Przejdź do głównej zawartości

Poza gatunkiem - Sci-fi

Oba filmy będą pokazywane na festiwalu "Transatlantyk" w Poznaniu (15-22.08.2012):


Shuffle, reż. Kurt Kuenne, rok 2011


Jak się okazuje po niespełna pół godzinie, historia cierpiącego na narkolepsję Lovella Milo (T.J. Thyne) nie za wiele ma wspólnego z science-fiction. Film zaczyna się od jego rozpaczliwej przemowy, wyjaśniającej szczególnie kłopotliwe objawy schorzenia – Milo zasypia w najmniej oczekiwanym momencie, by zawsze budzić się w innym okresie swego życia. Wynikająca z tego niepewność i frustracja, doprowadza go do opłakanego stanu. Podczas jednego z kolejnych przeskoków dostaje niespodziewanie wskazówkę, że w całym tym chaosie jest jakiś cel. I choć ekspozycja ma coś z kina gatunkowego, bo w przenośni ukazuje podróże w czasie, to cała ta zaburzona chronologia sprytnie ukrywa prawdziwy zamysł i przesłanie reżysera: oto mamy przed sobą wyciskacza łez w duchu starych, humanistycznych Hollywoodzkich melodramatów, z domieszką Opowieści wigilijnej i Strefy mroku. Po raczej posępnym początku, ton opowieści staje się nieco pogodniejszy i bardziej dramatyczny, narracja żywsza, a emocje przybierają sinusoidalny wykres – gdy jest smutno, to za chwilę robi się wesoło. I tak w kółko. Życie Milo, tak jak otaczających go osób, zostało pokazane w sposób przesadnie wyidealizowany, bo pomimo tego posiatkowania fabularnego, raczej domyślimy się w jakim kierunku to wszystko zmierza. Ale jest coś ujmującego w obrazie Kuenne. Niejedna scena, jak chociażby ta, w której Grace (świetna Paula Rhodes) wyraża przed zgromadzonymi swoje wielkie uczucie do Milo, zawiera niemały ładunek emocjonalny. I pomysł by nadać staroświeckiemu z natury dramatowi taką konstrukcję (budzącą pewne skojarzenia z Memento Christophera Nolana, tym bardziej, że bohater cierpi na rzadką chorobę i musi poukładać puzzle ze swojej pamięci) trzeba uznać za całkiem udany.
★★½
Pokazy 16 i 17 sierpnia.

Lunopolis, reż. Matthew Avant, rok 2009


Mockumentów nigdy dość. A na pewno takich, w których fabuła jest podobnie szalona, co w Lunopolis. Oto mamy przed sobą historię dwóch badaczy zjawisk paranormalnych, którzy przypadkowo dowiadują się o wielkim sekrecie – mianowicie, że na księżycu od wieków żyją ludzie! Co więcej, odkrywane przez nich ślady wskazują, że spore powiązania z tą rewelacją ma pewna tajemnicza ziemska organizacja, czyli Kościół Lunologii.

Pierwsze minuty filmu błyskawicznie nasunęły mi skojarzenia ze znakomitym australijskim mock horrorem, The Tunnel z 2011 roku, który również na samym początku zaryzykował zdradzeniem losu bohaterów. W Lunopolis to rozwiązanie wypada akurat trochę lepiej, bo po pierwsze konwencja jest mniej restrykcyjna, i po drugie – ciężko się domyślić przed samym końcem, co tak naprawdę się z nimi stało. A koniec ma nastąpić, a jakżeby inaczej, w dniu 22 grudnia 2012 roku. Nagrania badaczy same w sobie pokazane są w filmie dokumentalnym, gdzie jest i zabawnie łamiący angielszczyznę narrator, i „znamienici” goście ze świata nauki. Swoista parodia teorii spiskowych, jaką prezentuje Avant, rozgrywana jest oczywiście na poważnie, co tylko potęguje komiczny wymiar całości. Wiadomo nie od dziś, że amerykańska kultura żywi się wszelkimi mitami i teoriami spiskowymi, występującymi w genialnych powieściach Thomasa Pynchona lub w tasiemcowym Archiwum X. W Lunopolis uświadczymy małą kumulację tego: teorie o podróżowaniu w czasie, nieskończonej ilości wymiarów, Atlantydzie i katastrofie w Roswell. A to tylko przedsmak tego co nas czeka. Okazuje się nawet, że np. Elvis Presley i Aleksander Wielki są nikim innym, jak przybyszami z przyszłości!

