriterów umiał przenieść swoje kompozycje na zupełnie nowy obszar, wyróżniający się zdecydowanie szerszym zakresem stylistycznym i potężniejszym brzmieniem niż ich słynny debiut, tak świetnie przecież odkurzający glam-rockowe pretensje i dwuznaczną seksualność. Wszystko na Dog Man Star było mocno zatopione w depresyjnym nastroju, pogłębianym przez gorzkie, pełne rezygnacji obserwacje życia angielskiego społeczeństwa w metropolii. Wystudiowane wokalizy Andersona, bliskie operowej maniery - nie daleko jego idola, Davida Bowiego - w balladach "Wild Ones" i "The Two Of Us" lśniły rzadko spotykanym w muzyce rockowej lat 90. majestatem. Nawet jeśli styl tej muzyki nie był zarezerwowany dla każdego słuchacza, to przynajmniej domagał się szacunku i braw za samo wykonanie. Bo ten konkretny pomost między powyżej wymienionymi, cudownie pretensjonalnymi balladami i dramatycznymi glam-rockowymi hymnami jak "We Are The Pigs" i "New Generation" decydował o wielkiej wartości albumu. Czasem ich górnolotne aspiracje rozbijały się o ziemię, jak w wyjątkowo nadętym "Black Or Blue", ale w następującym po nim 9-minutowym triumfie gitarowej nerwicy w "Asphalt World", ekstaza sięgała zenitu. Tylko żal mnie ściska, że nikt po 1994 roku nie pokusił się o stworzenie podobnej, barokowo inkrustowanej muzyki, określonej przez Simona Reynoldsa jako wyżyny omdlewającej histerii. Widocznie trzeba tak dobrych narkotyków, jakimi napędzał się wtedy Anderson. 

Ciekawe jest to, że niezwykle ciepło przyjęty album w swoim czasie nawet w Wielkiej Brytanii nie powtórzył sukcesu, jakim cieszył się ich debiut i kilka lat potem już mało kto o nim pamiętał. Można to tłumaczyć oczywiście jego nieprzystępnością  ale tak w jak każdej dziedzinie życia, w muzyce również istnieją przeraźliwe przykłady niesprawiedliwości, i Dog Man Star niefortunnie załapał się do grona pechowców. Ja jednak po przypomnieniu sobie tego nagrania, jeszcze mocniej się utwierdzam w przekonaniu, że symultanicznie góra Olimp i Waterloo britpopu - artystyczne, pop-glam-rockowe arcydzieło Suede to jeden z ukrytych diamentów muzyki lat 90.
♫♫♫♫

Komentarze

  1. Serdeczne dzięki za rekomendację tej płyty. Nie znałem zespołu Suede, ale ten album bardzo przypadł mi do gustu. Zobaczymy, czy takie same emocje wywoła za kilka lat. Teraz pora na szersze poznanie dorobku grupy :).

    OdpowiedzUsuń
  2. Bardzo mnie to cieszy :) No pierwszy album nie jest wcale dużo gorszy od "Dog Man Star". A późniejsze już mniej ambitne, ale dosyć przyjemne do słuchania.

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Ulubione horrory z lat 2000-2009

Dawno nie robiłem żadnej listy, więc dla odmiany wrzucam krótką z umiłowanymi horrorami z poprzedniej dekady. Nie był to okres szczególnie udany dla tego gatunku, więc niestety wyboru sporego nie miałem (albo nie dotarłem do skrytych perełek). Wyjaśnia to np. obecność na mojej liście filmu rodzaju "The Host", w połowie dramatu, w połowie horroru. Z tą klasyfikacją gatunkową to nie była taka prosta sprawa, ale gdy zestawiłem go z "Taxidermią" czy "Głodem miłości", dziełami również kategoryzowanymi jako horrory, wydał mi się zdecydowanie bardziej trafnym wyborem.


The Host: Potwór, reż. Bong Joon-ho, rok 2006 Jak wyjaśniałem pokrótce we wstępie, jeden z paru filmów na liście, który nie jest czysty gatunkowo. Reżyser pomysłowo przemiela nurt Monster Movie przez społeczno-rodzinny dramat, wstrząsająco obrazując widzowi, że to własny rząd wydaje się bardziej przerażający niż ogromna, zmutowana ryba. Tak oryginalne, wciągające, a nawet niekiedy przejmujące …

Rodzina Soprano - popkulturowy majstersztyk

Fascynacja mafią/przestępczością zorganizowaną od niemalże pół wieku jest mocno zakorzeniona w świadomości kulturowej. Dzieje się to za sprawą głośnych filmów gangsterskich, tak często cytowanych w przeróżnych formach medialnych, żeby nie wymieniać tych najważniejszych: dwóch pierwszych części Ojca Chrzestnego Francisa Forda Coppoli, Chłopców z ferajny Martina Scorsese, Człowieka z blizną Briana De Palmy czy Dawno temu w Ameryce Sergio Leone. Gatunek filmów gangsterskich jest bez wątpienia niepodzielną własnością Amerykanów, choć pojawiają się wybitne wyjątki w postaci arcydzieł francuskiego reżysera Jean-Pierre'a Melville'a (Samuraj, W kręgu zła). O ile wpływ wczesnych filmów rodzaju Małego Cezara Mervyna Leroya, Wroga publicznego Williama Wellmana i oryginalnego Człowieka z blizną Howarda Hawksa na późniejsze arcydzieła gatunku jest niepodważalny, to jednak dopiero adaptacja powieści Mario Puzo dokonała znaczącej transformacji w sposobie portretowania mafii/gangsterów. Jak …

Filmy roku 2016

10.  Rycerz Pucharów (Knight of Cups), reż. Terrence Malick

Malick kręci już tylko hermetyczne poematy o zadęciu symfonicznym, ale tutaj nawet Hollywoodzka apatia potrafi zahipnotyzować. Wszystko dzięki niewidzialnemu montażowi. 

09.  Zaproszenie (The Invitation), reż. Karyn Kusama

Niezła zabawa z oczekiwaniami widza: to tylko kolejna niezręczna kolacja czy coś zupełnie innego? Choć bez zaskoczeń, to jednak umiejętne wykorzystanie lokacji jako ziemi obiecanej dla... Bez spoilerów. 

08. Hush, reż. Mike Flanagan

Home Invasion w soczystej postaci. Mniej ironiczne i zabawne od "Następny jesteś ty", ale bardziej kinetyczne i surowe. Przez co odrobinkę lepsze. 

07. Ostatnia rodzina, reż. Jan P. Matuszyński

Aktorstwo jest znakomite (poza szarżującym Ogrodnikiem), ale zadziwia dojrzałość reżysera debiutanta. Wszystko jest tu duszne, przepełnione mrokiem i depresją. Świata zewnętrznego niemal nie widzimy - tylko cztery ściany i ludzkie dramaty. 

06. Syn Szawła (Saul fia), reż. Laszlo Nem…