Najlepszym wątkiem w filmie jest dla mnie zdecydowanie Kościół Lunologii. Nie wiem czy reżyser faktycznie sobie tak założył, ale nie mogłem się oprzeć wrażeniu, że zbudował go na przykładzie scjentologii. Tak jak jej wyznawcy, lunolodzy mocno strzegą tajemnic swojej organizacji, mają szerokie powiązania i są typową sektą, piorącą mózg absolutnymi bzdurami. Zaś sam założyciel Lunologii, J. Ari Hillard, to przecież prosta wariacja L. Rona Hubbarda. W końcu, jak zauważył krytyk Michael Atkinson, dobrze zrobione kino sci-fi zawsze najbliżej było satyry, więc warto odbierać Lunopolis jako właśnie ten rodzaj utworu.   
★★½
Pokazy 19 i 20 sierpnia. 

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Ulubione horrory z lat 2000-2009

Dawno nie robiłem żadnej listy, więc dla odmiany wrzucam krótką z umiłowanymi horrorami z poprzedniej dekady. Nie był to okres szczególnie udany dla tego gatunku, więc niestety wyboru sporego nie miałem (albo nie dotarłem do skrytych perełek). Wyjaśnia to np. obecność na mojej liście filmu rodzaju "The Host", w połowie dramatu, w połowie horroru. Z tą klasyfikacją gatunkową to nie była taka prosta sprawa, ale gdy zestawiłem go z "Taxidermią" czy "Głodem miłości", dziełami również kategoryzowanymi jako horrory, wydał mi się zdecydowanie bardziej trafnym wyborem.


The Host: Potwór, reż. Bong Joon-ho, rok 2006 Jak wyjaśniałem pokrótce we wstępie, jeden z paru filmów na liście, który nie jest czysty gatunkowo. Reżyser pomysłowo przemiela nurt Monster Movie przez społeczno-rodzinny dramat, wstrząsająco obrazując widzowi, że to własny rząd wydaje się bardziej przerażający niż ogromna, zmutowana ryba. Tak oryginalne, wciągające, a nawet niekiedy przejmujące …

Rodzina Soprano - popkulturowy majstersztyk

Fascynacja mafią/przestępczością zorganizowaną od niemalże pół wieku jest mocno zakorzeniona w świadomości kulturowej. Dzieje się to za sprawą głośnych filmów gangsterskich, tak często cytowanych w przeróżnych formach medialnych, żeby nie wymieniać tych najważniejszych: dwóch pierwszych części Ojca Chrzestnego Francisa Forda Coppoli, Chłopców z ferajny Martina Scorsese, Człowieka z blizną Briana De Palmy czy Dawno temu w Ameryce Sergio Leone. Gatunek filmów gangsterskich jest bez wątpienia niepodzielną własnością Amerykanów, choć pojawiają się wybitne wyjątki w postaci arcydzieł francuskiego reżysera Jean-Pierre'a Melville'a (Samuraj, W kręgu zła). O ile wpływ wczesnych filmów rodzaju Małego Cezara Mervyna Leroya, Wroga publicznego Williama Wellmana i oryginalnego Człowieka z blizną Howarda Hawksa na późniejsze arcydzieła gatunku jest niepodważalny, to jednak dopiero adaptacja powieści Mario Puzo dokonała znaczącej transformacji w sposobie portretowania mafii/gangsterów. Jak …

Filmy roku 2016

10.  Rycerz Pucharów (Knight of Cups), reż. Terrence Malick

Malick kręci już tylko hermetyczne poematy o zadęciu symfonicznym, ale tutaj nawet Hollywoodzka apatia potrafi zahipnotyzować. Wszystko dzięki niewidzialnemu montażowi. 

09.  Zaproszenie (The Invitation), reż. Karyn Kusama

Niezła zabawa z oczekiwaniami widza: to tylko kolejna niezręczna kolacja czy coś zupełnie innego? Choć bez zaskoczeń, to jednak umiejętne wykorzystanie lokacji jako ziemi obiecanej dla... Bez spoilerów. 

08. Hush, reż. Mike Flanagan

Home Invasion w soczystej postaci. Mniej ironiczne i zabawne od "Następny jesteś ty", ale bardziej kinetyczne i surowe. Przez co odrobinkę lepsze. 

07. Ostatnia rodzina, reż. Jan P. Matuszyński

Aktorstwo jest znakomite (poza szarżującym Ogrodnikiem), ale zadziwia dojrzałość reżysera debiutanta. Wszystko jest tu duszne, przepełnione mrokiem i depresją. Świata zewnętrznego niemal nie widzimy - tylko cztery ściany i ludzkie dramaty. 

06. Syn Szawła (Saul fia), reż. Laszlo Nem…